Deficyt budżetowy cz.3 – wnioski na przyszłość

Sytuacja budżetowa polskiego rządu została opisana przeze mnie wcześniej – właściwie pokazuje ona jasno, że prawdziwy poziom zamożności polskiego państwa i społeczeństwa specjalnie się nie zmienił od co najmniej 15 lat. Cały wzrost był finansowany długiem i w mniejszej części sprzedażą państwowego majątku. Polska jest nadal biednym państwem trzeciego świata i niestety do tej roli zapewne wkrótce wróci. Obecna sytuacja jest tylko złudzeniem bogactwa. Mogę sobie tak pisać – ale konkretniejszy obrazek na każdego mieszkańca Polski przypadnie w tym roku 3000 zł nowego długu, czyli na 4-osobową rodzinę 12000 zł (w zaokrągleniu lekko w górę i licząc 100 mld nowego długu). Te pieniądze nie znikają – one lądują i krążą gdzieś w gospodarce, przyczyniając się oczywiście do błędnej alokacji zasobów. Zakładając, że zadłużenie nie będzie w ogóle spłacane, ale nie będą też zaciągane nowe długi, ta przeciętna rodzina będzie miała do dyspozycji 12 tys. złotych rocznie mniej niż dziś. Oczywiście niekoniecznie nominalnie, ale efektywnie. Pokaże się to głównie w cenach dóbr importowanych – nie tylko telewizorów plazmowych i hiszpańskich kafelków, ale nawet bardziej – paliw płynnych i gazu ziemnego, samochodów, a nawet węgla (bo Polska jest już importerem netto, poza tym coś trzeba będzie eksportować) a także tekstyliów. Ceny usług polegających głównie na ludzkiej pracy za to utrzymają się na relatywnie zbliżonym poziomie (fryzjerzy, restauracje, itp.) - ale popyt drastycznie spadnie- takie wydatki tnie się najpierw. Znaczy zbliżonym do zarobków, a nie do dzisiejszego stanu – tak jak za pensję ktoś może ostrzyc włosy 100 razy, tak pewnie pozostanie, ale fryzjer zbiednieje. Teraz drobne przeliczenie, choć z liczbami bez rzetelnego sprawdzenia. Szacuję, że ok. ¾ osób mieszkających w Polsce osiąga jakiś dochód – praca, firma, emerytura, zasiłek dla bezrobotnych. Powiedzmy, że jest to średnio 16 tys. zł rocznie netto- chyba realistyczne, może nawet trochę zawyżone. Wypada więc po 12 tys. na głowę. Obniżamy tą kwotę o wspomniane pożyczane 3 tys. i mamy 9 tys. na głowę. Tylko pamiętajmy, że zmiana ta wcale nie rozłoży się równomiernie. Na pewno dużo stracą emeryci i/lub nauczyciele, lekarze po prostu wyjadą. Importerzy, zwłaszcza dla „klasy średniej” znikną, a gospodarka będzie się boleśnie przestawiać na eksport czego się tylko da. Czyli w pewnym stopniu to co się stało w Argentynie po 2001- choć niekoniecznie według tego samego scenariusza. Może, jakimś cudem, redukcja deficytu będzie stopniowa a postępująca za tym zmiana kursu walutowego i wzmocnienie rule of law z odbiurokratyzowaniem gospodarki spowoduje wzrost prawdziwych eksportowych inwestycji? Piękna bajka. A Polska stanie się drugą Japonią, Irlandią, Islandią- tą bajkę już słyszałem.
Opis tego opiera się na założeniu, że rząd tylko przestanie zwiększać dług. Żadnej spłaty i żadnej szczególnej katastrofy, ale niestety nie wierzę, że mogą to być powolne i stopniowe zmiany.
Otóż weźmy teraz piękny podmiejski dom z gazowym ogrzewaniem i dwójką dorosłych pracujących w mieście, dojeżdżających dwoma samochodami do firmy importowej i drugiej zajmującej się organizacją przyjęć. A kredyt na dom we frankach. On traci pracę od razu, ona zarabia połowę tego co poprzednio- dochody spadają do 20% wcześniejszych. Rata kredytu dwukrotnie w górę, paliwo do samochodu i gaz do ogrzania domu też.... Brrr... Co z tego, że fryzjer nie podrożeje...
Relatywnie podrożeje także żywność- z jednej strony spadek realnych dochodów, z drugiej olbrzymia presja eksportowa. To wcale nie oznacza, że rolnicy będą się mieć znakomicie. Drobni będą walczyć o przetrwanie- jak zwykle, tylko więksi, zdolni do samodzielnego eksportu (jak zresztą we wszystkich branżach) zarobią nieźle. Co niestety oznacza to co zwykle- bogaci staną się jeszcze bogatsi, biedni będą walczyć o przeżycie, a większość tych pośrodku spadnie w dół.
A boom eksportowy weźmie się po prostu stąd, że czymś trzeba będzie zastąpić pożyczone pieniądze i może to być eksport lub napływ inwestycji – napływ inwestycji jedynie w optymistycznym scenariuszu prawdziwego zmniejszania deficytu. W mniej optymistycznych będziemy skazani na lokalne zasoby, gdzie najpierw trzeba coś sprzedać, aby coś kupić. Nawet podstawowe rzeczy, jak paliwa.  

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

"...prawdziwy poziom zamożności polskiego państwa i społeczeństwa specjalnie się nie zmienił od co najmniej 15 lat..."

Takie wnioski można wyciągać na podstawie porównań z zamożnością innych państw, jako, że po świecie nie jeżdżę to ułożyłem sobie własny sposób sprawdzenia zamożności polskiego społeczeństwa np. w moim 50tys mieście w centrum nie mogłem znaleźć wolnego miejsca do zaparkowania samochodu. Kolejny sposób to wysokie opodatkowanie pracy, a jednak ludzie płacą te podatki, gdyby ich nie było stać to by nie płacili tak jak ja robię to od lat. To takie moje tłumaczenie dla jaj.

Na poważnie. Coraz bardziej zarysowywuje się obraz Polski na najbliższe dziesięciolecia, doskonale opisuje to S.Michalkiewicz. Polska jest przeznaczona do brutalnej eksploatacji, zasobów ludzkich, gospodarczych, mineralnych tak jak za komuny. Jakiś czas temu w TVN redaktorzy mieli polewkę, że jacyś dziennikarze z Anglii nie znają mapy Europy, bo niby przez pomyłkę w miejscu Polski wstawili Ukrainę. UE zaczyna przykręcać nam śrubę, część ludności emigruje, pojawia się ujemny przyrost, więc Polska zaczyna cierpieć na niedobory siły ludzkiej, UE wraz z rodzimymi politykami wpada na pomysł ściągnięcia ludności z Ukrainy, Kazachstanu itp. przecież to też byli Polacy.

Prawdopodobnie ten wiek to koniec narodu Polskiego, jedyną szansę widzę w jakiejś wojnie.

humulus pisze...

Wzrost PKB finansowany długiem i wyprzedażą rodowych sreber to jedna strona medalu. Druga to porównanie wzrostu PKB i PNB (chyba nikt go nie liczy, bo nie mogę znaleźć żadnych danych). To, że rośnie ten pierwszy, to tylko dowód na zyskowną działalność zagranicznych banków i sieci hipermarketów.

Maczeta Ockhama pisze...

@ Anonimowy
Tej ekspolatacji i wynaradawiania to bym się nie bał. Imperium - czy to Bruksela, czy Moskwa będzie musiało cały czas ładować w Polskę pieniądze, albo po prostu wybuchnie tu bunt.
@ Humulus
Po statystyki sięgam dopiero w ostateczności. PNB też nie pokaże niczego sensownego, bo nie pokaże błędnej alokacji zasobów. Konsumpcja, na którą nas nie stać łączy się z produkcją niepotrzebną, acz krajową.

Karol pisze...

@Maczeta
Możesz dodać do równania spadek wartości naszego zadłużenia na skutek inflacji ?

Maczeta Ockhama pisze...

@ Karol
Ale wysokość zadłużenia jest dla tych obliczeń bez znaczenia, bo założyłem, że dług po prostu nie będzie spłacany, tylko nie da się pożyczyć więcej - jak za Gierka.
A jeśli ci chodzi o poprzedni artykuł- możliwości spłaty, to odpowiem, że nieco mnie przeceniasz. Musiałbym w tym celu mieć przynajmniej sensowne przewidywania co do wysokości inflacji głównych walut w ciągu najbliższych 10 lat...

Karol pisze...

@Maczeta
Zupełnie się nie rozumiemy. Jeżeli udało by się nam powstrzymać nominalny wzrost zadłużenia to w istocie spłacalibyśmy go na skutek inflacji w całkiem niezłym tempie.

Brak możliwości zaciągania nowych zobowiązań to przy dzisiejszej metodzie rolowania jest natychmiastowym defaultem.

Myślę, że dla celów tego typu gdybań możesz założyć spokojnie inflację na poziomie 5% i nikt się czepiać nie będzie.

Maczeta Ockhama pisze...

Więc to właśnie jest opis defaultu - w poprzednim artykule, linkowanym opisałem wersję z obsługą długu i inflacjowaniem go. Bo spłata i tak jest nie możliwa. Tam też odsyłam..