O co właściwie chodzi z reformą sądownictwa?

Było sobie w Polsce przez ostatnie dni dość potężne zamieszanie wokół reformy sądownictwa. Poprzednia władza, czyli obecna opozycja wyszła demonstrować na ulicę, jak zwykle. Tym razem jednak do demonstracji przyłączyło się wielu przyzwoitych ludzi. 
Cała sprawa jest niezwykle skomplikowana, ponieważ dotyczy w sumie olbrzymiej części sfery publicznej, a każda ze stron zamiast rozmawiać zaczęła się bawić w hasła i memy. Oraz, jak zwykle oskarżenia o destabilizację państwa w interesie partyjnym lub zewnętrznym.  Czas to trochę uporządkować.

Są trzy projekty ustaw i trzy części reformy. Jedna dotyczy sądów powszechnych, czyli rejonowych, okręgowy i apelacyjnych. Druga Krajowej Rady Sądownictwa, a trzecia Sądu Najwyższego.

Są to części tego samego systemu, ale na tyle odrębne, ze mogą, powinny i są traktowane rozdzielnie. 

Pierwsza oś sporu dotyczy kwestii czy sądownictwo w ogóle wymaga reform. PiS, jak wiadomo twierdzi, że tak. PO i .N twierdzą, ze nie, sądownictwo jest zasadniczo w porządku, może co najwyżej można jeszcze przyspieszyć postępowania. 
Jedyna partia, która poza tym ma jeszcze jakieś stanowisko w sprawie to Razem, które uważa, że reforma jest konieczna i to poważna. Czyli zasadniczo ma stanowisko takie jak PiS, jednak była w zdecydowanej większości po stronie protestujących.

Zdanie społeczeństwa, co pokazują badania opinii publicznej jest takie, że sądy cieszą się poparciem zbliżonym do przestępczości zorganizowanej, czyli, delikatnie mówiąc nie najlepszym. Co zasadniczo oznacza, że w sprawie konieczności reformy, społeczeństwo jest po tej samej stronie co PiS i Razem a przeciw PO i .N.  
Sądownictwo jako władzę trawi bardzo głęboka choroba i to jest powszechne przekonanie. Nie każdy potrafi postawić prawidłową diagnozę, mało kto wyleczyć. 
Korupcja w sądownictwie jest problemem i jest dość powszechna. Jednak absolutnie nie ma postaci kupowania wyroku u sędziego za worek ziemniaków, czy jakąkolwiek inną konkretną łapówkę. Nie słyszałem o niczym takim i był nawet zaryzykował twierdzenie, że w ostatnich latach coś takiego nie miało miejsca. 
Sprawa w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej. 
Da się zrobić tak, aby uzyskać korzystny wyrok w wątpliwej sprawie. Nie każdy sędzia wyda takowy, raczej mówimy o znikomej mniejszości. Olbrzymia większość sędziów potrafi zauważyć próby wpływania na ich zdanie o sprawie i by albo to zignorowała albo poprosiła policję o posłanie delikwenta gdzie jego miejsce. 
Jednak w niektórych grupach można szukać sędziów o zgoła innej mentalności. Po pierwsze i najważniejsze, w czasach PRL sądownictwo było oficjalnie częścią "jednolitej władzy państwowej", co w praktyce oznaczało wykonywanie przez sędziów władzy w zakresie i kierunku określonym przez inne organa władzy, w całości działające zgodnie z przewodnią rola PZPR i sojuszu ze Związkiem Radzieckim (to wszystko było, jak najbardziej, zapisane w konstytucji). Tych ludzi dobierano i uczono dla właśnie takiej pozycji ustrojowej. 
Druga sprawa to asesorzy sądowi. Czyli jeszcze nie do końca sędziowie, jak najbardziej prawnicy po ukończonej aplikacji i w pełni kwalifikowani merytorycznie do orzekania. Ale jeszcze nie mający nominacji sędziowskiej. Dla uzyskania której potrzebują dobrych wyników sądzenia (dobry przerób, mało uchylanych spraw)oraz dobrych opinii zwierzchników. Co w teorii ma związek z podejściem asesora do swoich obowiązków. A w praktyce wyłącznie z tym ile i jakich spraw dostanie. 
Tu dochodzimy do sedna sprawy. O mianowaniu i awansie sędziego decyduje w praktyce Krajowa Rada Sądownicza, na podstawie opinii, które zależą w praktyce od tego jakie się danemu sędziemu  trafiają sprawy. A o tym decyduje przewodniczący wydziału. 
Pozostaje zada pytanie kto decyduje o składzie KRS i mamy kompletną odpowiedź na pytanie kto w ogóle ma możliwości korupcji w sądach. Otóż o składzie KRS teoretycznie decydują wszyscy sędziowie. Praktycznie wybory odbywają się w cenzusach poszczególnych szczebli sądowych i są tak urządzone, że nieproporcjonalnie ważny jest głos sędziów sądów apelacyjnych. To oni w praktyce decydują o składzie KRS. 
W razie potrzeby takiego, a nie innego wyroku też żaden sędzia nie wyda orzeczenia oczywiście sprzecznego z przepisami prawa. Ale od czego są biegli. Przepisy przewidują, a orzecznictwo wyższych sądów bardzo mocno utrwaliło wszechwładzę biegłego w procesie. Do tego stopnia, że w opiniach nie raz i nie dwa można oprócz fachowej opinii także sugestię co do wyroku. Z drugiej strony biegli sądowi są skandalicznie źle opłacani. W wielu sprawach obowiązki sędziego kończą się na wybraniu odpowiedniego biegłego w procesie. Albo "odpowiedniego".
I to jest mniej więcej cały system korupcji w polskich sądach. Jego kluczowe elementy to kompletnie patologiczny system przeprowadzania dowodów z wiedzy specjalistycznej, dowolność wyboru sędziego do konkretnej sprawy oraz nieproporcjonalnie ważna pozycja sędziów wychowanych jeszcze w PRL (którzy jak przypuszczam w ogóle sędziów stanowią niezbyt dużą mniejszość) i wielokrotnie awansowanych w ramach tak działającego systemu.

Co trzeba zrobić?

Na pewno trzeba zrobić jak najszybciej dwie rzeczy. Pierwsza to pozbawienie przewodniczących prawa do dowolnego rozdzielania spraw. Druga to pozbawienie sędziów apelacyjnych tak znacznego wpływu na skład KRS. 
Trzecia, której nie da się zrobić szybko, to reforma systemu biegłych. To, zupełnie obiektywnie musi trwać lata i ten problem należy zacząć od dosypanie pieniędzy do systemu i to niemałych, a następnie zmniejszyć potrzebę i znaczenie biegłych w sprawach sądowych. 

W takim razie co było w projektach?
W zakresie reformy sądów powszechnych- pozbawienie przewodniczących wpływ na rozdział spraw i zastąpienie tego automatycznym algorytmem. Zupełnie dobre rozwiązanie, być może jedyne możliwe do wprowadzenia na obecnym poziomie organizacji państwa. 
Możliwość odwołania przewodniczących i rozliczania w razie niskiej sprawności sądów. To jest ok. Jest to jakieś narzędzie. Po pozbawieniu przewodniczących faktycznego wpływu na treść orzeczeń pozostają im obowiązki administracyjne i taki nadzór jest OK. Uprawnienie do odwołania przez pierwsze pół roku od wejścia w życie ustawy jest dość dyskusyjne i raczej mi się nie podoba. Ale z drugiej strony, jeśli mówimy o przewodniczących z zasadniczo obowiązkami administracyjnymi to nie jest to wielkim problemem.

Krajowa Rada Sądownictwa. Jest to organ konstytucyjny, którego członkami muszą być sędziowie. Za to konstytucja nie określa jak mają być wybierani. Według propozycji mieli być wybierani przez Sejm zwykłą większością głosów. Co by faktycznie oznaczało decyzję większości rządzącej, a być może wręcz wybieranie kandydatów w ministerstwie sprawiedliwości. Pomysł Prezydenta, aby ci członkowie byli wybierani kwalifikowaną większością, wymuszającą porozumienie międzypartyjne jest bardzo sensowny i tak by to mogło zupełnie dobrze działać. 

Za to projekt ustawy o Sądzie Najwyższym to była po prostu quasi-autorytarna granda. Konstytucja przewiduje możliwość przesunięcia sędziego w stan spoczynku w razie reorganizacji sądów. Wobec czego ustawa przewidywała naciąganą i niepotrzebną reorganizacje Sądu Najwyższego i przesunięcie wszystkich sędziów w stan spoczynku (czyli wysłanie na emeryturę). Do tego miejsca sprawa jest naciągana, ale powiedzmy, że dałoby się to jakoś obronić. Ale w następnej kolejności to Minister Sprawiedliwości wskazuje, którzy z sędziów jednak będą dalej orzekać. I to jest juz gruba przesada. Jeśli nawet zmniejszenie liczby sędziów jest w jakimkolwiek stopniu racjonalne (nie jestem w stanie tego ocenić) to na pewno metoda ręcznego wskazywania składu SN przez ministra rozsądna i racjonalna dla stabilności państwa nie jest. 
I tu mówimy dokładnie o działaniu i stabilności państwa. 
Nie widzę żadnych racjonalnych argumentów za reorganizacją SN, obecny podział na izby jest w większości racjonalny i działa, więc reorganizację oceniam jedynie jako pretekst do wysłania na emeryturę, czyli w swej istocie odsiania przez ministra skład SN. I to jest hucpa, niedopuszczalna w cywilizowanym państwie. 

Za to osobną kwestią pozostaje sposób prowadzenia dyskusji publicznej i sejmowej na tymi reformami. Kluczowe zmiany całego systemu sądowniczego, usunięcie ze stanowisk ludzi pełniących ważne funkcje ustrojowe w wyniku ustaw uchwalonych w ciągu 3 dni bez dyskusji publicznej to jest dno. To jest zachowanie, które powinno dyskwalifikować jego autorów z życia publicznego w demokratycznym państwie. 

Sytuacja wymaga reform, ale przecież się nie pali. Losowanie spraw można było wprowadzić bez większych kontrowersji już dawno. A nad resztą reformy dyskutować. Ja rozumiem, że dyskusja z obecną sejmową opozycją może być nieco trudniejsza niż z autystycznym kotem, ale jak się chce naprawiać państwo to po prostu trzeba. Równie dobrze, a w obecnej sytuacji nawet lepiej, zaprosić do rozmów pozaparlamentarną opozycję. Obok, czy nawet zamiast parlamentarnej. Zawsze to będzie coś przypominającego cywilizowane zarządzanie demokratycznym państwem. 

Jest jeszcze kwestia trójpodziału władzyCzęścią konceptu trójpodziału władzy jest kwestia ich wzajemnego równoważenia i ograniczania. Co oznacza ISTNIENIE WPŁYWU władzy ustawodawczej i wykonawczej na sądowniczą. I o ile wpływ władzy ustawodawczej na sądowniczą w Polsce istnieje, choć mocno ograniczony (bo konstytucja, w praktyce niezmienialna, reguluje dużą cześć), tak wpływ władzy wykonawczej zasadniczo nie istnieje i został zastąpiony samorządem sędziowskim, zdominowanym przez sędziów sądów apelacyjnych. Więc wszystko w porządku, ale jeśli mówimy o koncepcie trójpodziału władzy, to w polski realiach oznacza on ODEBRANIE obecnych uprawnień. Więc od tej strony patrząc, koncepcja reformowania sądownictwa poprzez zwiększenie uprawnień władzy wykonawczej, jeśli zostanie zachowana niezawisłość i nieusuwalność sędziów, to jest faktyczne wzmocnienie trójpodziału władzy.

Legalna marihuana

Wczoraj, 19.07.2017 r. był w Urugwaju pierwszy dzień legalnej sprzedaży marihuany. Legalnej, to znaczy zwyczajnie dostępnej dla każdego.
Jest to pierwszy dzień takiej sytuacji gdziekolwiek na świecie. Oprócz Urugwaju nigdzie indziej marihuana nie jest zwykłym produktem konsumpcyjnym dostępnym dla każdego.
W wielu krajach uznaje się jej posiadanie za czyn o znikomej szkodliwości społecznej, ale nadal jet to uznawane za nielegalną substancję, zwyczajnie się nie ściga palaczy, posiadaczy i upraw na własny użytek.
Urugwaj kilka lat temu poszedł o krok dalej.
Marihuana jest substancją całkowicie legalną, choć regulowaną. Można spożywać i posiadać bez ograniczeń, choć nabyć można tylko na trzy określone sposoby.
Po pierwsze można uprawiać samemu. Limit to sześć roślin, plantację trzeba zgłosić w na poczcie (bo to zazwyczaj najbliższa instytucja państwowa, a po co robić ludziom problem). Druga możliwość to kluby palaczy (czy spożywaczy) Takie instytucje mogą mieć do 99 krzaków, z których zbiory są przeznaczone dla członków klubu.
Tak  to działa od kilku lat. To, co doszło dziś, to możliwość zwyczajnego kupienia marihuany.
W całej regulacji chodzi o to, aby turystyka narkotykowa była niemożliwa i każda z tych form jest dostępna tylko dla obywateli. Również aby zakupić najpierw trzeba się zarejestrować w rządowym rejestrze. Zakupu można dokonać tylko w aptece, jak na razie jednej z 16 w kraju (bo tyle było zainteresowanych sprzedażą). Podejrzewam, że po pierwszym dniu będzie więcej.
Przy samym zakupie trzeba pokazać dowód osobisty (chyba tylko jeśli jest nowy, z chipem, ale to już ma większość) lub złożyć odciski palców.
Limit sprzedaży to 40 gramów miesięcznie na osobę i 10 gramów jednorazowo. jako, że paczki są po pięć gramów, a dostępne są dwie odmiany, to pierwszego dnia oczywiście każdy kupował te 10 gramów. Efekt- w Montevideo pierwszego dnia wykupiono wszystko z wszystkich aptek.

Przed otwarciem o ósmej rano przed (przynajmniej niektórymi) miejscami sprzedaży już się ustawiły solidne kolejki. I trzeba docenić poświęcenie ludzi, bo był to akurat prawdopodobnie najzimniejszy dzień tego roku (około świtu było niewielkie kilka stopni mrozu i do tego zimny wiatr).
Dla mnie jednak najciekawsze było to, co ludzie z kolejki mówili dziennikarzom na pytanie dlaczego tu przyszli kupić.
Otóż praktycznie wszyscy podawali tę samą motywację jako główną. Nie to, że gdzie indziej nie można kupić. Chodzi o to, że nabywcy chcą kupować od rządu z powodu patriotyzmu oraz pozbawienia dochodów przestępców. To była motywacja praktycznie każdego. Jako uboczną mówili o tym, że lepiej kupować w legitymowanych miejscach, oczekiwali stałej przyzwoitej jakości, etc.

Dokładnie taki był rządowy plan. Nie dostarczanie narkotyków, absolutnie nie cel fiskalny, tylko zwalczanie przestępczości. Przez dekrymializację marihuany i skierowanie sił policji w inne miejsca z jednej strony oraz przez pozbawienie dochodów przestępczości zorganizowanej z drugiej. Legalna marihuana jest po prostu zbyt tania, aby można było jednocześnie z tym konkurować ceną i utrzymać styl życia jaki jest konieczny dla sukcesu nawet drobnych gangsterów z dzielnicy. Bez takich minimalnych dochodów lepiej pójść na zmywak. Albo zająć się napadami, a z tym prędzej czy później dostanie się wieloletni wyrok.
Zupełnie nie zaskoczyło mnie, że tak naprawdę w kolejce stał zwykły przekrój społeczeństwa. Oprócz nieletnich, bo im się nie sprzedaje. Ale zarówno emeryci jak i ludzie z małymi dziećmi. I nikt oczywiście z tym nie ma żadnego problemu.
Cena też nie stanowi problemu, bo zgodnie z planem miała nie stanowić i dokładnie miała być taka, z jaką nie można utrzymać gangu. Mianowicie wynosi 187 peso, czyli ok 22 zł za 5 gramów. Z gwarantowana jakością. Za tyle można sprzedać sąsiadowi z własnych krzaków, ale nie da się zorganizować nielegalnej plantacji czy operacji przemytu z całą infrastrukturą i logistyką podziemnej dystrybucji.

Swoją drogą- oczekuję jeszcze pewnego wzrostu zwykłej przestępczości ulicznej, a potem szybkiego i trwałego spadku, jak ta droga życiowa przestanie mieć jakikolwiek sens. I też podejrzewam, że reszta narkotyków dość szybko zniknie, bo przecież dealerzy najpierw sprzedają trawkę, a potem niektórzy z nich też inne rzeczy. Znaczy kokaina dla elit i rzeczy dla imprez techno zostaną, ale to będzie zupełny margines. I bez dochodów z marihuany też mogą być bez sensu.

Jeszcze trochę o przestępczości w Urugwaju.


Był sobie napad na sklep, supermarket, czyli zwykły sklep samoobsługowy, zapewne o powierzchni około 300- 400 m2. 
Dwóch mężczyzn, jak się później okazało ojciec z synem, weszli do sklepu i z pistoletem w ręku zażądali otwarcia kasy. Kasjerka zachowując się rozsądnie tę kasę otworzyła i dała wyciągnąć pieniądze. Których zresztą podobno nie było za dużo (albo policja podała taką wersję aby zniechęcać do podobnych pomysłów).

Napad na supermarket w bardzo ruchliwym miejscu miasta wczesnym wieczorem nie wydaje mi się najlepszym pomysłem i w istocie się takim nie okazał. Pewnie ma w tym swój udział dość skuteczny program supresji przestępczości w mieście. Znaczy okamerowanie Starego Miasta, ale jeszcze lepiej oprogramowanie do przewidywania koncentracji przestępczości i stosowne zarządzanie patrolami. 
W związku z tym całkiem liczna grupa zawodowych przestępców musi zmieniać swoje przyzwyczajenia. Jedni zmieniają zawód, inni miejsce jego wykonywania. Czasem rozsądnie, a czasem bardzo głupio. Jak w tym przypadku.

A wyszło bardzo głupio, ponieważ jak wychodzili po napadzie (trwającym 7-8 minut) to przy wyjściu już był patrol Policji. Starszy z napastników cofnął się i wziął jedną z pracownic sklepu jako zakładnika. 
To już się zrobiła bardzo poważna sprawa. Mamy napad z bronią oraz sytuację z zakładnikiem. W najprzyjemniejszych częściach świata, jak zachodnia Europa, Japonia (czy mniej ale też cywilizowane) Chiny takie rzeczy się praktycznie nie zdarzają. W Ameryce Południowej się zdarzają, i to właściwie całej. I zdarzać się będą, aż do czasu gdy zmianie ulegnie Brazylia, na co się raczej nie zanosi. Urugwaj sam nie jest w stanie być bezpiecznym krajem mając sąsiada o prawie stukrotniej większej populacji, przeżartego endemiczną wojną gangów i obfitością wszelakiej broni oraz mając z tym sąsiadem granicę niemożliwą do pilnowania. 

A tymczasem zjechało się trochę więcej policji, w tym komisarz, i jak zgaduję, funkcjonariusze przeszkoleni dla rozwiązywania bardziej problematycznych spraw.

Porywacz najpierw zażądał umożliwienia ucieczki młodszemu z napastników (czyli synowi). Zostało to spełnione, młody wskoczył do taksówki i odjechał. Za rogiem, kilkaset metrów dalej, taksówkę zatrzymała policja i delikwent został skuty. Jeden z głowy. Drugi zażądał samochodu i obiecał, że zwolni zakładniczkę. Komisarz udostępnił mu swój, napastnik nie zwolnił zakładniczki, tylko ją wepchnął do samochodu. Wtedy komisarz dalej z nim rozmawiał będąc przy przednich drzwiach pasażera (zamknietych z otwartą szybą). Przestępca był przechylony aby z nim rozmawiać i dzięki temu do samochodu mogli niezauważeniu podejść policjanci. Jeden z nich wskoczył do samochodu obezwładniając przestępcę i przyciskając go do siedzenia. Ten próbował jeszcze wystrzelić w stronę zakładniczki, ale policjant  przytrzymał broń i pocisk nie trafił w nikogo.
Na filmiku jeszcze słychać oklaski gapiów, koniec przedstawienia.

Kilka rzeczy jest w tym całkiem istotnych i napawających optymizmem na przyszłość. Na pewno nie napawa fakt napadu na sklep w ruchliwym miejscu miasta o 19.30. Co prawda w środku zimy to dwie godziny po zmroku, ale jeszcze całkiem sporo ludzi się tam przewala z sąsiednich biurowców i centrum handlowego. 
Za to gdyby to była policja w USA, zwłaszcza Midwestu albo Południa, to zapewne obaj napastnicy zostali by zastrzeleni, co nie jest wykluczone, ze również z trzech przechodniów, zwłaszcza gdyby byli czarni, a  zakładniczce mogłoby by się oberwać. A gdyby była czarna lub latynoską i tak by została zastrzelona pod nazwą "wspólnik sprawców". 
Bardzo, bardzo pozytywne jest to, że policja potrafiła całą sprawę załatwić bez używania broni. Choć w innych przypadkach pokazują, ze jak naprawdę potrzeba, to potrafią. W tej, z uzbrojonym porywaczem, potrafili sprawę załatwić bez strzelaniny. I to naprawdę wymagało umiejętności, zarówno szeregowych policjantów jak też dowodzenia.
To oznacza też jedną, bardzo ważną rzecz, z której domorosłe Brudne Harry'e nie zdają sobie sprawy. Policjant po strzelaninie, w której kogoś zabije potrzebuje pomocy psychologa i nie tak od razu się nadaje do służby. A jeśli się nadaje, to znaczy że jest psychopatą i tak w ogóle się nie nadaje. Czyli sprawa załatwiona spokojnie i bezkrwawo jest dużo tańsza dla samej Policji (bo nie traci funkcjonariusza). Oczywiście można to zrobić po amerykańsku- przyjmować przypadkowych ludzi, przeszkolić ich 10 godzin i pozwalać strzelać bez powodu. W razie czego zawsze można przyjąć następnych. Wolę jednak europejską metodę, gdzie funkcjonariusze mają rok czy nawet trzy szkolenia, a potem nie zabijają przypadkowych ludzi, ani nie robią z siebie wraków psychicznych. 

Z drugiej strony- na brutalność policji w Ameryce Południowej napatrzono się wystarczająco, na nieudolność przykrywaną brutalnością jeszcze bardziej. Akcja która była wykonana skutecznie i z szacunkiem dla wszystkich, nawet sprawców napadu, spotkała się z powszechnym aplauzem. I w społecznym odbiorze jest pewnym znakiem, ze kraj się naprawdę zmienia.
Filmik:
O sprawie można więcej poczytać tutaj


Najgłupszy rząd świata

Przyznam, że patrząc z daleka na UK ma sie wrażenie, że tym krajem od pewnego czasu rządzą ludzie wypuszczeni prosto ze szpitala psychiatrycznego, a co najmniej z zakładu z internatem dla upośledzonych umysłowo. 
W sumie ten ostatni opis dość dobrze pasuje do Public Schools (czyli prywatnych szkół z internatem, gdzie przyjmuje się tylko z referencjami), w których była wychowywana spora część brytyjskich elit, zwłaszcza konserwatywnych, więc zasadniczo wrażenie jest słuszne.

Jeden z członków tych elit dorobił się całkiem sporego majątku zajmując się usługami w zakresie oszustw podatkowych. Przestępczość jak każda inna, niewymagająca specjalnych zdolności, co najwyżej dobrych znajomości. Problem polega na tym, że jak ktoś dorobi się sporych pieniędzy to czasem mu się wydaje, że ma więcej rozumu niż inni ludzie. Jeszcze częściej ta cecha się pojawia w następnym pokoleniu. I tak nieszczęśliwe się złożyło, że przedstawiciel następnego  pokolenia został Pierwszym Ministrem Zjednoczonego Królestwa. 
Jest to kraj, który jak wiadomo, nie ma większych tradycji demokracji bezpośredniej. A dokładniej żadnych, bo konstytucja tego nie przewidywała. Ale na szczęście konstytucje tam może zmienić aktualny humor premiera, co też i zrobiono. 
Tenże człowiek o rodzinnych tradycjach drobnego kanciarstwa (choć na dużą skalę) już zrobił sporo w celu zahamowania wszelkich inwestycji, stworzenia na nieruchomościach bani, która zjada każdego oprócz tych, którzy byli właścicielami od dziesięcioleci oraz starannego demontażu państwa opiekuńczego w tym kiedyś legendarnie dobrej służby zdrowia. W takiej sytuacji uznał, że potrzebuje spektakularnego pokazania przez naród, że jest ceniony i kochany. I rozpisał referenda w sprawach, w których wszyscy się zgadzają. Jak na przykład dalszego istnienia wspólnego kraju z dobrą opieką zdrowotną, powszechnym dostępem do przyzwoitych warunków mieszkaniowych, etc. Tylko kraje mu się pomyliły, ale mimo to za pierwszym razem się udało. Uznał to za wyraźny sygnał poparcia dla swojego geniuszu i spokojnie zajął się przelewaniem budżetowych pieniędzy na konta kolegów ze szkoły dla upośledzonych. Tylko na już większą i jeszcze bardziej bezczelną skalę, obrazowaną np. przez Hinkey Point C.
Ale naród go kocha, więc trzeba zrobić następne referendum, w którym nikt o zdrowych zmysłach nie zagłosuje przeciw. 
I w taki sposób UK stało się pośmiewiskiem świata jako kraj kraj, w którym nie ma referendów, ale jedno zostało zrobione w celu podjęcia najgłupszej decyzji w historii. 
Swoją drogą w pokoleniu 65+ było najwięcej głosów za wyjściem, a im młodsi wyborcy tym bardziej chcieli pozostać. Wydaje się to dość głupie, ponieważ to najmłodsze pokolenie konkuruje z przyjezdnymi z Hiszpanii, Polski i Rumunii o dziadowskie resztki porządnych miejsc pracy, a emeryci uwłaszczeni w czasach thatcheryzmu pasożytują na nich wszystkich. 
Ale chyba należy przyjąć do wiadomości, że spora część tego pokolenia po prostu jest głupia, bo po Cameronie przyszła Teresa May. Jak pierwszy wydawał się nadętym kretynem oderwanym od rzeczywistości (co potwierdziły jego działania), tak dla tej pani trochę brakuje słów. Co prawda jeszcze nie zrobiła niczego konkretnego, ale jej podejście wróży temu krajowi jak najgorzej. 
Trzeba przyznać, że przynajmniej wzięła się do pracy. Autentycznie. Rozpoczęła trochę podróży po świecie w ramach konstruowania przyszłego brytyjskiego bloku handlowego. Pomysł był dobry, raz już taki blok był, dość duży i potężny. Tylko nikt jej nie powiedział, że jak był budowany poprzedni, to UK było światowym liderem technologicznym, a jak potencjalnemu partnerowi nie odpowiadała oferta handlowa, to argumentem była najpotężniejsza na świecie marynarka i niezbyt wielka, ale świetnie wyszkolona armia. Dziś z tego pozostała niezbyt wielka i nawet lepiej wyszkolona armia, ale to zdecydowanie za mały argument. I takie właśnie są efekty... Zerowe, jak na razie i nie stawiałbym na wielkie sukcesy w przyszłości. 
Tymczasem referendum w sprawie niepodległości Szkocji nie tylko nie zamknęło sprawy, ale własnie ja szerzej otworzyło. Miało być przytłaczająco wygrane, nie było. Różnica był mała, a następnie SNP praktycznie zlikwidowała brytyjskie partie w Szkocji. Co bardziej zaszkodziło Partii Pracy, ale i tak nie zmieniło układu sił w Izbie Gmin. 

Opisując komplet efektów rządów Camerona (i nieco May): w kraju sypie się infrastruktura, zarówno fizyczna, jak też społeczna, sam kraj jest na drodze do rozpadu, wyrzucił się z najbogatszego na świecie i najbardziej zaawansowanego technologicznie bloku handlowego i nikt nie ma pomysłu co dalej. 
W takiej sytuacji Teresa May spojrzała na sondaże i stwierdziła, że wspaniale rządzi, lud ją kocha i potrzebuje tylko mocniejszej legitymacji demokratycznej, a już obiecuje, że nadal będzie wysyłać pieniądze do kolegów ze szkoły dla upośledzonych. 

W sumie to poważnie zastanawiam się czy nie postawić na Corbyna jako premiera po wyborach. Przyznam, że mam co do niego jakieś wątpliwości, mam wrażenie jakiejś niespójności i chyba jest ono podzielane przez co najmniej część wyborców. Ale za to May pokazuje się bardzo dokładnie i spójnie- jako arogancka i bezczelna przedstawicielka oligarchii, czyli klasy, której wszyscy, dookoła świata, mają coraz bardziej dość. 

A sam najchętniej, i tak by było najlepiej dla wszystkich, bym widział po wyborach koalicję antykonserwatywną. Razem z SNP, LD, Plain Cymru i na dokładkę Greens (choć to jest akurat niemożliwe). Szkocja by w końcu poszła swoją drogą, znacznie bliższą Skandynawii, może Walia też. LD by wymusili odrobinę rozsądku w rozstawaniu się z cywilizacją i kraj miałby pewną szansę na miękkie lądowanie tam gdzie się wybiera. 
A wybiera się do trzeciego świata, pytanie o przywództwo to pytanie czy prostą drogą, czy może jednak zakosami i nieco zwalniając.

Jak Macron wygrał wybory we Francji

Jak wiadomo Emanuel Macron będzie nowym prezydentem Republiki Francuskiej. Wygrał przytłaczającą większością głosów z przedstawicielką Rosji, Marine Le Pen. I to bez specjalnych problemów, zamieszania, kontrowersji i afer w tracie kampanii.

Macron nie był najlepszym kandydatem i jest dość widocznym, że francuska klasa polityczna jest w kryzysie, podobnie jak w wielu innych miejscach zachodniego świata. Ale jednak wynik i przebieg wyborów drastycznie rożni się od tego co obserwowaliśmy w kampanii brexitowej i wyborach prezydenckich w USA.

Co się stało?

Po pierwsze- we Francji nie ma wielkich mediów, które z promowania ekstremalnych wizji politycznych oraz dość lekkiego podejścia do etyki uczyniły swój sposób na biznes. Oraz przy okazji otworzyłyby przestrzeń medialną dla czystego zmyślania lub promowania agendy całkowicie toksycznej dla życia publicznego. W USA i UK w tej pierwszej roli występuje koncern Murdocha. Po zdobyciu przez jego media pozycji na rynku powstało miejsce dla płatnych męt typu Breibart a następnie agend obcych interesów udających serwisy informacyjne, typu Al-Jazeera oraz Russia Today. Kiedy to ostatnie przechrzciło się na RT i zaczęło udawać obiektywne medium, dla obsadzenia radykalnej roli przystąpił "Sputnik". Nic z tego nie jest powszechnie dostępne we Francji. Tak, jest internet, tak samo nieufność do głównych mediów i dokładnie tak samo potężne finansowanie i sprawne prowadzenia dużej kampanii czarnego PR przeciwko tradycyjnym partiom, elitom politycznym  i w interesie Le Pen.

Oprócz mediów, nie było nic co specjalnie by się różniło od sytuacji w UK i USA. To co się stało, to brak politycznych efektów kradzieży danych i hakowania na gigantyczną skalę. Czyli tego, co bardzo zaszkodziło kampanii Clinton.

Tu dochodzimy do sedna. We francuskiej kampanii wyborczej sytuacja była dokładnie taka sama. Też była akcja włamywania się na wszystkie możliwe komputery i atak na gigantyczną skalę. Z tych samych miejsc co zawsze, fabryk trolli spod Moskwy i Petersburga. Też były kradzieże danych, a nawet ich publikacja. Ale nie przez Wikileaks, a przez 4Chan i to w ostatnim dniu kampanii.
Czyżby władze Rosji nagle stwierdziły, że przestępcze ingerencje w sprawy innych państw nie powinny mieć miejsca we wspólnocie międzynarodowej? Nieeeeee.

Zwyczajnie sztab Macrona wygrał to starcie.

A jak można wygrać starcie z masowym atakiem w celu kradzieży informacji? Obronić się nie da, to już przerabiało wystarczająco wielu. Ale można starannie monitorować próby ataków i zwyczajnie przy każdym z nich podstawić kilka maszyn i sporo specjalnie spreparowanej treści. I dokładnie to robił sztab Macrona, być z może z pomocą francuskiej policji.

Efekt?

Zwyczajnie- istotna część, a być może duża większość ukradzionych danych to były spreparowane nieprawdziwe historyjki oraz śmieci (co dokładnie, tego się nie dowiemy). Rosyjskie fabryki trolli nie były w stanie przerobić tych danych, tym bardziej odróżnić prawdziwych od nieprawdziwych. Stąd Wikileaks też ich nie opublikowało, bo nie miały żadnej gwarancji prawdziwości.

Tylko tyle i aż tyle. W trakcie kampanii nie było żadnego skandalu wyciągniętego z maili, bo nikt nie wiedział i jeszcze przez długie miesiące nie będzie wiedział co tam jest prawdą, a co nie. A może nigdy, bo nigdy nikt sobie nie zada trudu przejrzenia tego wszystkiego.

Za to już wiadomo jak się obronić przed masową kradzieżą informacji (bo niestety danych osobowych to nie będzie dotyczyć). Przynajmniej żeby zneutralizować lub choć ograniczyć bezpośrednie skutki ataku informatycznego. To jednak nie jest rozwiązanie na dłużą metę. W skali państwa pierwszą i najważniejszą rzeczą jest zmniejszenie możliwości ekonomicznych i rynkowych mediów, które stanową tubę wspierającą tego typu kryminalne działania. Na przykład dlatego, że same wspierają inne kryminalne działania i manipulowanie państwem na wszystkie strony.

Przestępczość w Ameryce Południowej

Jeśli zająć się tematem ogólnie, to można powiedzieć, że nie ma żadnego problemu, przestępczości nigdzie nie brakuje. Ale patrząc na szczegóły, możemy mówić o pewnej egzotyce. Tak jak egzotyczny był Gang Olsena, bo niektóre rzeczy go przypominają. A inne dodatkowe misje z GTA V.

Gang Olsena


Otóż właśnie przeczytałem newsa o napadzie na sklep obuwniczy w Santiago de Chile. Poważny, wpadło kilkanaście osób i zrabowali cały wystawiony towar. Czyli buty o wartości około 7500 USD. Ale dla nich nie bardzo będą miały jakąkolwiek wartość. Wszystkie to jedynie połowa pary, na tę samą nogę. Bo to były buty z wystawy w sklepie obuwniczym...

GTA V


Zupełnie inaczej wyglądał napad na placówkę firmy transportującej gotówkę w Ciudad del Este w Paragwaju. Miasto to jest położone przy potrójnej granicy:  Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Jako takie jest poważnym ośrodkiem handlu oraz przemytu.
Tym razem około 50-60 bandytów podzieliło się na kilka grup, z których jedna rozpoczęła od podpalania samochodów w innych częściach miasta, aby odciągnąć policję, a następna dostała się do budynku. Wysadzając ścianę za pomocą ładunków wybuchowych. Opróżnili sejf z utargu zebranego od firm w ciągu dnia i przygotowanego do transportu do banku. W strzelaninie zginął jeden pracownik firmy konwojowej oraz policjant. Następnie, w czasie ucieczki, porwali ciężarówkę i podpalili ją blokując drogę dla pościgu. Samochody, którymi uciekali porzucili w miejscu, gdzie mieli ukryte łodzie do ucieczki na drugą stronę rzeki, czyli do Brazylii. Znaleziono w nich porzuconą broń. W tym przeciwlotniczy karabin maszynowy (kal. 0.5 cala). Wydaje mi się, że energia pocisku jest wystarczająca dla przebicia opancerzenia samochodów do przewozu kosztowności lub opancerzonych pojazdów Policji. Choć tego zbyt dokładnie nie wiem, z oczywistych powodów nikt nie podaje publicznie poziomu zabezpieczenia poszczególnych pojazdów i się nim nie chwali.
Na drugiej stronie rzeki czekał następny zestaw pojazdów. O tym dla odmiany wiadomo, bo jeden z tych pojazdów wszedł w jakąś interakcję z brazylijską policją. Czego skutkiem było to, że wszyscy trzej podróżujący zostali zastrzeleni na miejscu. W trakcie napadu było słychać, że posługują się językiem portugalskim, więc było wiadomo, że to napad transgraniczny, ale dopiero później zostali zidentyfikowani jako członkowie zorganizowanej przestępczości z Sao Paulo.

Przemyt stulecia


Przemyt w Ameryce Południowej ma swoje długie i bogate tradycje. Cła są prawie wszędzie bardzo wysokie, do tego w prawie każdym kraju zestaw barier handlowych. A jednocześnie długie i często sztucznie wytyczone granice. Popyt na kokainę swoje dokłada i efektem jest wartko płynący strumień towarów i pieniędzy w wszystkie strony i wszystkimi sposobami. Dodajmy do tego relatywnie słabo zaludnione i niezbyt bogate państwa, a otrzymamy sytuację, w której efektywne pilnowanie granic jest zwyczajnie niemożliwe. 
W takim klimacie istnieje sobie kilka miasteczek na granicy Urugwajsko- Brazylijskiej, gdzie granica przebiega środkiem ulicy. Co prawda wewnątrz Mercosuru większość ceł została zniesiona, ale integracja gospodarcza na tym się zakończyła i transport przez granicę opiera się na zwykłych zasadach eksportu i importu, a każdy kraj ma swoje regulacje. Stąd posterunki celne są na drogach dochodzących do tych miejscowości, a one same są w swej istocie strefami (prawie) wolnocłowymi. 
W takich pięknych warunkach spora grupa przemytników urządziła się wręcz idealnie. Wynajęli budynek magazynowy z dwoma wjazdami dla ciężarówek, jednym po stronie brazylijskiej, drugim po urugwajskiej. W końcu dotarła tam i policja, znalazła w tym i innych magazynach grupy 400 ton wełny i prawie 100 tys krowich skór. Biznes polega podobno na przemycie surowców z Brazylii, przerobie ich w Urugwaju i wywozie z powrotem do Brazylii do sprzedaży. Przyznam, że kompletnie nie wiem gdzie w tym jakiś większy zysk. Koszty pracy są zbliżone, może w Urugwaju nieco wyższe, ceł nie ma. Być może były to skóry z kradzionych zwierząt?