Imperium Amerykańskie

Przywództwo imperialne USA, opiera się, jak praktycznie każde stabilne (w sensie trwające pomimo zmian władców i rządów u wszystkich zainteresowanych stron) imperium na trzech filarach:
1. Finansowym, czyli miejsce będące głównym ośrodkiem handlu, wymiany pieniędzy i źródłem kapitałów rozwojowych i inwestycyjnych
2. Dyplomatycznym, czyli dominującym ośrodkiem i dysponentem "soft power", ośrodkiem rozwiązywania sporów i negocjowania porozumień.
3. I dopiero na końcu militarnym. Który nie oznacza samej siły, a to że zawsze będzie się w stanie obronić swoich klientów i sojuszników. Co oznacza w razie potrzeby możliwość i umiejętność zebrania sojuszników.
Kiedy te trzy elementy istnieją możemy mówić o imperium. Kiedy się zawalą, nie możemy. Proste. Z tego wszystkiego potencjał militarny jest najmniej ważny. Mając siłę ekonomiczną i polityczną, przekształcenie jej w militarna nie jest aż tak trudne. Bez tego pierwszego jak najbardziej można zbudować potencjał militarny, a nawet dokonać wielkich podbojów, ale nie ma najmniejszej możliwości utrzymania tych zdobyczy i stabilności imperium.

Mniej więcej w takiej kolejności następowała dekonstrukcja imperium brytyjskiego. Najpierw gigantyczne długi pozostałe po 1 w.ś. drastycznie zmniejszyły ilość dostępnego kapitału inwestycyjnego, co bardzo nieprzyjemnie wpłynęło na gospodarkę pozostałych terenów Imperium, bo nie było kapitału inwestycyjnego, czyli tez poważnego wzrostu gospodarczego. Drastyczne cięcia budżetowe w czasie wielkiego kryzysu jeszcze pogorszyły tę sytuację i postawiły wielki znak zapytania nad kwestią możliwości eksportu kapitału przez UK i utrzymania stabilności funta, a co za tym idzie całego systemu powiązanych walut.

Następnie przyszło Monachium i poważne zachwianie wiary w możliwości i umiejętność arbitrażu politycznego przez Wielką Brytanię (i Francję też). BTW: każdy minimalnie stojący na ziemi człowiek by zaczął podejrzewać, że sytuacja ekonomiczna i militarna UK i Francji są znacznie gorsze niż było to oficjalnie znane i będąc np. w sytuacji Polski rozpocząłby politykę natychmiastowych zbrojeń za wszelką cenę (inflacji, spowolnienia inwestycji, czegokolwiek) i odwlekania wojny w każdy sposób (i dopiero w tym kontekście możemy rozważać ustępstwa wobec III Rzeszy i ZSRR, a nie w bajkach i bredniach "Pakty Ribentropp- Beck, czy innych takich). Ale to dygresja.
A później była wojna. Od upadku Polski, któremu nie potrafili zaradzić, przez serię klęsk na wszystkich frontach, z oczywiście z francuskim na czele, aż do upadku Singapuru. To ostatnie wydarzenie było zamknięciem kwestii Imperium Brytyjskiego. Od tego czasu było tylko Imperium Brytyjskie w likwidacji. Akurat kilak tygodni później zaczął napływać w poważniejszych ilościach amerykański sprzęt, a następnie wojska i UK znalazło się w obozie zwycięzców. Ale świat nie wierzył już ani w brytyjski kapitał, ani w dyplomację, ani w armię czy nawet flotę.  Krok po kroku wszyscy się rozeszli w swoją stronę, a głównie do strefy dolara.

A teraz spójrzmy na imperium amerykańskie
Mamy ogólnoświatową walutę, czyli dolara. Mamy główny ośrodek inwestycyjny i rozliczeniowy, czyli Nowy Jork, gdzie kapitał zawsze się znajdzie. Jeśli odpowiada interesom Imperium.
Mamy w tym samym mieście siedzibę ONZ, a nawet jeśli byśmy nie mieli, to faktycznie każde porozumienie międzynarodowe wejdzie w życie jeśli jest zgoda Waszyngtonu i zwykle nie, jeśli jej nie ma. To samo można powiedzieć o porozumieniach międzynarodowych, a nawet składach rządów w Ameryce Łacińskiej i niektórych innych częściach świata.
To wszystko jest wsparte astronomicznymi wydatkami zbrojeniowymi i opinią o tym, że w wojnie konwencjonalnej USA sobie poradzą z każdym przeciwnikiem, czyli ochronią każdego sojusznika.

A teraz zadajmy sobie pytanie, jak hipotetycznie, mając wpływ na władzę byśmy chcieli zniszczyć ta możliwość projekcji imperialnej i jednocześnie dzisiejszy porządek świata.
Ale po co? A na przykład po to, aby powstał świat wielobiegunowy, bez jednego ośrodka imperialnego, w którym słabsze państwa mogłyby bezkarnie zajmować się projekcją swojej siły. Czyli w sumie tym samym co Niemcy w drugiej połowie lat 30-tych.

W takim razie usiłujmy wirtualnie pozbawić USA pozycji hegemona.
Najpierw musimy załatwić kwestię finansów.
Skoro potęga imperium opiera się na dominacji waluty i wolnym handlu w ramach bloku walutowego (co w przypadku dolara oznacza praktycznie cały świata), to najprościej jest drastycznie ograniczyć wolny handel. Przez wprowadzanie barier handlowych, etc. Zamknąć się w ramach mniejszej gospodarki, ograniczonej do metropolii i części klientów, lub wręcz żadnych. Z czego oczywiście, jeśli naprawdę chcemy zniszczyć imperium, to zaczynamy od najbliższych sojuszników.
To w sumie załatwi kwestie wiarygodności inwestycyjnej.

Następny element to wiarygodność dyplomatyczna. Jeśli chcemy, to w tej działce nie ma problemów. Zawsze można zerwać bez żadnego racjonalnego powodu i uzasadnienia kilka porozumień międzynarodowych, postawić publicznie partnerom absurdalne i bezsensowne do spełnienia żądania i już właściwie załatwione. Można też wszcząć jakąś wojnę wystarczająco kontrowersyjną, aby podzielić własnych sojuszników.

Pozostaje kwestia militarna. Otóż tutaj potrzeba sytuacji, w której wojska mocarstwa spektakularnie sobie nie poradzą i/lub nie ochronią sojusznika. Wcale tego nie potrzeba zrobić militarnie, można także wstrzymać się od działania, gdy jest ono wskazane.

W zakresie soft power jest istotna jeszcze jedna kwestia: wiara sojuszników w stabilność ustrojową. Czyli przewidywalność w dłuższym okresie czasu. W przypadku imperium brytyjskiego był to system parlamentarny. W przypadku USA jest to demokracja traktowana jako absolut. Jeśli sojusznicy i świat zobaczy, że ustrój po prostu nie działa, to będzie to naruszenie kolejnych podstaw do imperialnego wpływu na świat. A spektakularne przypadki naruszania zasad demokracji w ostatniej historii USA są dość obfite. Z czego najważniejszym jest... nie wcale nie kwestia wpływu na kampanię wyborczą w 2016 rosyjskiego wojska. To jest czysta sprawa i zewnętrzna interwencja której ofiarą mogło paść każde państwo. Najważniejszą były wybory prezydenckie w 2000 roku i dokładnie po nich "szerzenie demokracji przez USA" stało się złośliwym, a czasem ponurym memem. Oczywiście nie załatwienie sprawy wyborów 2016 to będzie zupełnie inna sytuacja.

Teraz, zakładając, że chcielibyśmy rozmontować USA do końca, pozbawić je statusu imperium i hipotetycznie zakładając, że mamy ku temu środki polityczne. Na przykład takie, że prezydent nie rozumie co robi i zdalnie sterowany. Otóż aby to osiągnąć po rozpoczęciu wojny handlowej, przekonaniu wszystkich, że przywództwo USA jest niegodne zaufania ani nawet poważnego traktowania oraz naruszenia podstaw potęgi inwestycyjnej potrzebujemy tylko jednej rzeczy:
przekonania wszystkich, że siła militarna USA nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa sojusznikom.
To można zrobić na dwa sposoby, oba zresztą przerobione przez Wielką Brytanię w ciągu 2 lat. (nawet w 3 wersjach)
Pierwszym jest dyplomatyczne stanięcie po stronie agresora przeciw napadniętemu państwu. To można zrobić oddając Sudety. Albo uznając aneksję Krymu.
Wersja pośrednia to oficjalne wypowiedzenie wojny, ale brak realnej pomocy dla sojusznika, który przez to spektakularnie przegrywa wojnę. Oczywiście następnie trzeba byłego już sojusznika starannie opluwać propagandowo, aby ukryć własną wcześniejsza nieudolność/wiarołomstwo/słabość. To spotkało Polskę w 1939 i w sumie, gdyby nie Lech Kaczyński spotkałoby również Gruzję w 2005 (pamiętacie prezydenta USA wybranego w sfałszowanych wyborach?- wtedy nadal rządził, choć już po raczej uczciwych)
Trzecia sytuacja miała miejsce wtedy, gdy zaangażowano się z pełną siłą i wszystkimi możliwościami i skończyło się szybkim i sprawnym zarobieniem po pysku. I zostawieniem całego wyposażenia całej armii na plaży. Konkretnie w Dunkierce.
Tego trzeciego USA jeszcze nie doświadczyły i nie ma żadnego realnego powodu aby musiały. Jedynym sposobem na to jest świadome rozpoczęcie wojny, która skończy się żenującą porażką ze słabszym przeciwnikiem. A że co najmniej na papierze każdy potencjalny przeciwnik jest dużo słabszy, to oznacza przegranie po prostu jakiejkolwiek wojny konwencjonalnej. Dzięki działaniom tego samego, byłego prezydenta udało się wpakować w wojnę, która w istocie była kompromitacją dyplomacji, przywództwa i sił zbrojnych USA. Ale Irak nie był jeszcze kompromitacją kompletną. W końcu wojna konwencjonalna została spektakularnie wygrana zanim ktokolwiek zauważył że się rozpoczęła. 
To musi być po prostu przegrana wojna konwencjonalna. Wystarczy kraj, który ma jakąś względną armię (porównywalnej z USA przecież i tak nie ma nikt), jest wystarczająco daleko, aby problemy logistyczne utrudniały działania USA, ma spory obszar i trudny teren i wystarczającą populację dla utrzymania sił zbrojnych na sensownym poziomie. Ja widzę takie trzy kraje: Chiny, Rosję i Iran.
Z czego przegrać z dwoma pierwszymi to nie aż taki wstyd i można się wytłumaczyć. Ze znacznie mniejszym i biedniejszym Iranem już nie bardzo.

Co słychać w lepszej Ameryce?

Otóż dzieje się. Naprawdę sporo. I przyznam, że miałem chwile wątpliwości przed napisaniem słowa "lepszej", ale zaraz przypomniałem sobie, że większą częścią tej drugiej rządzi Donald Trump. Więc tak, nadal lepszej.

Ale dookoła kontynentu dzieje się, i większości są to już dość poważne kryzysy społeczne na tle problemów gospodarczych.
Najprościej jest w Argentynie. Oczywiście, że rządy neoliberalnego prezydenta, który zachowuje się i mówi jak teleportowany z lat 90-tych, doprowadzą do podobnych wyników jak rządy z lat 90-tych. No i doprowadziły. Kryzys walutowy, podwyżka stóp procentowych (do 40%) w celu powstrzymania ucieczki walut, etc. W skrócie- to samo co zawsze. I przyspieszona deindustrializacja wspomagana naraz likwidacją barier handlowych i walutowych oraz drakońskimi podwyżkami cen energii. Żeby nie było- to są rzeczy, które raczej należało zrobić. Ceny energii, zwłaszcza elektryczności i gazu były patologicznie niskie, sposób implementacji barier pozacelnych i restrykcji walutowych świetnie utrudniał zwykły obrót handlowy z zagranicą, etc. Ale to wszystko zostało wprowadzone w celu zamortyzowania szoku 2009 roku i pełzającego kryzysu który mamy dookoła świata (i mieć będziemy). Ale została wprowadzona terapia szokowa, co paskudnym otoczeniu międzynarodowym prowadzi prosto do zgonu pacjenta. Truciznę, w postaci linii kredytowej z MFW już podano.

W Brazylii jest gorzej 
Jak nie wszystkim wiadomo, w zeszłym roku miał tam miejsce zamach stanu. Ale nie wojskowy, tylko według najnowszej mody, parlamentarno- sądowy. Sytuacja wyglądała tak, że Partido de Trabahadores musiała zgodzić się na przedstawiciela oligarchów jako kandydata na wiceprezydenta, następnie po zwycięstwie w wyborach prezydenckich Dilmy Rouseff parlament (zdominowany przez banksterską opozycję) robił wszystko aby przewrócić ekonomicznie kraj i  doprowadzić  do spadku popularności rządu. Sytuacja międzynarodowa i ceny surowców w tym całkiem sporo pomogły, wystarczyło uchwalić budżet bez deficytu w takiej sytuacji i zupełnie dobry kryzys był gotowy.  Kryzys wystąpił w solidnej, ale nie krytycznej postaci, ulica pomimo protestów nie chciała obalac rządu, to zajął się tym parlament. Uznano, że Dilma Rouseff złamała ustawę budżetową i przegłosowano impeachment. Prezydentem został niejaki Temer, który bardzo sprawnie zajął się wprowadzaniem reform, aby wszystko było tak jak kiedyś. Co spowodowało natychmiastowe pogorszenie sytuacji oraz spadek jego notować do poziomów normalnie nie znanych w demokratycznych społeczeństwach. 
Aby zobrazować skalę: w protestach przeciw rządom Rousseff, które doprowadziły do przejęcia władzy przez Temera, gadżetem protestujących były koszulki reprezentacji piłkarskiej. Dziś to się odbija na reprezentacji. 53% brazylijczyków deklaruje brak zainteresowania Mundialem, a gazety piszą o demonstracyjnym kibicowaniu reprezentacji Argentyny przez Brazylijczyków. Muszę przyznać, że to jest trochę niewyobrażalna wiadomość. Choć to argentyńska gazeta, czyli z definicji źródło wybiórczych i niekoniecznie prawdziwych informacji.

Wenezuela
Tam dla odmiany nic się specjalnego nie dzieje. Kraj stał się dyktaturą pod nieudolnymi rządami pseudolewicy opowiadającej o bogactwie z ropy. Tak się zabawnie składa, że Wenezuela w istocie ma olbrzymie złoża ropy, ale jednocześnie jest ona bardzo droga w wydobyciu. Czysto obiektywnie. Wobec czego gospodarka oparta na rozdawaniu pieniędzy z eksportu ropy i faktycznym niszczeniu każdego innego typu aktywności gospodarczej nie może funkcjonować. I nie funkcjonuje, a skutkiem tego jest masowa emigracja. A właściwie nawet nie emigracja, a ucieczka w poszukiwaniu minimalnych warunków dla życia, czy wręcz przeżycia. Z racji ilości uchodźców (bo to już lepsze słowo niż "imigrantów") przygraniczne miasteczka w Brazylii i Kolumbii pękają w szwach, z czego nie chodzi o brak mieszkań do wynajęcia, tylko raczej o brak miejsca w parkach do spania. 

Zostając przy Kolumbii
Tam mamy w najbliższa niedzielę druga turą wyborów prezydenckich. Z czego pierwsza tura była bardzo zabawna, bo zgodnie z sondażami, jak zwykle do drugiej miał przejść liberał i konserwatysta, jak zawsze od dwustu lat. Liberał uzyskał czwarty wynik, a do drugiej tury przeszedł przedstawiciel lewicy, który sprawę "sądowego zamachu stanu" ma już za sobą. Przynajmniej pierwszy raz, bo tak własnie został pozbawiony fotela burmistrza Bogoty. Którą zresztą w ciągu 2 lat niedokończonej kadencji bardzo mocno zmienił w stronę cywilizacji.

W mniejszych i stabilniejszych krajach, jak Urugwaj i Chile sytuacja Wenezueli, Brazylii i Argentyny siłą rzeczy też musi być widoczna. I jest. W Montevideo widać skutki presji popytu na najtańsze lokale mieszkalne (czyli pokoje w pensjonatach). W postaci wyciekających do mediów opisów skandalicznych warunków, a i tak potężnego popytu oraz też widocznie zwiększającej się liczby śpiących na ulicach. W Urugwaju jeszcze Urząd Migracyjny jest zakorkowany sprawami w dość znacznym stopniu. Na samo rozpoczęcie procedury migracyjnej czeka się dobrze ponad 4 miesiące, a a ono jest konieczne do podjęcia legalnego zatrudnienia. Tak samo wszystkie kolejne etapy pokazują przeciążenie instytucji do granicy dysfunkcjonalności. 
Swoje dołożyło też nieprzygotowane wdrożenie nowego Kodeksu Postępowania Karnego. Modernizacja była potrzebna, ale przy okazji wypuszczono z aresztów tymczasowych ludzi, którzy przebywali tam zbyt długo bez wyroków. Sądy były przeciążone, więc i tego towarzystwa było sporo. Tyle, że jak to tymczasowo aresztowani, raczej nie znaleźli się tam za plucie na chodniku. I tez wylądowali w sporej części na ulicach (bo tanie pensjonaty zajęli imigranci) i zajęli się tym w czym już mają doświadczenie. Systematycznie korzystają z nowej procedury do powrotu, ale problem jest i to widoczny.

Jak widać, ciemne chmury są prawie nad całym kontynentem, choć dla tych lepiej rządzonych krajów jedynie wskutek niestabilnego sąsiedztwa. Pożyjemy, zobaczymy, jak na razie słońce nad plazami Montevideo zupełnie dobrze świeci.

Stalingrad

Tytułowe miasto, a zwłaszcza jego okolice (wbrew powszechnej wiedzy, okolice były ważniejsze), było polem bitwy, która według większości zestawień była jedną z najważniejszych bitew w historii ludzkości. Tak, to jest prawda. A nawet niedopowiedzenie. Bitwa stalingradzka była niesamowicie ważna i przeważyła losy 2 w.ś. nie dlatego, że okrążono i zmuszono do poddania całą armię. Nawet nie z powodu przesunięcia frontu o kilkaset kilometrów. To były drobiazgi, tak samo jak sprzęt, etc. Jej zaciekłość też nie brała się z żadnych fobii na tle nazwy miasta, czy uporu Hitlera, żądzy podboju ani żadnych szczególnych instalacji, które były w mieście. 

Bitwa ta bezpośrednio decydowała, które z dwóch państw utrzyma, a które bezpowrotnie utraci możliwość prowadzenia walk ofensywnych i wojny manewrowej. Czyli w skrócie: które będzie mogło wygrać wojnę a które nie. Bitwę, jak wiadomo wygrał ZSRR i dzięki temu mógł wygrać wojnę. Gdyby kontrola nad Stalingradem i jego okolicami pozostała w rękach III Rzeszy kilka miesięcy dłużej, ZSRR w swoim kształcie i granicach nie dotrwałby 44 roku.

Bez kontroli na Stalingradem poczynając od początku 1943 roku III Rzesza była pozbawiona możliwości ofensywnych na większą skalę i skazana na ostateczną klęskę.

Zacznijmy od kwestii znaczenia dla ZSRR, bo jest ona znacznie prostsza. Otóż Wołgograd (ówcześnie zwany Stalingradem), leży nad Wołgą. Która to rzeka po dziś dzień jest osią transportową o olbrzymi znaczeniu, a co ważniejsze najdalej na wschód wysuniętym szlakiem transportowym północ-południe o poważnej przepustowości. Dalej jest tylko czasami spławna (ale raczej nie) rzeka Ural oraz nieliczne i bardzo marne linie kolejowe na środkowoazjatyckich stepach.

Jakie znaczenie miał ten transport?

Łatwo zrozumieć, jeśli dodamy do tego dodatkowe informacje: po pierwsze, i mniej ważne, jedyny korytarz poważnej ilości transportu towarów z zewnętrznego świata do ZSRR wiódł przez Persję i Kaukaz, następnie koleją lub wodą przez Morze Kaspijskie i w górę Wołgi. Oprócz dostaw z UK i awaryjnego zaopatrzenia dostarczanego konwojami arktycznymi (które Niemcy skutecznie niszczyli, jeśli akurat mieli paliwo), całe zaopatrzenie z zewnątrz, czy to w ramach Lend-Lease, czy innych umów, docierało szlakiem przez Persję. Zajęcie Stalingradu uniemożliwiało dostarczenie go do rejonów przemysłowych, większości populacji i prawie całej armii.

Ale to był drobiazg. W każdej książce radzieckiej można przeczytać, że wcale nie potrzebowali amerykańskich ciężarówek, istnienie Shermanów w Armii Radzieckiej jest mitem, a aluminium spadało im z nieba. 

Za to w żadnej książce, nawet radzieckiej, nie znajdzie się, tezy, że Armia Radziecka mogła rozpocząć choć jedną ofensywę bez benzyny i paliwa diesla. A w tym czasie cała, 100%, ropy w ZSRR pochodziła z Kaukazu. Z dwóch niewielkich pól naftowych na północnym skraju tych gór, a olbrzymia większość z okolic Baku. Surowa ropa i paliwa były transportowane koleją lub barkami na północ. Zajęcie Stalingradu lub jakiejkolwiek innej części brzegu dolnej Wołgi po prostu pozwalało na zablokowanie tego transportu w całości. Może parę litrów by dotarło z arktycznymi konwojami, ale pewnie i to nie. W takiej sytuacji nie byłoby mowy o utrzymaniu jakiejkolwiek produkcji, czy przeprowadzeniu żniw i zasiewów. W skrócie- cały kraj by implodował, razem z armią i administracją. 

Wytłumaczenie znaczenia tego terenu dla Niemiec jest nieco bardziej skomplikowane, ale za to w swej istocie tłumaczy całą 2 w.ś. Otóż musimy się cofnąć do listy największych producentów ropy na świecie w latach międzywojennych. Na tej liście, powiedzmy 10 największych producentów , znajdziemy Wenezuelę, Argentynę i jeszcze kilka krajów, które nie mają większego znaczenia dla dalszego przebiegu wydarzeń. Znajdziemy tam także Rumunię z wydobyciem rzędu 6 milionów ton rocznie w 1938, następnie szybko spadającym. Na drugim miejscu listy jest ZSRR, ok. 30 mln ton, a na pierwszym USA, 180 mln ton rocznie. 
Tak jest, lwia część światowej ropy naftowej pochodziła z USA, łącznie około 2/3, następnym krajem, który miał handlowe nadwyżki tego surowca był ZSRR. Zasadniczo nikt inny na świecie nie dysponował jednocześnie możliwością eksportu ropy i wystarczającą ogólną siłą polityczną aby sprzedawać ją komu chce, a także zorganizować jej transport (witamy w realiach lat 30-tych).
Te wymogi skracają nasza listę do faktycznie dwóch krajów: USA i ZSRR. Czyli: aby zapewnić rozwój i utrzymać gospodarkę przemysłową trzeba było mieć dobre relacje handlowe z jednym z tych dwóch krajów. 
Co w przypadku ZSRR oznaczało udział w forsownej industrializacji i dostarczanie produktów wymaganych planem, a w przypadku USA dostarczanie czegokolwiek co się dało sprzedać. Problemik z USA polegał na tym, że w 1930 wprowadzono nowe taryfy celne, ze średnią stawką powyżej 2/3. To dawalo nam bardzo ładny łańcuszek: Chcesz kupić paliwa? Musisz mieć dolary. Dolar nie był jeszcze walutą międzynarodową, zresztą nie było czegoś takiego, był system bloków walutowych. Więc trzeba było coś wyeksportować dokładnie do USA. Wielkiego kraju, uprzemysłowionego i pełnego wszelkich surowców. Samo w sobie to nie było łatwe. A do tego najpierw trzeba było zapłacić cło, które negowało opłacalność jakiegokolwiek importu, poza wąską grupą towarów luksusowych. Co oznaczało, że każdy, kto potrzebował ropy realnie musiał albo zawszeć porozumienie handlowe z USA, albo potężnie dopłacać do jakiegokolwiek eksportu do tego kraju. 

To były realia lat 30-tych. Co bardziej doinformowani Czytelnicy zadadzą teraz pytanie co z importem z Rumunii i programem produkcji paliw syntetycznych w Niemczech. Otóż tak, obie te rzeczy istniały. Tak samo jak istniało wydobycie w ropy w Niemczech (ok 0,5 mln ton rocznie)  nawet jeszcze jakieś inne złoża w Europie zostały zdobyte. Głównie w Galicji w 1941 (polskie złoża to także było ok. 0,5 mln ton rocznie, ale to prawie w całości zostało zajęte przez ZSRR).

Uwaga dla uświadomienia sobie skali: 1 milion ton rocznie to ok 15 000 baryłek dziennie (nie można dokładnie podać, bo jedno jest jednostką wagi, a drugie objętości, a relacja tego w przypadku ropy jest bardzo różna). Dzisiejsze zużycie ropy w Niemczech to ok 2,5 mln baryłek DZIENNIE. Czyli cała ropa dostępna rocznie dla 3 Rzeszy to ok. 90 tys baryłek dziennie, czyli 3,6 % dzisiejszego zużycia Niemiec. Ale w czasie bitwy pod Stalingradem, to terytorium było znacznie większe. I musiało obyć się tę sama ilością. Oprócz Rumunii, która miała swoją ropę i tylko eksportowała nadwyżki, reszta terytorium obejmowała praktycznie całą Europę, od Wołgi po Pireneje i od Nordkapp po Saharę. I na to wszystko było te 90 tys baryłek dziennie. Dziś to terytorium zużywa około 13- 15 milionów baryłek dziennie. Oczywiście w ówczesnej gospodarce duża część transportu była napędzana węglem, ale ułatwienia produkcji, zwiększenia poziomu kooperacji, wykorzystania regionów z gorsza infrastrukturą, itp, paliwa płynne były (prawie) niemożliwe do zastąpienia. I kompletnie, całkowicie niemożliwe do zastąpienia w wojnie manewrowej. 
Oczywiście paliwa płynne można uzyskać inaczej, jeśli ma się odpowiedni poziom technologii. Niemcy mieli, produkowali zarówno paliwa syntetyczne, duże ilości spirytusu, terpentyny ile mogli, etc. To wszystko jednak było nic w porównaniu do tego ile paliw płynnych można uzyskać z rury wbitej w ziemię w Teksasie czy Baku. Zresztą robili to kosztem innych form energii i żywności. A tego też im brakowało.
Wydobycie węgla kamiennego było wystarczające na potrzeby Niemiec, całe wydobycie europejskie nie było wystarczające na potrzeby kontynentu. Węgiel był, ale sytuacja była napięta, wymagała oszczędnej gospodarki i nie pozwalała na żadną rozrzutność. Stąd ilość paliwa syntetycznego była u swojego limitu. Gaz ziemny jako paliwo jeszcze wtedy prawie nie istniał, zresztą nigdzie nie było poważnych złóż. Ilość produkowanej żywności także nie pozwalała na żadną większa jej alokację dla produkcji paliw czy surowców chemicznych. W skrócie: tak naprawdę niczego nie było i dla rozwoju, czy wręcz przetrwania Niemiec w latach 30-tych konieczne było zdobycie większej ilości ropy, żywności i także węgla lub znalezienie sposobu na przetrwanie bez tego w warunkach odcięcia od handlu zagranicznego. Czyli zwiększenie produktywności w kraju. 

Niemieckie elity znakomicie zdawały sobie z tego sprawę i zaczęły bardzo solidnie nad tym pracować od dnia podpisania Traktatu Wersalskiego. Albo i wcześniej. Co najmniej zaraz, gdy zaczęto się przygotowywać do następnej wojny. I jeśli to nie działo się w grudniu 1918 roku, to w lipcu 1919 już na pewno. W latach 20-tych wykonano olbrzymia pracę intelektualną i projektową, a tam gdzie Traktat Wersalski nie narzucał ograniczeń również przemysłową. 

Program paliw syntetycznych był tylko jedną tego częścią. Oprócz tego zrobiono bardzo wiele w celu rozwoju transportu i przemysłu z minimalnym zużyciem produktów ropopochodnych, zwiększania produkcji żywności, a także substytucji węgla kamiennego.

To były przygotowania na godzinę W. Sama droga do Stalingradu stała się prostą w 1930 roku, kiedy Republikańska większość w Kongresie USA zaraz po wpakowaniu wszystkich w najgorsza recesję w historii uchwaliła taryfy celne, które wprowadziły świat na drogę do wojny. 
Wkrótce później władzę w Niemczech przejęła NSDAP i... te przygotowania zostały odstawione na boczny tor. Właściwie zaprzestano poprawy żeglugi śródlądowej, praktycznie całkowicie zaprzestano elektryfikacji kolei. Nawet znacznie spowolniono produkcję nowych, znacznie wydajniejszych modeli parowozów. Wiejska elektryfikacja, która mogła zmniejszyć zużycie przez lampy naftowe (wcale niemałe, kiedy rozmawiamy o tej skali podaży) została prawie wstrzymana (miasta były zelektryfikowane w większej części w latach 20-tych). 
Zamiast tego możliwości inwestycyjne zostały skierowane na budowę autostrad i rozbudowę przemysłu motoryzacyjnego. A już wisienką na torcie był pomysł masowej motoryzacji dla robotników... 
Pod Stalingradem wiele nie brakowało. Brakowało możliwości dowiezienia zaopatrzenia, amunicji i paliw. Bo te niewielkie ilości paliw, które były dostępne zeżarła cywilna gospodarka, a przez brak rozwijania infrastruktury wszystko opierało się na kilku liniach kolejowych z trakcją parową. A tymczasem nawet nie zbudowano planowanego kanału Ren-Dunaj. Który by pozwolił transportować rumuńską ropę prosto do centrum przemysłowego Niemiec i węgiel bezpośrednio do Rumunii i nie zajmować przy tym linii kolejowych, które trzeszczały w szwach przewożąc zaopatrzenie dla armii. I tak dalej. Takich rzeczy naprawdę było sporo, i prawie wszystkie, które udało mi się zweryfikować miały ten sam wspólny mianownik: porzucenie polityki Republiki Weimarskiej zmierzającej do samowystarczalności paliwowej, efektywności transportowej i energetycznej, a zamiast tego promowanie używania paliw płynnych i motoryzacji. Co w prostej linii musiało najpierw doprowadzić do sojuszu z ZSRR, a później do wojny, której z zaniedbaniem przygotowań Niemcy musiały przegrać.

Pozostają dwa poważne wnioski, które są zupełnie zgodne z powszechną wiedzą.

Pierwszym jest to, że 2 wś była dogrywka pierwszej, ale toczyła się praktycznie w całości o dostęp do złóż ropy. Które kontrolowały USA i w mniejszym stopniu ZSRR i tak pozostało do końca, więc wynik był przesądzony od razu.

A drugi brzmi: Hitler był kompletnym durniem. Nie idiotą w sensie niskiej inteligencji, czy czegoś takiego. Durniem, który kompletnie nie rozumiał świata i uwarunkowań w miejscu, w którym się znajdował. Niemcy byli zmęczeni polityką ciągłego zaciskania pasa i biedy lat 20-tych. W tym zmęczeniu nie widzieli sensu i chętnie powierzyli władzę komuś, kto obiecywał coś innego. Ale wbrew pozorom, bieda lat 20-tych to były nie tylko reparacje, ale przede wszystkim inwestycje w potencjał przemysłowy i transportowy potrzebny na następnej wojnie. Polityka NSDAP porzuciła te inwestycje i rozpoczęła festiwal konsumpcji na kredyt i transferu pieniędzy do kolegów pod pretekstem nowej polityki. Zamiast realnej rozbudowy potencjału transportowego były wielkie słomiane inwestycje typu budowa autostrad. Kiedy zabawa się skończyła, to okazało się, ze te kilka lat zaniedbań kosztowało przegranie kluczowej bitwy, a razem z tym całej wojny.

Te decyzje nie były żadną świadomą polityką, ani sabotażem. Były po prostu negacją dotychczasowego establishmentu z poziomem rozumienia problemów gospodarki i przemysłu typowym dla każdej prawicy. Zamiast rozumieć samemu, słuchają swoich kolegów prezesów, którzy mówią to co korzystne dla ich wąskich interesów, a nie dla kraju. Dla kraju są korzystne duże inwestycje i umiarkowane zyski, dla prezesów i akcjonariuszy wręcz przeciwnie. Niemcami w latach 20-tych rządziła żądna zemsty elita polityczna, w latach 30-tych banda kelnerów dla prezesów. To jest jakby odwrotność tego,co zwykle widujemy w podręcznikach, ale potwierdza to wynik bitwy stalingradzkiej. A dużo nie brakowało.
W pewnym sensie to też pomogło w następnym rozdziale niemieckiej historii. Denazyfikacja mogła automatycznie stać się metodą na pozbycie się durni z kierowniczych miejsc w polityce i gospodarce. 

Tu już brakuje miejsca na wchodzenie w szczegóły polityki energetyczno-transportowej Niemiec w 20-leciu, a tym bardziej zastawiania się jak daleko mogliby dojść w alternatywnym scenariuszu. Dokładniej się tym zajmę, być może z odrobiną szacunków dla alternatywnego scenariusza na Rewolucji Energetycznej.
A tymczasem jedno jest pewne: w latach 20-tych polityka całych niemieckich elit była zorientowana na rozwój gospodarczy bez paliw płynnych. W latach 30-tych, kiedy paliwa te rzeczywiście stały się trudno dostępne, nowe rządy zaprzestały całkowicie rozwoju opartego na odstawianiu ropy i rozpoczęły promowanie produktów ropopochodnych. Czego skutkiem była mało wydajna logistyka, zarówno cywilna, jak też wojskowa, bo zaczynając od września 39 dostępu do tych paliw Niemcy po prostu nie miały w żadnej minimalnej ilości. A stworzenie alternatyw zostało pasywnie lub aktywnie uniemożliwione przez NSDAP.

Dla przykładu: tu tekst o elektryfikacji kolei w Europie pod koniec lat 30-tych. Tak naprawdę brak elektryfikacji korytarza wschód- zachód w Niemczej jest szokujący. Nie było łatwo coś takiego znaleźć w sieci, najwyraźniej wszyscy wola się zachwycać motylkami i czołgami, a to nie było sedno sprawy.
Tu krótki komentarz na temat niemieckiego dostępu do pól naftowych. Uwaga- tam są znów inne jednostki (miliony baryłek rocznie)

Istota gospodarki USA i kiedy będzie kryzys

USA w 1945 były absolutnie dominującą potęgą. Krajem którego dominacja w światowej gospodarce nie mogła się równać z niczym znanym kiedykolwiek wcześniej lub później w historii. Nie przesadzam. Gospodarka USA stanowiła około połowy światowego PKB, przy mniej niż 5% światowej ludności.

To w jaki sposób zostało wykorzystane to bogactwo wpływa na dzisiejszy świat i będzie wpływać jeszcze długo. A zostało wykorzystane na dwie rzeczy. Pierwszą z nich była odbudowa Europy Zachodniej i Japonii. Ale według nowego modelu gospodarczego, narzuconego z Waszyngtonu. 
A drugim był rozwój USA według tego samego modelu.

To prowadzi nas do bardzo ciekawej obserwacji. Otóż ostentacyjna zamożność USA lat 50-tych i model gospodarczy i społeczny zmotoryzowanych przedmieść, który wtedy powstał nie był w żadnej mierze droga która doprowadziła do rozwoju, ani sposobem na uzyskanie potęgi przez USA.

To był sposób wydania już posiadanych środków i potencjału przemysłowego. Dziś wygląda on absolutnie idiotycznie pod każdym względem: ekonomicznym, efektywności gospodarczej i społecznym, ale panuje przekonanie, ze w latach 50-tych to miało sens i była to metoda dzięki której USA stały się najzamożniejszym krajem świata. Nie, nie była. Był to wtedy dokładnie taki sam idiotyzm jak i dziś, ale ten kraj już był obłędnie bogaty i mógł sobie na to pozwolić.

I naprawdę to nie było tak, ze "ludzie tego chcieli" albo że "rynek zdecydował". Ludzie wrócili z wojny, zakładali rodziny i chcieli gdzieś mieszkać. A o tym gdzie i jakie mieszkania można zbudować zawsze mniej lub bardziej decyduje administracja. W tym przypadku bardziej. To rząd federalny określił zasady jakimi musza kierować się władze lokalne określając szerokość ulic, liczbę miejsc parkingowych,  w dalszej kolejności rozdzielenie funkcji mieszkalnych i handlowych, etc. Do stopnia w którym samochód stał się absolutnie niezbędną do życia rzeczą. Co w oczywisty sposób zmniejszyło efektywność społeczeństwa, podwyższyło koszty życia dla wszystkich i zmniejszyło konkurencyjność USA.

W początkowym okresie miało to bardzo pozytywne reperkusje. Mianowicie odbudowany za amerykańskie pieniądze przemysł Niemiec i Japonii mógł być, dzięki konkurowaniu niższym kosztami życia, poważnym eksporterem na obłędnie bogaty amerykański rynek. W tych dwóch krajach (jak i większości innych) społeczeństwa były wciąż zbyt biedne, aby tworzyć poważny popyt. Kto miał dostęp do rynku USA ten miał możliwość dalszego rozwoju.

Nie chodzi w typ opisie o krytykę powszechnej motoryzacji czy polepszania standardów mieszkaniowych. Chodzi o to, że system był skonstruowany tak, aby wymuszać maksymalne korzystanie z samochodów. Czego konsekwencja było niszczenie na różne sposoby alternatywnych, bardziej efektywnych gospodarczo metod transportu (W przypadku transportu ludzi w mieście każda metoda jest bardziej efektywna niż indywidualna motoryzacja. Każda).

Na skalę gospodarki miało to tę konsekwencję, że robotnik musiał zarobić nie tylko na wyżywienie i ogrzanie mieszkania, a również na samochód i znacznie droższe przecież ogrzanie domu. Nawet jeśli akurat nie zbudowanego z kijków i tektury, to i tak wolno stojącego, bez śladów izolacji i daleko od wszystkiego. To musiało pogarszać konkurencyjność. 
Dopóki w innych krajach trwała odbudowa zniszczeń to wszystko było na miejscu. Bogate Stany importowały, płaciły, za to zrujnowana Europa kupowała maszyny do odbudowy czy żywność do przetrwania. Ale kiedy sytuacja wróciła do przedwojennej, masowy import przestał być potrzebny. Lokalna produkcja była tańsza, bo równie, czy bardziej fachowa siła robocza pracowała za mniej i było to wytwarzanie na miejscu.

Realnie rzecz biorąc drogi amerykański robotnik nie był nikomu potrzebny. I zgodnie z tą logiką został wyrzucony za burtę. Lata 60-te to już pełnia efektywności Japonii i Niemiec, widoczne były efekty masowych inwestycji w elektryfikację kolei, masowy transport i rozsądne planowanie mieszkaniowe, czyli efektywnie olbrzymią różnicę kosztów pracy przy zaspokojeniu wszystkich podstawowych potrzeb rodzin robotniczych. Co oznaczało, że eksport z USA po prostu przestał być konkurencyjny na rynkach eksportowych.  Widać to jeszcze dziś na niektórych ulicach Ameryki Łacińskiej, gdzie jak najbardziej nadal są amerykańskie ciężarówki z lat 40, 50-tych i wczesnych 60-tych, ale późniejsze są to wyłącznie produkcja europejska, ewentualnie japońska, a ostatnio chińska.

Jeśli jedne kraje inwestowały w elektryfikację kolei, a inne w rozbudowę obłędnie nieefektywnych ekonomicznie przedmieść, to w końcu musiało to doprowadzić do sytuacji, w której wszystko jeszcze jakoś działa, ale już nie ma perspektyw. Dotychczasowy system musiał zbankrutować. I coś takiego oficjalnie stało się w USA w 1971 roku.

Po protestach studentów, przeciw wojnie, hipokryzji i braku perspektyw nowego pokolenia zwyczajnie ogłoszono bankructwo, a nowe pokolenie zdecydowano się wyrzucić za burtę. Nie do końca jednak, bo wymyślony został nowy model gospodarczy. Taki, w którym USA pozostaną potęgą, ale już nie przemysłu, a konsumpcji. Po prostu ten kraj został największym producentem długu na świecie. I to działało. Rosnące zadłużenie wszystkich pozwalało na dalszą konsumpcję i dalszy transfer kapitałów na cały świat. Ten sam świat został jednocześnie skuszony wizją dochodowych, bezpiecznych inwestycji i Wall Street, jak magnes przyciągała wszystkie możliwości inwestycje z całego świata. USA miało nowy model, który opierał się na destrukcji własnego przemysłu i klasy robotniczej, wzroście zadłużenia i pompowaniu pieniędzy z całego świata przez system finansowy USA. I to działało.

Ale zastanówmy się jakie są potrzebne warunki do tego, aby to działało.

Po pierwsze oczywiście wiarygodność USA, administracji, systemu prawnego i banków. 
Po drugie- poważna konsumpcja, czyli istotna klasa średnia, po trzecie możliwości inwestycyjne czyli biznes w stylu Hollywood i Krzemowej Doliny, gdzie można mieć astronomiczne zwroty z kapitału.

Teraz mamy kryzys tego modelu. Właściwie rzecz biorąc przestaje on działać. I co dalej?

Dalej są trzy wyjścia. Albo to naprawić i starać się znaleźć coś nowego dopóki pieniądze płyną, albo pogodzić się ze śmiercią tego modelu i przebudować kraj dopóki są pieniądze. Przebudować przez modernizację i zwiększanie efektywności gospodarki. Zarówno po stronie konsumpcji, jak też produkcji, aby można było konkurować na rynkach światowych. 
Trzecie brzmi tak, że skoro model finansowy przestaje działać to wracamy do modelu przemysłowego.

Jednak aby model przemysłowy mógł działać, musi istnieć masowy popyt, czyli  niskie koszty życia.  Niskie koszt życia oznaczają demontaż suburbii, co wymaga czasu. Oczywiście jest też alternatywa, która polega na tym, że konsumpcję ogranicza się do 20% społeczeństwa, a pozostała część dostarcza niskich kosztów produkcji. Co jest w swej istocie modelem brazylijskim.
W każdej z tych wersji wybór sprowadza się do jednego: Albo rozpoczną się masowe inwestycje w obniżenie kosztów życia, albo ten kraj nie ma innego wyjścia jak utrzymywanie pozycji konfliktami zbrojnymi aż do ostatecznego zawału. Bo on musi nastąpić. Z powodu nieefektywnej gospodarki i budżetu tonącego pod ciężarem zbrojeń.

Sprowadzając do wspólnego mianownika: albo modernizacja przez efektywność energetyczną i uzyskanie międzynarodowej konkurencyjności przemysłu, albo zmiana w drugą Brazylię. Z czego ta druga wersja ma jeszcze dodatkową opcje utrzymywania fikcji potęgi poprzez militaryzację.Zarówno zewnętrzną, jak też wewnętrzną. To podtrzymywanie może i będzie trwać dopóki międzynarodowy kapitał będzie przepływał przez USA i traktował ten kraj jako bezpieczną przystań. 
Ta przystań na dziś jest bezpieczna i taką pozostanie jeszcze przez jakiś czas.

Jak długi?

Otóż to zależy od decyzji politycznych w bardzo, bardzo bliskiej przyszłości.
Cofając sie nieco: polityka Obamy, często powolna i zbyt ostrożna, ale jednak solidnie pchała USA w stronę rozwoju przemysłowego i poprawy efektywności gospodarki. Czyli było to wyjście pokojowe i rozsądne.

Teraz mamy jednak rząd Trumpa. który jest bardzo radykalny i konsekwentny w budowaniu drugiej Brazylii. Odziedziczył gospodarkę rozpędzoną inwestycjami, głównie w efektywność energetyczną i bardzo starannie stara się to zakończyć i powrócić do polityki G.W.Busha, tylko na sterydach. Czyli zastąpić militaryzacją pogoń za efektywnością, czyli całkowicie przekierować strumień inwestycji. Oraz zwiększyć deficyt w celu zwiększenia importu kapitału i jego prywatnego tworzenia. Dokładnie to zostało zrobione za pomocą reformy podatkowej. Do tego obniżono podatki wielkim korpo i podwyższono jej dla klasy średniej w bogatszych stanach typu Kalifornia i Nowy Jork.  Co uderzy po kieszeniach najbardziej produktywne jednostki oraz w stany, które same najwięcej inwestują. A obniżka podatków jest faktycznie dla inwestorów giełdowych, czyli w większości banków inwestycyjnych.

Zupełnie oczywiście kapitał inwestowany w efektywność energetyczną ściąga pieniądze z rynku, bardzo, ale to bardzo utrudnia powstanie bań spekulacyjnych i przez to zyski w modelu spekulacyjnym. I to jest właściwie sedno sprawy.

Teraz spokojnie przechodzimy do obecnego rządu. Jest to najbardziej groteskowa zbierania skorumpowanych przygłupów, których da się znaleźć wśród amerykańskiej oligarchii. A konkurencja jest tam spora. Steve Bannon już wyleciał, ale jego duch unosi się nadal. Gdzie jego programem, określonym zupełnie wprost i realizowanym był demontaż państwa. Rozmontowanie działających instytucji tak, aby już nie dało się prowadzić efektywnej polityki przemysłowej, i ekonomicznej.

Zauważmy, że jeszcze w tej układance nie ma Rosji. Ale te interesy też są. Nawet bardziej, bo bym powiedział, że kwestia wsparcia Trumpa to nie była tylko kwestia interesów moskiewskiej kliki. Oczywiście, że tak, ale nie tylko. To jest też model gospodarczy, który jest obowiązującym w Rosji. Wąska oligarchia rządząca krajem, klasa średnia, która może względnie wygodnie żyć i 80% nędzarzy, którzy walczą o utrzymanie i stanowią tanią rezerwę roboczą i militarną. 
Co ma tą ciekawą konsekwencję, że zarówno jednego jak tez drugiego zażarcie broni międzynarodówka nie tylko kacapoidów, ale też zupełnie zwyczajnych rasistów.

W takim razie pozostaje pytanie- co będzie dalej. I tu mamy bardzo jasną odpowiedź: na dziś zupełnie tego nie wiadomo. Sytuacja wygląda jak stanie pijanego na płocie, z którego może spaść w każdą stronę.  

Albo USA staną się drugą Brazylią, czyli eksporterem surowców do Chin bez większego znaczenia politycznego, z gigantycznym rozwarstwieniem społecznym, bez możliwości awansu społecznego i targanym wojnami gangów, gdzie dość solidnie zmierzają. Albo wykorzystają pozostałe środki i pozycję międzynarodowa dla przebudowy gospodarki. Problem polega na tym, że pierwsza zmiana szkodzi tylko większości społeczeństwa, a druga oligarchom, zwłaszcza finansowym i zbrojeniowym. 
To dość marnie rokuje co do poprawy sytuacji. Po drodze są wybory i dojrzewający bunt przeciwko głupiej i skorumpowanej Partii Demokratycznej oraz ekstremalnie skorumpowanej i prooligarchicznej Partii Republikańskiej.  Naprawdę zobaczymy co się stanie.
Z czego pozytywne rozwiązanie to nie tyle impeachment Trumpa, co wpakowanie przynajmniej kilku członków rządu za kraty oraz jak najpełniejsza weryfikacja decyzji podjętych przez nich. Z czego np. Betsy DeVos może to dotyczyć już dziś. Patologia jaką są federalnie gwarantowane pożyczki studenckie nie powinna istnieć, a na pewno nie powinno się ścigać dłużników. W ramach niszczenia państwa zdecydowała ona o zatrudnieniu firm windykacyjnych do tego, a w ramach korupcji zatrudniona została jej własna firma.  Polityka to jedno i ta decyzja jest fatalna dla kraju, ale tylko korupcja jest przestępstwem. Zresztą to i tak drobiazg w porównaniu do zupełnie poważnego pomysłu zastąpienia US Army w Afganistanie i Iraku przez firmę jej brata (i przejęciu rządowych pieniędzy z solidnym naddatkiem, oczywiście)
Wersja negatywna brzmi: Trump jest wybrany na druga kadencję i Republikanie zachowują większość w Kongresie zarówno w 2018 jak i 2020. Sprawa będzie posprzątana. To zbyt wiele lat w już zbyt zniszczonym kraju, aby móc wrócić do rozwoju zapewniającego stabilność i długoterminowe prosperity. Jeśli w tym roku Republikanie utrzymają Kongres, to każdemu, kto nie jest w górnych 10% społeczeństwa bym gorąco polecał spokojne spieniężanie wszystkiego i inwestowanie gdziekolwiek indziej. Jeśli utrzymają w 2020 to zrobienie tego również z własną osobą. 

Ale to przede wszystkim jest teraz najważniejsza kwestia ekonomiczna świata. Od sytuacji w USA zależy prosperity na całym świecie, bo to nadal jest największy rynek. Kto tam handluje, ma środki na inną działalność. Na przykład robienie polityki u siebie. I ta polityka jest taka, aby się podobała interesom Waszyngtonu. Wpływ nie jest aż tak wielki jak w latach 50-tych, ale ciągle ma znaczenie. 

P.S.
Historia Trumpa na 99% wygląda tak, że utopił w kasynach Atlantic City większość odziedziczonego majątku. Od tego czasu zajmuje się głównie praniem pieniędzy dla rosyjskiej mafii i jest zasadniczo słupem. Stąd nie tylko normalne działania w interesie Moskwy (których jest sporo, ale naprawdę musi mieć na nie alibi przed Kongresem) ale też paniczny strach przed rzeczami, które mogą obrazić jego zwierzchników. Stąd np. wychylanie się z gratulacjami powyborczymi dla Putina czy współpraca w rozmywaniu odpowiedzialności za śmierć szpiega w UK. 

Nowy lepszy rok

Przyznam, że w nowy rok patrzę z optymizmem. Można powiedzieć, że nieuzasadnionym, bo jednocześnie jestem przekonany, że będzie najgorszym, najbardziej niestabilnym i pełnym zagrożeń spośród tych, które większość osób ma w swojej pamięci.

Ale jednocześnie jestem przekonany, że to będzie dno i nikt nie zapuka od spodu. W przyszłym roku już będzie widać, jak źle było i że sprawy idą we właściwym kierunku.

Zaczynając od kwestii, która może zabić nas wszystkich, czyli zmianach klimatu. Na dziś jest taka sytuacja, że prezydent największego i najbogatszego kraju świata jest, powiedzmy to wprost, przygłupem. Który jednocześnie jest przekonany o własnej genialności oraz konieczności ochrony interesów całego biznesu paliw kopalnych. Tyle o USA
Jeden z kolejnych największych trucicieli, czyli Niemcy, w rytmie kolejnych rządów Angeli Merkel rozmontowują niemiecką Rewolucję Energetyczną, a przez sadystyczne niszczenie krajów południowej części strefy Euro, także hamują potencjalne zmiany w całym regionie.  

Na to nakładamy złe i skorumpowane rządy trzymające się stołków w RPA, ostatni przewrót polityczny w Brazylii i oczywiście Maybota i mamy dookoła świata, w kluczowych miejscach, przerażająco głupie i nieodpowiedzialne rządy, jeśli nawet nie zwyczajne bandy złodziei. Ale przede wszystkim mamy rządy kompletnie ignorujące wspólny problem całej ludzkości.

Kwestie ochrony klimatu znakomicie łączą i się nakładają na problem braku inwestycji, opisanego poprzednio, i polityków popieranych (czy wręcz wybieranych) przez oligarchów czerpiących astronomiczne zyski z dawno zamortyzowanych inwestycji. A przynajmniej mogących z nich wyciągać pieniądze na skalę wystarczającą do korumpowania polityków i wyłudzania państwowych dotacji i inwestycji w swoje interesy.  

Do tego są forsowane kolejne inwestycje konserwujące system oparty na paliwach kopalnych, zwłaszcza dotyczące gazu w Niemczech i wiele, wiele innych. Jedynym z niewielu państw realizującym sensowną politykę na poważną skalę są Chiny. Normalną, czyli inwestycji zapewniających ruch w gospodarce i inwestowania w odchodzenie od paliw kopalnych. 
Cały czas ci ludzie są przy władzy, robią swoje rzeczy, które nie wyglądają zbyt mądrze, a znacznie częściej są po prostu zwykłym, durnym, niepotrzebnym okrucieństwem. I nic nie wskazuje na to, aby się to miało w jakikolwiek sposób szybko zmienić.

Dlaczego więc jestem optymistą?

Odpowiedzią jest sztuka. Zupełnie konkretny kawałek, czyli film Mela Brooksa "The Producers". Kto nie oglądał powinien nadrobić zaległości i dopiero później wrócić do dalszej części tekstu. 
Kto nie boi się spoilerów może się nie przejmować, ale naprawdę sporo straci. 

Fabuła polegała na tym, że dwóch cwaniaków wymyśliło plan na przekręt. Zrobią sztukę teatralną, która będzie kompletną klapą, zupełnym dnem. Zrobią ją za pieniądze inwestorów, ale jeśli będzie doskonale wiadomo, z recenzji, szybkiego zdjęcia z afisza, etc., że to jest klapa, to nikt ich nie nigdy nie zapyta o budżet i wydatki. Bo wiadomo, ze stracili wszystko. Spokojnie sprzedali tysiące procent udziałów, wyciągali pieniądze jak im się podobało i pracowali nad najgorszym możliwym przedstawieniem. Nadszedł dzień premiery, pierwszy akt poszedł znakomicie, cała publiczność uznała, że to kompletny gniot, niektórzy zaczęli wychodzić, wszystko w porządku. 
Niestety, na początku drugiego aktu ktoś z publiczności krzyknął :"Ludzie, to jest śmieszne!". Percepcja się zmieniła. Przedstawienie było tak absolutnie głupie, że aż zostało odebrane jako świetna komedia. 

I właśnie ten moment nastąpił w USA. Wszyscy brali Donalda Trumpa na serio i ludzie dokładnie śledzący co się dzieje mogli tylko krzyczeć w przerażeniu. Co w sumie i ja robiłem.
Dziś sytuacja się o tyle zmieniła, że wyszła książka Michaela Wolffa o realiach Białego Domu. Dobrze udokumentowana, broniąca się nagraniami i bezpośrednimi wypowiedziami publicznymi. I pokazująca komediowy poziom braku pojęcia o realiach własnej pracy przez wszystkich Trumpów i ich otoczenie. Po prostu "Ludzie, to jest śmieszne!" Pozostało tylko poczekać krótkie kilka dni, kiedy najpierw prawnicy prezydenta negowali wiarygodność książki, w tym samym piśmie żądając przesłania jej egzemplarza a później po wydaniu, sam Donald wysłał tweeta w którym określił się jako "very stable genius". Co już chyba zostało potocznym określeniem. Książka, jak się wydaje przebiła popularnością co najmniej wszystko wydane w ostatnich latach, ale z drugiej strony to po prostu jest trochę dziennikarstwa i to wcale nie tak wysokich lotów. Jeśli komuś się wydaje, że Donald Trump jest normalnym, poważnym człowiekiem i kompetentnym politykiem, to zdecydowanie powinien ją przeczytać. Jeśli ktoś ma wrażenie, że jest ekstremalnie niekompetentnym przygłupem otoczonym bandą świrów i  złodziei to w sumie nie warto tracić czasu, bo niczego nowego się nie dowie.

Jest jeszcze jedna książka, która zmieniła politykę i świat w ten sam sposób. Tym razem obnażając krótkowzroczność i głupotę europejskich elit politycznych, zwłaszcza niemieckich.  Pokazują, że król jest nagi. I jest to książka znacznie, znacznie ważniejsza niż opowiastki Wolffa. Trump z nadętego bufona, który mógł robić wrażenie na mniej zorientowanych stał się po prostu pośmiewiskiem. I tak zostanie. Będzie tak samo głupi i niebezpieczny w swoim zdebileniu i nadal będzie prezydentem. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale jest pośmiewiskiem. Już nie tylko w lewicowej bańce, ale w głównej, zwykłej części społeczeństwa. Co oznacza, że każda kolejna rzecz którą zaproponuje nie będzie oceniana jako legitymowana polityka, tylko najpierw jako opowieści przygłupa, a dopiero potem, jeśli przez przypadek będzie mieć to sens, będzie wsparte przez ludzi i administrację. 

A wracając do niedawnej książki o Europie. Jest "Adults in the room" Yanisa Varoufakisa. Pełny (czy prawie) opis wydarzeń kiedy był ministrem finansów i tego co się działo za zwykle zamkniętymi drzwiami. Pozycja dla zdecydowanie bardziej wyrobionego czytelnika, ale zupełnie obowiązkowa, warto nawet zarywać noce, do czego i ja się przyznaję. Niezależnie od poglądów, podejścia, utożsamiania się z taką czy inną polityką, nigdzie nie można się dowiedzieć rzeczy, które opisał Vaoufakis. Ponieważ w te środowiska się wchodzi i nigdy nie wynosi żadnych informacji. Yanis to zrobił, polecam samemu dowiedzieć się dlaczego. Oczywiście w przypadku europejskich elit nie mamy nigdzie do czynienia z oczywistym przygłupem, albo przynajmniej jest to lepiej ukryte dzięki  stabilniejszym systemom politycznym. 

Ale mamy do czynienia z hipokryzją, wysokim poziomem nieodpowiedzialności i znęcania się nad słabszymi i w imię ochrony własnych drobnych interesików.  
W skrócie "król może nie jest nagi, ale jest zwykłą małostkową gnidą, a nie żadnym królem". 
W Europie nic się nie zmienia z dnia na dzień. Ale to było poruszenie lawiny. Która oczywiście może się jeszcze gdzieś zatrzymać, choć należy w to wątpić. Celem działań Varoufakisa jest uratowanie i reforma UE. Impakt jego działań na pewno będzie duży. Ale czy taki? Trudno powiedzieć. 
Na pewno można powiedzieć, że my, jako ludzkość, zachodni świata, widzimy koniec tego zjazdu w dół. Jeszcze się staczamy, ale widzimy, że kierunek trzeba zmienić i zaczynamy widzieć jak to powinniśmy zrobić. Czy zmiana kierunku nie skończy się katastrofą, to jest inne pytanie. 
Ale kompromitacja i zniknięcie obecnego systemu i układu władzy jest widoczne i bliskie. W USA wybory do Kongresu są w listopadzie. W Europie, we Francji tradycyjna klasa polityczna już wyleciała w powietrze, w Polsce właściwie też. Przecież prawie w dniu premiery książki Wolffa, w Polsce odbyło się głosowania nad obywatelskimi projektami zmian ustawy aborcyjnej. W którym opozycja parlamentarna przypomniała wszystkim dlaczego w kraju zdominowanym przez liberalne myślenie liberalne partie przegrały wybory. I dlaczego przegrają też następne. I że to wszystko pójdzie w zupełnie dobrą stronę, a na razie jest naprawdę śmiesznie. 

Na czym polegają problemy ekonomiczne świata?

Sytuacja na dziś jest tak naprawdę bardzo prosta. Firmy przynoszą zyski, ludzie się bogacą (a przynajmniej ich właściciele) i nie inwestują.

Poziom inwestycji jest żenujący. A olbrzymie pieniądze, które są, lądują na kontach i w spekulacji. Co oznacza parkowanie tych kapitałów w obligacjach skarbowych albo nieruchomościach.
Efekt jest widoczny dookoła świata. Zwyczajowe miejsca, gdzie można zainwestować kapitał i oczekiwać, ze zostanie on produktywnie wykorzystany już dawno takimi nie są. Są w najlepszym przypadku miejscem do zaparkowania, a zazwyczaj jedna wielką bańką spekulacyjna. Mieszkania, na które już nikogo nie stać, zwykłe podmiejskie działki, zabytkowe samochody i obrazy za zupełnie absurdalne ceny. Lokaty na 0% i mnóstwo innych takich rzeczy.
Kapitału jest mnóstwo, stoi i nic nie robi.
A z drugiej strony klasa średnia jest dookoła świata spychana do pracy w śmieciowych pracach, głównie usługowych. Popyt przemysłowy jest marny, prawdziwy rozwój kompletnie rachityczny. Dalej to przekłada się na brak eksportu kapitału do krajów trzeciego świata i kompletny brak produkcyjnych inwestycji tamże. Co przy jeszcze większej niechęci do inwestowania oznacza zupełny brak perspektyw dla większości społeczeństwa. I migracje.

Brak inwestycji oznacza brak solidnej ilości dobrych miejsc pracy. Jednocześnie parkowanie olbrzymich sum na rynku nieruchomości winduje ceny do chorych poziomów. W taki sposób klasa średnia jest zgniatana z dwóch stron.

Podstawowy problem to brak produktywnego wykorzystania kapitału. Ale kapitał nie chce tego robić, bo siła nabywcza masowego konsumenta znika zjadana przez koszty dachu nad głową i brak stabilizacji zawodowej.
To są dwie strony tego samego medalu. Wyjście jest przez inwestycje. Ale to też nie jest proste, bo istnieje podstawowy problem ogólnoświatowej niechęci do wydobycia i zużywania paliw kopalnych. A to są rzeczy, które od 200 lat przynoszą największe zyski. I nawet nie tyle o zyski chodzi, co o możliwość zmonopolizowania i gigantyczny próg wejścia z kapitałem. Dlatego oligarchia tego świata uwielbia inwestować w paliwa kopalne. Żaden drobny rzemieślnik nie mógł konkurować z właścicielami elektrowni. Do niedawna.
Dziś każdy może zamontować sobie panele fotowoltaiczne. Nie dla każdego, ale próg kapitału potrzebnego na elektrownie wiatrową też jest zupełnie inny, niż w tradycyjnej energetyce. Nawet przemysł samochodowy, bardzo zoligopolizowany i zamknięty, dzięki elektryfikacji staje się dostępny dla mniejszych graczy. To wszystko oczywiście dodaje niepewności i ogłupia tradycyjnych oligarchów (choć znaczące zwiększenie poziomu głupoty tej klasy społecznej chyba nie jest możliwe).

To jest jakieś jest rozwiązanie?
Jest i to tak naprawdę proste. Po prostu muszą zacząć znów działać mechanizmy transferu kapitału między kapitalistami i klasa robotniczą oraz pomiędzy państwami z permanentnymi nadwyżkami a tymi mającymi deficyty handlowe. Oraz trzeba ten kapitał wyładować ze spekulacji. Najlepiej w spokojny i kontrolowany sposób.

Jedno jest pewne- obecny system nie działa. Aby mógł działać potrzeba sensownego popytu. Aby to się mogło stać, potrzebne są inwestycje i/lub pobudzanie konsumpcji.

Jako, że oligarchia nie inwestuje, wysiłek inwestycyjny musi przejąć klasa średnia lub państwo. Klasa średnia na większą skalę nie jest w stanie tego zrobić, z powodu braku środków. I wystarczającego rozumienia problemu. Choć np. w Niemczech lat 2004- 2013 (i jeszcze częściowo do dziś) to klasa średnia inwestowała w nowoczesną energetykę, dzięki czemu uniknięto zalewu tego kapitału w produkcję bańki na nieruchomościach. A dziś przemysł korzysta z obłędnie taniej energii.

Mamy w tym wszystkim jeszcze jeden czynnik, czyli stan naszej jedynej planety, który według wszystkich rozsądnych kryteriów powinien całkowicie wykluczać jakikolwiek poważniejszy program inwestycji w wydobycie i zużycie paliw kopalnych.
Co nas sprowadza do konkluzji:
Potrzebny jest, na skalę światową i każdego państwa z osobna (tak jak i UE) program inwestycyjny, który po prostu rozwiąże sprawę  bezproduktywnego kapitału. I przy okazji może rozwiązać problem klimatyczny, bo czemu i nie?

To nie jest szczególnie odkrywcza myśl, ani nic specjalnie trudnego do wykonania. Za to jest to rzecz, która skrajnie mocno uderzyłaby w dzisiejsze interesy oligarchii kapitału. Paradoksalnie, gdyby to całe towarzystwo wyciągnęło zaskórniaki z kont i ruszyło naraz do sensownego inwestowania, to sami by też zarobili sporo więcej niż na trzymaniu londyńskich rezydencji.
Ale w obecnym nastroju inwestycyjnym mało kto widzi sens w jakiejkolwiek produktywnej działalności. W czym propaganda nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zdominowane przez punkt widzenia oligarchii media prezentują znakomite "inwestycje" w grunty, złoto, aż do zabytkowych samochodów. Z czego rosną już zupełnie absurdalne bańki, typu "zabytkowe" Syreny i FSO 1500 ze środkowych lat produkcji (bo rozumiem, ze PF 125 z 1968 ma swoje miejsce w muzeum, ale FSO 1500 z 1986?). Oraz jednocześnie jest dość starannie pomijana i lekceważona przez główne media każda rzecz, która może małym kosztem poprawić życie milionów, zmniejszyć zużycie paliw kopalnych i ulżyć klasie pracującej. Czyli np. powszechne wykorzystanie roweru jako środka transportu w mieście. To akurat wymaga tylko budowy infrastruktury, która jest zresztą obłędnie tania w porównaniu do tej przeznaczonej dla samochodów.

Tak samo rozwój energetyki słonecznej można sfinansować w całości oszczędnościami klasy średniej. A przynajmniej w solidnej części. Problem polega na tym, że każdy zainstalowany panelik fotowoltaiczny podgryza zyski oligarchii gazowo-węglowej. I tu mamy jeden z podstawowych konfliktów. Spada opłacalność produkcji elektryczności, paliw kopalnych, etc. Jednocześnie wielkie pieniądze lubiące się z wielką polityka usiłują to hamować, zmniejszać zyskowność, bronic status quo. Co się przekłada na pakowanie kapitału w spekulację, a nie inwestycje, bo inwestowanie w to co ma sens, zabije dzisiejszą wartość kapitału.
Co nas sprowadza do jednego z niewielu krajów, gdzie jest robione to co powinno być. Od załamania się dotychczasowego systemu w 2009 roku, Chiny przestawiły się na  inwestycje w wydajność energetyczną, czyli w energetykę odnawialną. Nikt nie poszedł za ich przykładem. Czego efektem jest to, że największa na świecie sieć szybkiej kolei jest... zgadnijcie gdzie. Największa na świecie ilość instalowanej energetyki słonecznej. Jest w tym samym kraju. Wiatrowej też. I produkcja baterii litowych także.  I produkcja pojazdów elektrycznych też. Oraz gigantyczny popyt wewnętrzny. Choć ze skłonnością chińczyków do oszczędzania- zdecydowanie za mały, aby utrzymać działająca gospodarkę.

Tyle, że w Chinach obecnie dominuje jest duma z postępów kraju i poczucie, ze jest liderem na froncie rewolucji energetycznej.

Tu możemy sobie zadać pytanie co zrobić, aby ten majtek zgromadzony przez oligarchię użyć inwestycyjnie. Wybór jest prosty. Albo namawiamy ogół kapitalistów do inwestowania, albo inwestuje państwo. A środki mogą pojawić się w budżecie tylko kosztem oligarchów, bo biedota i klasa średnia i tak jest  przyciśnięta do muru kosztami dachu nad głową i brakiem stabilizacji.
Czyli, bardzo brutalnie określając temat: droga szlachto: albo sama zechcesz zacząć zmieniać świat, albo my ten świat zmienimy za ciebie. Za wasze pieniądze, bo innych i tak nie ma.
Jedyny wybór jaki pozostaje to pytanie czy oligarchia sama wycofa pieniądze z tezauryzacji, czy zrobi to pod groźbą aparatu podatkowego czy też będzie się opierać aż do końca. Gdzie końcem dla wielu na przełomie 18 i 19 wieku był wynalazek doktora Giullotin. Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, ale szukanie sensu w stadnych zachowaniach klasy społecznej jest jeszcze bardziej bez sensu.

A po więcej i szczegóły zapraszam na Rewolucję Energetyczną, gdzie już jest tekst rozwijający ideę Green New Deal (to jedna z nazw takich propozycji, nie jestem pierwszym, ani ostatnim podrzucającym ten pomysł).