Fałszywki Andrzeja Szczęśniaka – polski bilans handlowy

Wpis gościnny. Moje wcześniejsze artykuły o zbliżonej tematyce:
Fałszywka spadku ilości kilometrów przemierzanych przez Polaków
Andrzej "Kompromitująca niewiedza" Szczęśniak – ropa
Andrzej Szczęśniak – fałszywy ekspert rynku węgla
Andrzej Szczęśniak – fałszywy ekspert rynku i paliw
Sytuacja na światowym rynku paliw
«Oszust - mężczyzna świadomie wprowadzający kogoś w błąd»

[Źródło: Słownik języka polskiego PWN]

Wstęp

We wszelkich decyzjach ekonomicznych niezwykle ważne jest dysponowanie prawdziwymi informacjami. Błędne informacje prowadzą bowiem do błędnych decyzji, a błędne decyzje prowadzą do strat materialnych u dokonujących ich.

Tymczasem w mediach mamy zalew fałszywych informacji, co jednak ciekawe nierzadko te fałszywe informacje głoszą ludzie przedstawiani jako eksperci – w dodatku głoszą je z pełną świadomością, że podają odbiorcom nieprawdę.

Takich medialnych ekspertów jest zapewne w mediach "na pęczki", jednak ja zajmę się tylko jednym przypadkiem. Po prostu innych medialnych ekspertów nie obserwowałem wystarczająco intensywnie by zdobyć dowody świadomego okłamywania odbiorców przez nich.

Mam nadzieję, że to co zebrałem ułatwi czytelnikom rozpoznanie i innych podobnych do tego przypadków celowej dezinformacji.

Ci, którzy czytali moje wcześniejsze artykuły (wpisy gościnne u Trystero, Doxy i na moim twitterze), wiedzą, że dość intensywnie obserwuję blogi Andrzeja Szczęśniaka: szczesniak.pl i prawica.net, co pozwoliło mi dokładnie prześledzić zarówno proces świadomego i celowego publikowania przez niego wielu fałszywych informacji jak i proces cenzurowania i banowania komentatorów, którzy "fałszywki" zauważali i wskazywali.

W dzisiejszej części zaprezentuję proces okłamywania czytelników w kwestii bilansu handlowego.

Motywem przewodnim kampanii dezinformacyjnej prowadzonej przez A. Szczęśniaka na temat bilansu handlowego Polski są dwa kłamstwa:

  • pierwsze: że III Rzeczpospolita ma i miała ujemny bilans handlu z "bogatymi państwami Zachodu" (rzeczywistość: przez prawie całą III RP bilans wymiany handlowej z tymi krajami był dodatni)
  • drugie: że Polska ma ujemny bilans wymiany handlowej z całym światem łącznie (rzeczywistość: od 4 lat - tj. od roku 2013 w przeliczeniu na mieszkańca polskie nadwyżki handlowe są wyższe niż chińskie)

Kampania dezinformacyjna

A więc cztery lata temu Polska trwale stała się eksporterem netto towarów i usług, a wraz z tym zdarzeniem A. Szczęśniak rozpoczął kampanię dezinformacyjną mającą na celu rozpowszechnienie (dez)informacji, że Polska została "ograna" gospodarczo przez "Zachód" – bo dokonała z nim nieekwiwalentnej transakcji w wyniku której jest obecnie "rynkiem zbytu" dla towarów i usług wytwarzanych na "Zachodzie"

«Transakcja, którą zaproponowano krajom słabiej rozwiniętym wyglądała tak:
wy, słabi, otwieracie swój rynek oddajecie swoje portfele (rynek) naszym
produktom (...) To się nazywa wymiana nieekwiwalentna»

[Źródło: http://prawica.net/4150#comment-50226]

Szczęśniak w czasie gdy jego blogi obserwowałem zamieścił ze setkę artykułów o bilansie handlowym Polski i innych krajów, kiedyś nawet narzekał, że pisze o bilansie handlowym porównywalną ilość artykułów, co cały pozostały polski Internet razem wzięty, w związku z czym jest po prostu niemożliwe, by nie wiedział, że jest dokładnie na odwrót niż w powyższym cytacie (dez)informuje. Prawie wszystkie "bogate kraje Zachodu" mają ujemne bilanse wymiany handlowej zarówno z Polską jak i z innymi krajami Europy Wschodniej. To "kraje Zachodu" są rynkami zbytu dla produktów wytwarzanych w Polsce i w innych pobliskich krajach słabiej rozwiniętych.

Poniżej diagram prezentujący wymianę handlową Polski z jej dwudziestoma największymi partnerami handlowymi w OECD.

[Źródła: Baza danych GUS, Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2016]

A niżej polska wymiana towarów i usług z dwudziestoma największymi partnerami handlowymi spoza OECD.

[Źródła: Baza danych GUS, Rocznik Statystyczny Handlu Zagranicznego 2016]

Z powyższych danych widać chyba jednoznacznie, że nawet przyjmując tę absurdalną tezę, że Polska przystąpiła do umowy "otwieracie swój rynek, oddajecie swoje portfele (rynek) naszym produktom", to tymi którym ten rynek oddaliśmy były co najwyżej Chiny i Rosja, ale na pewno nie "Zachód", na którym na 20 największych partnerów handlowych mamy tylko trzech, z których import jest jakoś dostrzegalnie większy od eksportu (Koreę Południowią, Włochy i Irlandię).

W handlu ze wszystkimi krajami OECD łącznie (upraszczając: w handlu z "bogatym krajami Zachodu") mamy łącznie ok. 150 mld zł nadwyżki eksportu nad importem, a w handlu z (upraszczając) słabiej rozwiniętą resztą świata łącznie prawie 100 mld zł deficytu, co sumuje się do nieco ponad 50 mld zł nadwyżki.

Koniec końców Szczęśniak świadomie wprowadza więc czytelników w błąd, dezinformując ich, że Polska ma deficyt w wymianie handlowej z zagranicą, choć w rzeczywistości Polska ma tu wynoszącą $14.77 mld (>50 mld zł) nadwyżkę – w przeliczeniu na mieszkańca od roku 2013 Polska ma nadwyżki w handlu zagranicznym większe niż mają Chiny, w tym za rok 2015 nadwyżkę per capita większą niż ChRL miała kiedykolwiek w całej swojej historii.

[Źródło: Bank Światowy]

(dla chcących przeliczyć: na terytorium Chin jest 36 razy więcej ludności niż w Polsce)

Co więcej choć Polska ma nadwyżki w wymianie handlowej z całym światem łącznie dopiero od kilku lat, to nawet wcześniej, kiedy miała tu deficyt nie był on wcale skutkiem handlu z "bogatymi państwami Zachodu", spójrzmy bowiem na kolejny diagram.

[Źródło: GUS: roczniki statystyczne handlu zagranicznego 2011-2016]

Po prostu wcześniej nadwyżki w wymianie handlowej z "bogatym Zachodem" były za małe, by zniwelować deficyt jaki występował w handlu z krajami słabiej rozwiniętymi - głównie w handlu z Chinami i Rosją, choć deficyty w handlu z takimi krajami jak Indie, Brazylia, Kazachstan, Wietnam, Malezja czy Tajlandia, też swoje tu dokładały.

Aby wciskać ten – całkowicie sprzeczny z danymi statystycznymi kit - o fatalnym, ujemnym bilansie handlowym Polski będącym skutkiem wymiany handlowej z "bogatymi państwami Zachodu", w sytuacji, gdy wszystkie źródła podają, że jest dokładnie odwrót Szczęśniak musiał stworzyć ogromny przemysł cenzury na swoich blogach, a ja działanie tego przemysłu bacznie obserwowałem, robiłem save'y kasowanych komentarzy oraz użytkowników banowanych za zamieszczenie tych komentarzy i dziś wam wszystkim moi drodzy czytelnicy przedstawię.

Poniżej streszczenie prowadzonej przez Szczęśniaka kampanii dezinformacyjnej związanej z bilansem handlowym Polski w czterech odsłonach.

Odsłona pierwsza kampanii

Wkrótce po rozpoczęciu przez Szczęśniaka wspomnianej wyżej dezinformacyjnej kampanii na jego blogach zaczęły się pojawiać komentarze użytkowników pokazujące, że Szczęśniak pisze nieprawdę.

Przykładowo dnia 12.02.2014 na szczęśniakowym blogu prawica.net użytkownik kaczakomuna opublikował artykuł o tym, że w 2013 roku Polska osiągnęła nadwyżkę eksportu nad imortem, w komentarzach pod powyższym artykułem maryla napisała o tym samym, podając przy tym na dowód linki do danych Banku Światowego. Szczęśniak zareagował na powyższe zdarzenia banami - usunięciem z prawica.net kont tych dwóch użytkowników (vide: kaczakomuna, maryla – komunikat "nie masz uprawnień dostępu do tej strony" oznacza, że konto użytkownika zostało usunięte). Użytkownikowi kaczakomuna nie pomógł nawet fakt, że od dawna prowadził własnego bloga na prawica.net, na którym zdążył napisać około setki artykułów.

Odsłona druga kampanii

Dnia 7.12.2014 Szczęśniak opublikował na szczeniak.pl artykuł, w którym porównał 10 wskaźników gospodarczych Polski i Rosji.

Zwróćcie drodzy czytelnicy uwagę na wykres "bilans handlowy towarów i usług" – wszystkie pozostałe 9 wykresów kończy się na roku 2013, a ten jeden nie – ten jako jedyny kończy się w rzeczywistości na roku 2011 – Szczęśniak usunął z wykresu dwa ostatnie dostępne wówczas w danych Banku Światowego (BŚ) lata: 2012 i 2013 – bo saldo polskiego eksportu byłoby w tych dwóch latach dodatnie, a liczbą 2010 podpisał na wykresie rok 2009 (prawdopodobnie po to by "przekręt" z usunięciem z wykresu dwóch lat mniej rzucał się w oczy).

Dzięki temu oszustwu Szczęśniak mógł łatwiej zamieścić pod wykresem sprzeczny z faktami komentarz:

«Polski bilans handlu (towarów) i usług jest od lat ujemny ok 3% PKB.
(dane BŚ [Banku Światowego, przyp.])»

[Źródło: http://szczesniak.pl/2789]

...fakty w chwili publikacji były bowiem takie, że Polska miała ten bilans handlu nie tylko dodatni, ale do tego za ostatni dostępny wtedy w danych Banku Światowego rok (rok 2013) w przeliczeniu na mieszkańca lepszy niż Chiny.

[Źródło: wykres od tradingeconomics.com na podstawie danych Banku Światowego]

...sprawę tego, że wspomniana przez Szczęśnika średnia nie wynosiła -3% PKB, a mniej więcej -1.5% z litości już pomijam.

Trochę więcej o tym szcześniakowym wykresie-fałszywce tutaj.

Odsłona trzecia kampanii

Dnia 03.03.2015 Szczęśniak opublikował na serwisie mPolska24 artykuł swojego autorstwa, w którym stwierdza, między innymi:

«Polska od 25 lat cierpi na niekonkurencyjność gospodarki, która wyraża się w
ujemnym bilansie handlowym. Od 25 lat więcej importujemy niż eksportujemy»

Zauważmy tu przy okazji, że stwiedzenie to stoi w sprzeczności nawet z jego własną fałszywką z odsłony drugiej – lat z ujemnym bilansem handlowym Polski jest tam 16, a nie 25 – to chyba typowy syndrom w przypadku ludzi, którzy często świadomie mijają się z prawdą – tacy ludzie zwyczajnie nie są w stanie spamiętać wszystkich swoich kłamstw i różne ich kłamstwa zaczynają sobie wzajemnie przeczyć.

Niemniej jednak, nie to jest tu najważniejsze, a to co się stało kiedy w komentarzach pod wspomnianym artykułem wskazano liczne zawarte tam błędy. Jak zapewne się już domyślacie stało się jedno: wkroczył szczęśniakowy "przemysł cenzury", komentarze wyglądały: tak przed ocenzurowaniem a tak po ocenzurowaniu

Odsłona czwarta kampanii

Tu koniecznie jest dokładniejsze wyjaśnienie. W lecie 2015 roku Szczęśniak zmienił zasady funkcjonowania swojego portalu prawica.net. Wyznaczył kilku użytkowników na moderatorów i to oni, a nie sam Szczęśniak "przepuszczają" bądź nie napływające komentarze (dopiero po akceptacji przez tych moderatorów komentarz gościa się w ogóle na blogu pojawia). Sam Szczęśniak "wkracza" dopiero później i ewentualnie usuwa "nieprawomyślne" treści. W praktyce oznacza to, że nastąpiło oddzielenie moderacji (robią ją wyznaczeni przez Szczęśniaka użytkownicy prawica.net) od cenzury (dokonuje jej Szczęśniak na już zmoderowanych tekstach) i dało mi unikalną okazję wykrycia tego, które z komentarzy przeszły pomyślnie moderację, ale "odpadły" podczas cenzury.

Jak nietrudno się domyślić komentarze informujące o tym, że Polska ma dodatni bilans handlowy moderację przechodzą pomyślnie, ale później usuwa je cenzura w osobie A. Szczęśniaka, przykład takiego komentarza poniżej...

(lewa strona przed ocenzurowaniem nieprawomyślnego komentarza, prawa po ocenzurowaniu):

[Źródło: http://www.prawica.net/1840#comment-21621]

Zakończenie

To tyle w kwestii samej kampanii i stosowanej w jej trakcie cenzury, ale pozostaje jeszcze sprawa narracji, jaka temu wszystkiemu towarzyszy. Działaniom "przemysłu cenzury" na blogach Szczęśniaka towarzyszą bowiem jego zapewnienia, o tym jak bardzo kocha on wolność słowa:

«My kochamy wolność słowa»

[Źródło: http://www.prawica.net/arch/40730#comment-652084]

...oraz opowieści o tym jak bardzo czuje się on obrażony wysuwanymi wobec niego zarzutami o stosowanie cenzury:

«obraźliwe dla redakcji jest określanie jej działania jako "cenzury"»

[Źródło: http://www.prawica.net/arch/41019#comment-654432]

Powyższy artykuł jest pierwszym w ramach dłuższego cyklu, gdyż wyżej opisana kampania dezinformacyjna nie jest jedyną prowadzoną i w ten sposób cenzurowaną przez tego autora. Andrzej Szczęśniak równolegle prowadzi jeszcze kilka podobnych kampanii podobnie cenzurując oraz banując tych, którzy zorientowali się, że mają do czynienia z oszustwem i błędy oraz oczywiste kłamstwa pisane przez Szczęśniaka próbują wskazywać. W kolejnych częściach zajmę się tymi innymi podobnymi kampaniami dezinformacyjnymi prowadzonymi przez tego autora. O tych przyszłych publikacjach też będę informował na swoim twitterze.

Proste konsekwencje neoliberalizmu, czyli co słychać w Brazylii

W Brazylii dzieje się nie za wesoło. Jest to z jednej strony skutek gorszej koniunktury na główne towary eksportowe, ale w znacznie większym- szalonego konfliktu politycznego, który ma tam miejsce.
Niedawna opozycja, a obecnie władza zrobiła dużo, aby tę władzę uzyskać.
Właściwie należałoby mówić- odzyskać, bo chodzi w pewnym przybliżeniu, o elity, które dominują w gospodarce i polityce Brazylii jeszcze od czasów kolonialnych. I cały ten czas prezentowały pewien sposób myślenia i organizacji państwa, który też możemy określić mianem kolonialnego. Lub w jakikolwiek inny sposób, ale oparty na dość mocnym rozdziale pomiędzy posiadające elity i pozostawioną bez dobrego państwa olbrzymią większość społeczeństwa.
Rządy Partido dos Trabalhadores wywróciły tę sytuację. Po raz pierwszy zanegowano zasadę, że państwo ma służyć najbogatszej części społeczeństwa. W sferze wartości władze uznały, że biedniejsza część społeczeństwa też powinna mieć dostęp do przyzwoitej edukacji, opieki zdrowotnej, etc. Tak też odebrało to społeczeństwo.
W systemie federalnym, jak Brazylia, możliwości zmiany państwa i implementacji reform są znacznie mniejsze niż w państwie unitarnym, więc nie można powiedzieć, ze rządy PT całkowicie zmieniły kraj. Ale całkiem sporą jego część.
To oczywiście wywołało u elit politycznych wrażenie, że "ukradziono im kraj". I co za tym idzie korzystali z każdej możliwej metody, aby władzę PT podminować, rozłożyć i odebrać. PT nigdy nie miało samodzielnej większości w parlamencie, więc w jakimś zakresie było to łatwe. Sojuszników ideologicznych dla lewicy nie było, istnienie każdej koalicji opierało się w lwiej części na zwyczajnym przekupstwie. Po prostu- koalicjantami partii, która chciała rządzić po to, aby naprawdę zmieniać kraj byli najbardziej skorumpowani ludzie istniejący w brazylijskiej polityce.

Na tej zasadzie został też dobrany wiceprezydent kandydujący wraz z Dilmą Rousseff. Jest typowym członkiem oligarchii, idealnym przedstawicielem kasty dzięki której Brazylia, kraj pełen bogactw, dookoła świata kojarzy się z nędzą faweli.

Dla pozbycia się władzy Partido dos Trabalhadores wystarczyło pozbyć się pani prezydent. Co umożliwia konstytucja w formie impeachmentu,  władzę w takim przypadku przejmuje wiceprezydent i można mieć gwarancję, że koalicjanci PT natychmiast zmienią front.

Potrzebny był jeszcze tylko pretekst. I taki został dostarczony. Nakreślę tu sytuację- spadek cen surowców na rynkach światowych pogorszył bilans handlowy Brazylii. Oraz spowodował spadek dochodów zarówno prywatnych, jak też budżetu. Co w dalszej kolejności  spowodowało  ograniczenie konsumpcji i inwestycji, czyli spowolnienie wzrostu gospodarczego. Zupełnie oczywiście w takiej sytuacji minimalnie odpowiedzialny rząd stara się utrzymywać zatrudnienie i wydatki inwestycyjne, aby nie doprowadzić do załamania gospodarki.
A co zrobiła banda oligarchów w brazylijskim parlamencie? Otóż w ustawie budżetowej zapisała ekstremalne i nierealne cele cięć budżetowych. Rząd Dilmy Rousseff usiłował wykonać budżet w zapisanej formie. Co, jak można się łatwo domyślić doprowadziło do masowego wkurzenia ludzi, którzy nie tylko mieli coraz większy problem z utrzymaniem się i znalezieniem pracy, ale byli też uderzani co chwilę podwyżkami cen i ograniczeniami zakresu świadczeń publicznych.
Stąd sie wzięły masowe demonstracje w zeszłym roku. Choć sądzę, że jeśli w ogóle jacyś, to zaledwie mała mniejszość domagała się zastąpienia Dilmy przez Michela Temera. Większość zapewne widziała to jako czarny scenariusz. Który nastąpił.
Dilma Roussef została oskarżona o naruszenie dyscypliny budżetowej i usunięta z urzędu.
Wtedy nastąpiło to samo, tylko bardziej.
Cięcia budżetowe i usiłowanei zrównoważenia finansów publicznych nie tylko nie doprowadziły do ich równowagi, ale też do 5% recesji. Czyli porównywalnej z sytuacją Rosji, której gospodarka oprócz spadku cen surowców została też obciążona sankcjami i zwiększonym ryzykiem politycznym. Cóż, oligarchia brazylijska własnemu krajowi, dobrowolnie dostarczyła ekwiwalent sankcji międzynarodowych tylko po to, aby pozbyć się "parweniuszy" z "ich" urzędów.
To wszystko spowodowało potężne problemy budżetowe na każdym szczeblu władzy i cięcia wszędzie tam,  gdzie to możliwe, nieważne czy rozsądne.
Jak na przykład osłabienie poziomu bezpieczeństwa w więzieniach.  Z czego Brazylia nigdy nie słynęła, ale w ostatnich tygodniach nastąpiła fala buntów, które kończyły się wojnami konkurencyjnych gangów i dziesiątkami ofiar. Za każdym razem. Z kilku, może kilkunastu. Sprawa jest tak poważna, że prawdziwa liczba ofiar jest nieznana.
Dwa tygodnie temu policja urugwajska w jednym z miasteczek na granicy brazylijskiej musiała zgromadzić zwiększone siły, po tym jak ich brazylijscy koledzy poinformowali, że jeden z gangów gromadzi siły przy granicy, a oni nie mają funkcjonariuszy, aby ich rozbić.

To były jednak pojedyncze przypadki, można powiedzieć,  odosobnione. Następnym jednak etapem jest wzrost przestępczości, bo ludzie nie mają z czego żyć. Na to się nakładają rozciągniete do granic wytrzymałości budżety stanów i oszczędności a policji. Mieszanka wybuchowa. W biednym interiorze to nie powoduje aż takich problemów, ludzie są tam przyzwyczajeni do ciężkich czasów i życia prawie bez pieniędzy. W głównych metropoliach, czyli Sao Paulo, Rio de Janeiro i Brasilii nędza pojawia się ostatnia. W pozostałych wielkich miastach sytuacja pogarsza się najszybciej.
Na dziś to jest stan Espiritu Santo, zwłaszcza jego stolica Vitoria. Strefa metropolitarna tego miasta to około 2 mln mieszkańców, z ogółu 3,8 mln mieszkańców stanu.

W takim razie- co się dzieje?

Niewesoło. Tak w skrócie. Jeszcze się to nie stacza do poziomu Somalii, ale naprawdę nie jest daleko.
Zacznijmy od tego, że strajkuje policja. Zasadniczo nawet nie oni, bo oni nie mogą. Rodziny funkcjonariuszy blokują wyjazdy z koszar. Żądają zwiększenia podstawy wynagrodzenia, która w tej chwili wynosi w przeliczeniu niecałe 3500 złotych. Straciło ono wyraźnie na wartości wraz ze spadkiem siły nabywczej spowodowanej utratą wartości reala. Uwaga- nazwa może być bardzo myląca, bo w Brazylii zwyczajna, państwowa policja nazywa się Policia Militar.

Co się dalej stało?
Otóż miasto, jak też reszta stanu właściwie zaprzestało życia. Spora część sklepów została zamknięta, kierowcy autobusów odmawiają jazdy bez uzbrojonej ochrony. Tak, zwykłych miejskich autobusów. Zresztą firmy i tak nawet nie chcą ich wypuszczać na trasy. Liczba napadów na samochody wzrosła do kilkuset dziennie (to przynajmniej wiadomo, bo utrata samochodu musi być zgłoszona, inne przestępstwa niekoniecznie).
I najbardziej uderzająca statystyka- w ciągu pierwszych pięciu dni strajku doszło do 105 zabójstw. To zwyczajnie wygląda jak strefa wojny, a nie jak zwyczajny kraj.
Nic dziwnego, że dla załatwienia sytuacji rząd federalny wysłał regularne wojsko. Co jak na razie nie przyniosło efektu. Okazało się, że 550 żołnierzy to zbyt mało.
Stąd kilka dni temu zapadła decyzja o przerzuceniu dodatkowych spadochroniarzy, wojsk pancernych (!!!) i lotnictwa (!!!).
Tak, po prostu zwyczajna armia, wyposażona jak na wojnę. Zamiast radiowozów- transportery opancerzone i śmigłowce.
Dowództwo zapowiada, że jest po to, aby wykonać misję i nie wraca bez sukcesu.
Cóż, bym powiedział, że zwyczajne uspokojenie sytuacji "trochę" za dużej przestępczości ulicznej w żadnym przypadku nie powinno przekroczyć możliwości wojska i sama obecność zapewne załatwi sporą część problemu.

I nastąpi koniec sprawy? Miejmy nadzieję, ale niekoniecznie. Jest w tym wszystkim niemały haczyk. Otóż oddziały wojskowe są przerzucane z sąsiadującej z Espiritu Santo prowincji Rio de Janeiro. No i co za problem? Taki, że jak będą w jednym stanie, to nie będzie ich w drugim.
A stan Rio de Janeiro jest, dzięki szalonej autarkii rządu federalnego, praktycznie bankrutem. Od miesięcy nie zdarzyło się, aby urzędnicy (i policja) otrzymali pensje na czas.
Dość łatwo wyobrazić sobie sytuację, że i oni rozpoczną strajk. I wtedy, w drugiej co do wielkości metropolii kraju już nie będzie kogo posłać na patrole.   Drugiej metropolii i głównym ośrodku turystycznym. To nie będzie zabawne.
To będzie już w całości obserwowanie jak oligarchiczni neoliberałowie niszczą kraj do poziomu oddania ulic gangom. Czyli Somalii.

Mów mi Narcyz

Ukazał się wywiad na łamach Washington Post. Z prezydentem USA Donaldem Trumpem. 
Dla chętnych tutaj. 
Dla jasności- to co znajduje się poniżej, to moja własna opinia i własny ogląd sytuacji. Jak zwykle staram się oddzielać opinię od faktów i o to także proszę czytelników. 

Wywiad zostal przeprowadzony po objęciu urzędu. Zarzuty typu "takim językiem się mówi w kampanii" są nieaktualne. To jest prezydent USA i mówi z poziomu powagi urzędu.

Fakty mamy takie, że posługuje się językiem i składnią na poziomie 7-9 latka, w oficjalnym wywiadzie prezentuje oczywiste urojenia jako fakty oraz prezentuje rzadko spotykany poziom zadufania w sobie. 
To ostatnie prawdopodobnie wypełnia kliniczne znamiona narcyzmu.
W istocie najpierw John D. Gartner, dość znany psycholog z Uniwersytetu Hopkinsa, a potem wyraźna i rosnąca liczba psychologów i psychiatrów informuje o tym, że Donald Trump jest po prostu chory psychicznie. Jest to coś określane jako Malignant narcissism. Nie znam polskiego terminu, o ile rozumiem chodzi o narcyzm zaawansowany w takim stopniu, że chory nie tylko ignoruje uczucia innych ludzi, ale czuje się lepiej i podnosi się jego samoocena, jeśli może kogoś poniżyć lub się znęcać. Dla jasności powtórzę jeszcze raz. Mówimy o technicznej ocenie dokonanej przez specjalistów klinicznych. To nie jest moja ocena, ale ich diagnoza opiera się na publicznie dostępnych wypowiedziach i informacjach i oceniając zdrowym rozsądkiem, ja uznaję to za udowodniony fakt.

A teraz zmieńmy nieco czas i miejsce. Po pokonaniu Talibów w Afganistanie rozpoczęła się "odbudowa" tego kraju. Robiona w bardzo specyficzny sposób, bo praktycznie nic nie zbudowano, za to wydano co najmniej 110 miliardów dolarów. Klasycznym przykładem była stacja benzynowa za 43 mln dolarów.  Cały urok tego biznesu polegał na tym, że właściwie wszystkie kontrakty trafiały do wąskiej grupy firm i ludzi, które same zwykle nie miały żadnego sprzętu ani kompetencji i jedynie zatrudniały podwykonawców, którzy zatrudniali następnych, aż do samego dołu, który wykonywał półniewolniczą pracę za głodowe stawki. Ale za to bez żadnego nadzoru ani wymagań co do jakości. W ten sposób po drodze rozpłynęło się co najmniej 98-99% środków. I ani grama nie przesadzam.
To były naprawdę wielkie łowy. Potem ta sama grupa, w skład których wchodziły tak osławione firmy jak Halliburton, Blackwater i podobne, zapewne doszła do wniosku, że czas zrobić coś większego. Numer zadziałał w Afganistanie, trzeba było wymyślić coś nowego i większego. Wypadło na Irak. "Odbudowa" wyglądała praktycznie tak samo. Tylko, że tam szło w okolicach 100 mld dolarów rocznie. Drobna część z tego trafiała w formie żołdu do niezbyt dobrze opłacanych i źle żywionych żołnierzy, ale większość do tych samych zleceniobiorców. Tym razem jeszcze lepiej, bo w sporej części opłacanych gotówką bez ewidencji. BTW: Trump snuł opowieści jak to administracja Obamy "zapłaciła Iranowi setki milionów w gotówce" i on sam widział palety z pieniądzmi. To zapewne były zdjęcia palet z dolarami wysyłanych do Iraku, które w większości trafiły do jego obecnych najlepszych kolegów.

Ale nadszedł rok 2005. Wały przeciwpowodziowe wokół Nowego Orleanu, zbudowane według standardów umocowanego politycznie projektanta i najtańszego wykonawcy rozpadły się i zalały miasto. 
Rząd G.W.Busha zawiesił procedury przetargowe aby "sprawnie poradzić sobie z katastrofą". Efekt był taki sam i dość powszechnie znany, bo w Nowym Orleanie były media i co nieco pokazywały, w przeciwieństwie do Iraku i Afganistanu. 
Koszt położenia metra kwadratowego brezentu na dachu domu w jednym z prześledzonych przypadków wyniósł 1750 dolarów. Brezent był zakupiony oddzielnie. Rzeczywisty wykonawca otrzymał 20 dolarów. 
Jedna firma otrzymała kontrakt na usuwanie zwłok. I zabroniono to robić wolontariuszom i lokalnym służbom. Efekt- w środku wielkiego, bogatego kraju, zwłoki leżały w subtropikalnym klimacie nawet tygodniami. Obóz dla ratowników za który zapłacono ponad 5 mln dolarów nigdy nie został zbudowany. I tak dalej. W największym  skrócie- lwia część pieniędzy, zapewne proporcja taka sama jak w Afganistanie i Iraku trafiła do politycznie powiązanych firm, ochłapy do tych, którzy naprawdę wykonali pracę, a większość była wykonana najmniejszym kosztem bez kontroli jakości. Czyli znów tak samo jak w strefach wojennych. Ale najlepsze, z punktu widzenia tych, którzy zarobili było to, że nikt nie poniósł odpowiedzialności. Nie tylko karnej, ale nawet nie było żadnych procesów o zwrot tych środków, nikt w administracji nie odpowiedział nie tylko za takie rozstrzyganie przetargów, ale nawet za niemożność rozliczenia gotówki, która zniknęła w Iraku.

Uwaga, moja opinia: to był zwyczajny, bezczelny napad na kasę, udał się, nikt nie poniósł odpowiedzialności, zyski można było zainwestować w powtórzenie numeru. Najlepiej na większą skalę.

I wracamy do przedstawienia faktów:
Ten cały schemat oczywiście był zgodny z prawem i legalny. Każdy miał swój kontrakt, a na poziomie rządu wszystko było starannie zaprojektowane. Z jednej strony zmieniano drobne przepisy, ale z drugiej skądś się musiał wziąć zbiór zasad, według których zmieniano przepisy, zasady przetargów, itp. Czymś musiał się kierować rząd przygotowując przepisy dla kolegów. Bo to nie były drobne wyłomy w dobrym systemie. To był całkowicie zaprojektowany system brania pieniędzy bez odpowiedzialności. Żaden urzędnik w normalnym kraju nie przygotowałby sam z siebie takich przepisów.
Otóż, jak najbardziej, istniały stosowne dokumenty z zapisami takich reguł. Jeden z nich brzmiał na przykład: "Wolnorynkowe odpowiedzi na hiragan Katrina i wysokie ceny ropy". Ładny zbiór 32 reguł, natychmiast wdrożonych przez rząd G.W.Busha, który z grubsza rzecz biorąc stanowił gotowy zestaw dla pompowania publicznych pieniędzy do kieszeni nafciarzy oraz zestaw zwolnień podatkowych dla najbogatszych. To zostało wdrożone, oczywiście tylko zwiększyło chaos, bo na papierze do Louisiany trafiały olbrzymie kwoty, w rzeczywistości żadnej odbudowy nie było. 
Akurat ten dokument jest dość istotny ze względu na nazwisko głównego autora. Mike Pence.

Partia Republikańska jest zasadniczo ta sama i taka sama, jak ci którzy odbudowywali Afganistan, Irak i Nowy Orlean. Nawet bardziej, bo dokładnie to środowisko, dzięki olbrzymim pieniądzom stopniowo zyskiwało coraz większe wpływy.
To były fakty.

A teraz wyraźnie oddzielam opinię.
Jak 15 lat temu była to garstka najbardziej ekstremalnych i podejrzanych typów kręcących się wokół najgłupszego prezydenta w historii USA, tak dziś to środowisko stanowi właściwie całość nowej administracji, a G.W.Bush już nie może być nazywany najgłupszym prezydentem w historii USA. Ani najbardziej niepopularnym w chwili objęcia urzędu.

To krótki przypomnienie faktów możemy skompilować z obietnicami wyborczymi Donalda Trumpa. Co do których ja uważam, że będzie je realizować, albo przynajmniej bardzo się starać. Serio. 

Więc mamy absolutnie dominującą w rządzie bandę zwyczajnych złodziei, mających wprawę w niebudowaniu niczego za astronomiczne kwoty z federalnego budżetu USA. Nawet wypróbowali, że na terenie USA też się da i nikomu włos z głowy nie spada. 
Oraz zapowiedziany przez Trumpa plan wydania wielkich kwot na "odbudowę USA". 
Dodając dwa do dwóch właściwie można mieć pełen obraz jak ten plan będzie wyglądać. Można to streścić w kilku słowach:

Everybody down, this is a robbery!!

Szacuję, że będziemy mówić o ordynarnym rozkradnięciu kilku-kilkunastu procent PKB każdego roku. To stworzy system kliencki na skalę całego kraju i rzeczywiście trochę miejsc pracy, praktycznie bez żadnych wymagań co do kwalifikacji. Jeśli jednak taki plan "odbudowy" zostanie wprowadzony, to pod względem infrastruktury, a i struktury gospodarki, USA zawędrują bardzo daleko w stronę Afganistanu i dzisiejszego Iraku. 
Tak naprawdę nie jest to aż taki straszny problem. Infrastruktura w USA jest bardzo marna jak na tak zamożny kraj, za rządów Obamy zrobiono całkiem sporo dla poprawy i efekty tego będą widoczne, co rzecz jasna administracja Trumpa sobie przypisze jako uzasadnienie dla wydania kolejnych setek milionów. 

To wszystko nie będzie aż takim wielkim problemem. Problem pojawi się w zupełnie innym miejscu. Skoro większość tych pieniędzy zostanie rozkradziona, to trafi ona do systemu korupcji politycznej lub zostanie zwyczajnie odłożona przez ludzi, którzy już nie mają co robić z pieniędzmi. Czyli nie wróci do gospodarki. Jeśli do tego dołożymy obniżki podatków dla dokładnie tych ludzi oraz zmniejszenie wydatków budżetowych, to w skali całej ekonomi będzie to oznaczać gigantyczny transfer ze sfery publicznej (która wydaje) i klasy niższej-średniej (które wydają) do górnego promila, który nie wydaje, tylko wycofuje je z gospodarki (nie wierzcie w brednie o "inwestowaniu" i "spływaniu bogactwa"). Co będzie oznaczać dokładnie i po prostu skurczenie krajowego popytu, czyli recesję.  

Dopiero teraz bierzemy pod uwagę, że najwyżej u steru jest człowiek który obsesyjnie musi być podziwiany, jest pozbawiony empatii, a zainteresowanie innymi ludźmi ma jedynie w formie sadyzmu. I ten człowiek będzie powszechnie (i słusznie) oskarżany o nieudolność, wspieranie złodziei, niszczenie państwa i sianie nienawiści. Właściwie to już jest, i robi to np. senator McCain, czyli republikanin i faktyczny przywódca "starej" części partii. 
Trump jest i długo będzie odporny na krytykę, bo nie będzie jej dopuszczał do świadomości. Pytanie i to bardzo, bardzo poważne brzmi- jak długo i co się stanie potem.

Przyznam, że wersją, którą bym uznał za najbardziej prawdopodobną to taka, w której Trump zawsze będzie wierzyć, że jest kochany i podziwiany przez wszystkich, a jeśli będzie manipulował i napuszczał ludzi na siebie wystarczająco mocno, to utrzyma się przez dwie kadencje. Pozostanie poważne pytanie co zacznie robić, kiedy już jasne fakty temu zaprzeczą. Jak brak nominacji w kolejnych wyborach, czy, IMO bardzo prawdopodobny, impeachment. 
Realnie to oznacza, że jeśli wszystko pójdzie swoim zwykłym trybem, Trump będzie nominowany na następną kadencję, a Demokraci wystawią kogoś, kto nie nazywa się Clinton, to po czterech latach sytuacja prawie wróci do normy, rozpocznie się szacowanie strat i być może próba doprowadzenia państwa do porządku. Ale nadal będzie istnieć cała nowa kasta stworzona z programu "odbudowy infrastruktury". I oni będą mieć poważne znaczenie w państwie i polityce. 

Ale jeśli do głowy Donalda Trumpa dotrze spadający poziom poparcia i groźbę utraty władzy uzna za realną.... To będzie jazda bez trzymanki. Na tle której wydanie w pierwszym dniu zakazu wpuszczania obywateli kilku państw będzie wyglądać jak niewinna rozgrzewka. Swoją drogą zakaz wpuszczania dotyczy posiadaczy zielonych kart, mieszkańców Kurdystanu (jednego z bardziej proamerykańskich społeczeństw na świecie) i irackich pilotów wojskowych udających się na szkolenia do USA.

Dopóki jednak wszystko będzie szło zgodnie z planem, cała administracja tym razem skupi się na sprawach wewnętrznych. "Odbudowie" i maksymalnym możliwym konfliktowaniu społeczeństwa w każdej możliwej sprawie. Religii, strachu przed terroryzmem, aborcji, reform szkolnictwa i tym podobnych.  Dla żyjących w USA to nie będzie najlepszy czas, dla pozostałych istnieje pewne prawdopodobieństwo, że to się zatrzyma na granicach tego kraju. Zatrzyma się tylko w pewnym sensie. Ja też jak najbardziej wierzę w zapowiedź izolacjonizmu. Być może nawet wyraźnej podwyżki ceł. Co w niewielkim stopniu wspomoże amerykański przemysł, a tym bardziej niespecjalnie zmieni zatrudnienie, ale za to zupełnie skutecznie zdusi popyt krajowy oraz import. Co uderzy w gospodarkę reszty świata oraz przyczyni się do recesji w USA. Która jak zawsze, nie zatrzyma się na granicach USA.

To są w miarę pewne rzeczy. Następna pewną rzeczą jest podziw dla ustrojów ideowo bliskich. Zwłaszcza tam, gdzie jego narcyzm zostanie zaspokojony. 

I to by było na tyle. Są to rzeczy tak oczywiste, że naprawdę nie chce mi się prowadzić dyskusji na temat "a co jeśli było inaczej" Nie, nie było. Pieniądze na odbudowę Afganistanu, Iraku i Nowego Orleanu zostały zwyczajnie rozkradzione, praktycznie w całości. Ci sami ludzie dziś dominują w Partii Republikańskiej, mają większość w obu izbach Kongresu, zaraz będą mieli większość w Sądzie Najwyższym, a prominentną postacią w tym układzie jest Mike Pence. Facet, który osobiście uczestniczył w projektowaniu systemu rozkradania pomocy dla Nowego Orleanu. Facet, co do którego bym powiedział, że jest ponad 50% prawdopodobieństwa, że zostanie prezydentem w najbliższych 4 latach. 

Jak ktoś chce dyskutować z faktami, które podałem powyżej, to albo poda wiarygodne źródła, albo komentarz wylatuje. Z opiniami oczywiście wolno. 

O świątecznym miłosierdziu

Rok 2016 był pod wieloma względami dość ponury. Nie był tragiczny, był raczej rokiem galopującej głupoty. Jestem pewien, że historycy, nawet z dalekiej perspektywy będą spoglądać na nasze czasy i zadawać sobie pytania- jak mogło dość do aż takiego oderwania od rzeczywistości, czy po prostu zidiocenia elit?
Przykładem, który zapewne trafi do podręczników był pomysł Camerona, żeby zamiast ryzykować wybory, które mógłby przegrać, urządzi sobie referendum jakiejś sprawie, gdzie wszyscy się z nim zgodzą i będzie przez lata mógł podpierać się demokratyczną legitymacją, nawet jeśli ta byłaby naciągana. Tyle że kretyn powinien był zadać pytane, na które odpowiedź nie budzi żadnych kontrowersji, w stylu: "Czy uważasz, że należy zaostrzyć kary za tworzenie mechanizmów zorganizowanej  przestępczości finansowe i skarbowe, np. takie jak popełnione przez Iana Camerona" Ups.. A nie, to lepiej zapytajmy się, czy chcą wystąpić z UE.

Ten sam, absurdalny poziom zidocenia mamy na wszystkich poziomach polityki i życia publicznego. Samą głupotę jeszcze czasem da się przeżyć, ale przyznam, że głupota pomieszana z hipokryzją jest dla mnie sosem wielce obrzydliwym. 
I tu dochodzimy do zasadniczej sprawy. Nad którą przynajmniej warto uczciwie się zastanowić w Święta Narodzenia Pańskiego.

Uchodźcy syryjscy.

Obowiązująca w obozie rządowym i sympatyzujących mediach retoryka uważa wszystkich za kryminalistów i złodzei, a jeśli już są zwyczajni ludzie, to tylko ci, którzy grzecznie powędrowali do obozów dla uchodźców. Polska, ani jako państwo, ani wspólnota, ani obywatele nie są w żaden sposób za to odpowiedzialni, wobec czego nie mamy żadnych obowiązków, ale wykonamy coś ponad plan nic nie robienia i może wyślemy im zupę.
Ot, mniej- więcej się zgadza. Zupa jako obowiązek chrześcijański, zero jako zobowiązanie polityczne.

To może teraz spójrzmy na to z normalnej strony, jak przystało na ludzi z jakimś poziomem empatii i w podstawowym stopniu zorientowanych w świecie.

Po pierwsze, sprawa pomocy w obozach dla uchodźców miała sens kilka lat temu. Obozy są z definicji tymczasowe, służą do zapewnieni podstawowego bezpieczeństwa do czasu, gdy ludzie będą mogli powrócić do domów. Dziś wiadomo, że większość tych ludzi nie wróci, bo nie ma gdzie i do czego. Ich domów nie ma i nie będzie z czego i jak ich odbudować. Państwa ościenne, które zaoferowały schronienie trzeszczą w szwach i nie są w stanie funkcjonować z taką liczbą uchodźców przez następne lata. Nawet jeśli nie przyzwoitość, to sama troska o stabilność tej części świata nakazuje w jakiś sposób zdjąć z nich ten ciężar. Ale nie, wycierający sobie mordy katolicyzmem są na takie argumenty odporni.

Ale spójrzmy na inną część tego równania- odpowiedzialność za ten konflikt. Od strony politycznej początkiem chaosu na Bliskim Wschodzie była inwazja GW Busha na Irak. Jak wiadomo, w inwazi tej uczestniczyła dość nieliczna koalicja składająca się z USA, UK, Australii, Hiszpanii i Polski. Tak, Polski. Dokładnie polski rząd i polska armia przyłączyły się do rozpoczęcia chaosu politycznego i gospodarczego w tym regionie, który stał się pożywką dla powstania ISIS. 

W takim razie trzeba się przyjrzeć dokładniej co się właściwie stało w Syrii. Otóż stało sie tak naprawdę niewiele i zupełnie prostych rzeczy. 
Od 2003 roku trwa tam susza. W rzeczywistości nie mówimy i nie powinniśmy mówić o suszy, tylko po prost o zmianach klimatycznych. Normalne opady się zmniejszyły, temperatury wzrosły i marginalne gleby po prostu zjadła pustynia. 
Ludzie,którzy tam mieszkali, hodowali kozy, uprawiali daktyle i co jeszcze ewentualnie się dało, o prostu musieli się wynieść. Nie mieli po prostu żadnych perspektyw przetrwania. Jedynym miejscem gdzie mogli się wynieść były wielkie miasta Syrii, w tym najbliższe półpustynnych terenów Aleppo. 
Łącznie skala tych migracji wewnętrznych w Syrii sięgała miliona osób. Ludzie ci, w części niepiśmienni, a zawsze pozbawieni atrakcyjnych rynkowo kwalifikacji jakoś usiłowali się znaleźć w społeczeństwie. Tylko nie bardzo było dla nich jakiekolwiek miejsce. Rząd nie miał zamiaru w ogóle zauważyć problemu, wiec setki tysięcy ludzi gnieździło się w prymitywnych warunkach jakoś usiłując dorywczymi pracami przeżyć do następnego dnia. Mijały kolejne lata, rząd nadal miał wszystko dokładnie gdzieś. W wyniku kryzysu 2009 roku sytuacja jeszcze się pogorszyła i wystarczyła iskra, a wszystko wybuchło.
Może ktoś tę iskrę rzucił, może nie. Od strony ekonomicznej i demograficznej to wszystko i tak mogło samo wybuchnąć.
Więc w ostateczności na pytanie kto jest odpowiedzialny za wojnę w Syrii można odpowiedzieć dość prosto. Pierwszym odpowiedzialnym jest Assad, bo głupota i nieodpowiedzialność jego rządów doprowadziła do tego, że możliwy do rozwiązania i stopniowo narastający kryzys doszedł do stanu wybuchu zbrojnego. 

A drugim odpowiedzialnym są ci sami, którzy są odpowiedzialni za zmiany klimatu. Emitenci gazów cieplarnianych i nikt inny. Koledzy i rodzina GW Busha, niewątpliwie. Oraz wszystkie firmy wydobywające i spalające węgiel, ropę i gaz. Oraz rządy które przez regulacje i dotacje to ułatwiają, albo w ogóle umożliwiają. 
To w takim razie spójrzmy na może na największych najbrudniejszych emitentów gazów cieplarnianych w Europie. To może największa firma węglowa? Kompania Węglowa. Właściciel- polski Skarb Państwa... Dotacje do wydobycia- a jakże.
Tak, inni też są. Ale inni sobie z tego zdają sprawę, przyznają się, próbują coś zmienić i brać odpowiedzialność za swoje czyny. Oraz nie robią z niszczenia środowiska cnoty, a wręcz przeciwnie.

A są też tacy, których wina jest jasna, ale wycierają sobie mordy katolicyzmem, który w ich mniemaniu usprawiedliwia to, że można komuś zniszczyć kraj i nie poczuwać się do żadnej odpowiedzialności. To może od razu uznajmy, że niewierni to nie są ludzie, wpiszmy do konstytucji i część spraw będzie przynajmniej jasna. 




Polska dyplomacja, czyli Ewka wróć!!

Polska w czasach 3 RP nie dorobiła się jakiejś wielkiej pozycji międzynarodowej, obecny status raczej odzwierciedla realny potencjał ekonomiczny. Zarówno potencjał ekonomiczny, jak też polityczny można lepiej wykorzystywać, ale zasadniczo jest co jest.

Za to w zakresie prawdziwej polityki i dbania o swoje interesy sukcesem i to bardzo realnym 3 RP było powstanie na Ukrainie przekonania o bezwzględnym wsparciu Polski dla suwerenności Ukrainy i w proeuropejskim wyborze państwa i społeczeństwa oraz wsparcie i pokazywanie takiej opcji na Białorusi.

Polska miała swój udział w rewolucjach na Ukrainie. Właśnie taki. Jako bezwzględnie przyjazny kraj, który zawsze udzieli wsparcia na miarę swoich możliwości. To była linia polskiej polityki ponad jakimikolwiek podziałami partyjnymi. Wałęsa, Kwaśniewski, Kopacz- każde z nich potrafiło udzielić zdecydowanego wsparcia w krytycznym momencie i oraz prowadzić politykę w generalnie taktowny sposób, poprawiając relacje, co otwierało kolejne możliwości.
Sytuacja z Białorusią jest znacznie bardziej skomplikowana, kraj znacznie bardziej zsowietyzowany, ale sposób działania polskich elit był podobny i całkiem skuteczny. Było to promowanie języka białoruskiego jako sposobu przekazywania uczciwej i wiarygodnej informacji o stanie kraju. Z jednej strony wspieranie organizacji społecznych, które tworzą społeczeństwo obywatelskie i alternatywy dla rosyjskiego języka i kultury, z drugiej media, które to wspierają. Jest to długofalowe działanie, które ma utrudnić, lub uniemożliwić pokojową integrację i asymilacje Białorusi przez Rosję. Czyli bezpieczeństwo polskiej granicy wschodniej. Nie w tym tygodniu, tylko na pokolenia. 
Ważne w tym wszystkim jest wspomaganie organizacji obywatelskich, wszystkich. Ale najważniejsze jest dostarczanie przekazu medialnego, który jest pluralistyczny, odtrutką na moskiewską propagandę i alternatywą dla dyktatury. 
Tę rolę pełni telewizja Belsat. Założona w czasach koalicji PiS-LPR- Samoobrona, ale przez TVP kierowaną przez Wildstaina i MZS Fotygi. 
Następne kilka lat to było budowanie marki, zwiększanie znaczenia w społeczeństwie Białorusi i promowanie języka oraz ciągła walka o utrzymanie dotacji z MSZ kierowanym przez Sikorskiego. 

Wiec dziś nie mamy ministra Sikorskiego, który pomógł znakomicie zakonserwować esbecki układ w placówkach dyplomatycznych i sprywatyzował wszystko co się dało, włącznie z konsulatami honorowymi i nadawaniem obywatelstwa.
Dziś mamy ministra Waszczykowskiego. Stali czytelnicy wiedzą, że moja ocena jego wiedzy kwalifikacji i kompetencji już dawno spadła poniżej tego, co da się wyartykułować bez uciekania do brytyjskiego stylu lub słów powszechnie uważanych za wulgarne.
Ale dziś mamy dwa dowody. Czarno na białym. Pierwszy to jest faktyczna likwidacja Belsatu. Ograniczenie dotacji o 3/4 i w planie połączenie z Telewizją Polonia. Telewizja Polonia jest po pierwsze polskojęzyczna, po drugie propagandowa, po trzecie cały jej program jest kompletnym, nie nadającym się do niczego gniotem.
Efektywnie mówimy o likwidacji filaru polskiego soft power na Białorusi i pozostawieniem całkowicie otwartego pola dla działalności moskiewskiej propagandy. Czyli, tak jak pokazuje to dzisiejsza dynamika wydarzeń- całkiem dużego prawdopodobieństwa aneksji Białorusi przez Rosję.
Na dziś polska dyplomacja powinna użyć każdego dostępnego narzędzia, aby to spowolnić, przeszkodzić, zapobiec. I właśnie polski Minister Spraw Zagranicznych z pełną premedytacją i przy współpracy prezesa Telewizji Narodowej to narzędzie niszczy. 

A druga sprawa to relatywny drobiazg, ale bardzo symptomatyczny. Był zamach terrorystyczny w Berlinie. Użyto ciężarówki polskiej firmy, prawdopodobnie zamordowano polskiego kierowcę. 
Właściciel firmy transportowej, którego kuzyn był tymże kierowcą, nie był w stanie się nawet skontaktować z polską ambasadą w Berlinie. A przecież po to jest konsul, aby od razu zająć się sprawą dochodzenia, repatriacji ciała, ewentualnego rozpoznania, etc. Za to wszystko dostaje pieniądze od Rzeczpospolitej. W tym samym czasie rolą ambasadora jest prezentowanie polskiego stanowiska w sprawie. Kondolencje, etc., co oczywiste. Ale jeśli już w Polsce podjęto decyzję o nieprzyjmowaniu uchodźców, to dokładnie na tym polega robota ambasadora, aby wspierał i tłumaczył przed obcą opinią publiczną zasadność działań polskiego rządu. Okazja tragiczna, ale na tym też polega praca. Której (chyba?) tez nie wykonywał. Co do ambasadora nie jestem pewien, nie będę oskarżał na 100%, nie śledzę niemieckich mediów. Ale brak kontaktu z konsulem przez głównych zainteresowanych w skrajnie medialnej sprawie to w normalnej organizacji oznacza jedno- dyscyplinarka dla konsula od ręki. Już dziś. Teraz. Jego zastępca załatwi sprawę, dla tej osoby miejsca w administracji poważnego kraju być nie powinno. 

Widząc działania Waszczykowskiego jestem praktycznie pewien, że nic takiego nie nastąpi. Ktokolwiek pracuje na granicy pomiędzy wzorcem niekompetencji a sabotażem, nadal będzie tak pracował. Problem, i to poważny polega na tym, że właśnie tacy rządzą w MSZ od lat i pod rządami Waszczykowskiego mają się świetnie. 

Co do samego Waszczykowskiego sprawa Belsatu, rozegrana dokładnie w czasie sejmowej zadymy, pokazuje jedno- nie mamy do czynienia z nieaktywnym bezmózgiem. To był zupełnie dobrze i sprawnie przeprowadzony sabotaż jednego z najżywotniejszych interesów Polski.

A za tezy, ze oszczędza na Belsacie, aby zapewnić środki dla uchodźców z Aleppo to właściwie pozostałoby fizycznie spostponować. Polski rząd nie ma zamiaru pomagać żadnym uchodźcom, nie ma zamiaru nikomu tłumaczyć swojego stanowiska, ani nikogo przekonywać, ze ma rację. Jedyne co ma zamiar i robi, to zniszczyć jedno z najlepszych narzędzi polskiej polityki zagranicznej. I tyle. 
Spodziewałem się rządu,  który będzie beznadziejnie głupi w sprawach społecznych i infrastrukturalnych. I jest. Ale była to dla mnie i wielu innych cena do przyjęcia, jeśli na drugiej szali miało być doprowadzenie państwa do wykonywania swoich podstawowych funkcji. Ale po roku sytuację mamy taką, że konsulaty jak nie działały, tak nie działają, w sądach żadnych sensownych reform nie widać, w szkolnictwie z poziomu słabego działania przechodzi się na kompletny chaos, a jedynym miejscem powolnych zmian jest odrobinę poprawiana armia. Za to dyplomacja realnie zwiększa zagrożenia dla Polski. 

Jak wiem, że rząd Ewy Kopacz to był prawie Muppet Show. Ale naprawdę, już lepiej niech jej psiapsiółki sobie nawzajem rozdają samochody niż mamy widzieć długofalowe efekty działań Waszczykowskiego i paru innych.

Jakby ktoś miał wątpliwości, albo zbyt się skupił na szczegółach:
Działanie ministra Waszczykowskiego, w porozumieniu z Jackiem Kurskim i wsparciem medialnym Karnowskich to jest w swej istocie sabotaż działalności Belsatu.
Belsat jest jedną z poważniejszych przeszkód na aktualnym celu ekspansji Moskwy, czyli opanowaniu propagandowym społeczeństwa Białorusi.
W swej istocie sabotaż Belsatu jest wsparciem działań Moskwy na najważniejszym aktualnym kierunku ekspansji i sabotażem krytycznych interesów Rzeczypospolitej. Patrząc na to, że minister Waszczykowski odznacza się wyjątkową nieudolnością i brakiem energii we wszystkich swoich działaniach, sprawność i skuteczność w realizacji  rosyjskiego interesu w jego działaniach powinna natychmiast włączyć alarm. Nawet jeśli nie jest jego zamiarem wsparcie Moskwy, a inne rzeczy, jak osobiste porachunki, czy coś. 

Standing by Standing Rock

Obecnie dzieje się w USA sprawa która będzie mieć całkiem istotne konsekwencje w przyszłość. Otóż jest planowany, a właściwie już na zaawansowanym etapie budowy rurociąg z terenów formacji roponośnej Bakken w okolice Chicago, gdzie będzie się łączyć z systemem rurociągów dostarczających do rafinerii w okolicach centrów populacji.

Rura ma przesyłać dziennie 450 tys. baryłek, czyli ilość zbliżoną do np. zużycia w całej Polsce.

Inwestorzy zebrali pieniądze, pozwolenia poszły szybko i rozpoczęli budowę. Północna Dakota to generalnie jest miejsce w którym nic nie ma, więc i nie było specjalnych przeszkód.

Aż do czasu, gdy te przeszkody się zaczęły. Zacznijmy od drobnego uporządkowania kwestii terytorialnych. Od najprostszej- wodami płynącymi w USA zarządza rząd federalny przez US Army Corps o Engineers. Oni wydają pozwolenia na korzystanie z wód oraz na budowanie przepraw, etc, w tym przekroczenie rurociągu przez rzekę.
A sam rurociąg ma przekroczyć Missouri w pobliżu granicy Dakoty Północnej i Południowej. Dla firmy i urzędników nie stanowiło żadnego problemu, że przy okazji ma być zakopany dokładnie na świętym terenie i cmentarzu indiańskim. 
Co też jest ciekawe, to w ogóle nie jest teren Stanów Zjednoczonych!!! Otóż plemię Sioux (Lakota), jak większość innych, zawarło kolejne traktaty z rządem federalnym USA. Zasadniczo są to po prostu traktaty międzynarodowe. Określały one zakres jurysdykcji terytorialnej, czyli po prost granicę pomiędzy USA i państwami indiańskimi. Te granice były następnie regularnie naruszane przez białych, następnie zawierano kolejne traktaty, ograniczające terytorium Indian, etc. Ale akurat Sioux ostatni traktat zawarli w 1851 roku i od tego czasu uznali, że nie mają zamiaru cedować więcej do USA. Oczywiście taki drobiazg zupełnie nie przeszkodził osiedlaniu się białych rolników i górników, wpisywaniu własności terenu do rejestrów USA, etc. Co miało "legitymację" w postaci aktów Kongresu. Taka sama sytuacja dotyczyła wszystkich innych terytoriów indiańskich i rząd federalny w 1944 roku podjął próbę załatwienia problemu; w ten sposób, że  nowa granica byłaby wytyczona według faktycznej linii osadnictwa, a Sioux otrzymaliby 100 mln USD. Ta oferta nie została przyjęta, rząd federalny nie ma najmniejszego zamiaru zwracać ziemi, nawet tej opuszczonej przez rolników i przejętej- co zresztą nakazał sąd federalny.... Więc pieniądze powędrowały na wydzielony rachunek, na którym są do dziś i zbierają odsetki. Stąd istnieje pewna rozbieżność co do zasięgu obecnych granic rezerwatów, a granic według traktatów. 
Rura ma przebiegać kilkaset metrów od obecnej granicy. 
Ale protest rozpoczął się i trwa pod hasłem ochrony wody. Co ma mnóstwo sensu, bo Missouri jest dopływem Missisipi, ale też jedynym źródłem wody dla Indian, miast w dole rzeki i rolnictwa. Każdy rurociąg w końcu się rozszczelni, a jak pokazuje praktyka, te budowane i eksploatowane w USA taki los spotyka dość szybko. W samej Północnej Dakocie w zeszłym roku było około 200 mniejszych i większych wycieków z rurociągów. 
Indianie rozpoczęli protest, są to mieszkańcy prerii, więc po prostu założyli obóz, taki sam, z jakim wędrowali przez stulecia za stadami bizonów. Ten akurat w miejscu budowy rurociągu.

Wtedy pojawiła się policja Północnej Dakoty. Z pojazdami pancernymi, snajperami i całą resztą sprzętu zmilitaryzowanej policji. To są obecne standardy w USA, więc nic szczególnie dziwnego. 
Protest trwa od miesięcy, główne media go starannie ignorują, lub powielają oświadczenia policji. W sumie też jak zwykle.

Niedawno zaczęły się dziać rzeczy sugerujące, że może jednak jesteśmy już w 21 wieku i może przynajmniej częściowo amerykański system działa lepiej niż demokracja w stylu radzieckim.
Po pierwsze: internet przełamuje blokadę informacyjną. Jeśli dzieje się coś naprawdę ważnego i kompletnie ignorowanego przez oficjalne media, to mimo wszystko ma szanse przebić się do opinii publicznej. 
Drugim elementem było pojawienie się z poparciem na terenie obozowiska, a następnie zorganizowanie demonstracji przed Białym Domem przez senatora Bernigo Sandersa. Czyli człowieka, który potrafił porwać tłumy i który, gdyby nie machloje urządzane przez oficjeli Partii Demokratycznej, zapewne byłby dziś prezydentem-elektem.
To włączyło sprawę do zainteresowania opinii publicznej. Choć jeszcze nie mediów. Te nie interesują się nadal. 

Wtedy zmilitaryzowana policja postanowiła pokazać kto tu rządzi i spacyfikować część Indian. Użyto do tego dział dźwiękowych, gumowych kul, granatów ogłuszających, czyli normalnego zakresu przeciw cywilom. Ale z jednym przesadzili- przy całkiem sporym mrozie użycie armatek wodnych to już było barbarzyństwo. 
O którym w normalnych warunkach nikt by się nie dowiedział, bo to tylko Indianie i żadne media nie są zainteresowane. Ale internet i wcześniejsze nagłośnienie sprawy trochę zmieniły. Co najmniej kilkaset tysięcy, a raczej miliony ludzi wiedziało co to za sprawa i zobaczyło nagrania z interwencji policji. 

Za to niejaki Wes Clark jr, syn generała Wesleya Clarka, rozpoczął zupełnie nową rzecz. Mianowicie wpadł na pomysł ściągnięcia weteranów, byłych żołnierzy, na sam protest. Nie do końca w celu stania w tłumie, ani z drugiej strony żadnej zmilitaryzowanej formacji.
Idea polega na tym, że ludzie, którzy przyzwyczajeni do ryzykowania życia pojawią się jako zwarta formacja, ale całkowicie nieuzbrojona. Po prostu żywe tarcze. I to już nie będą jacyś Siuxowie, zwyczajni podludzie, tylko koledzy z wojska tych, którzy stoją po drugiej  stronie. Bo oczywiście policja, zwłaszcza zmilitaryzowane oddziały, składa się w sporej części z byłych żołnierzy.
Pomysł to pomysł, ale odzew był zaskakujący, nawet dla samych organizatorów. Najpierw założyli oni dwa konta dla zbierania pieniędzy, jedno na koszty sprzętu i transportu, drugie na koszty prawne, czyli grzywien, kaucji i obrońców. Bardzo szybko pojawiły się wpłaty, a co więcej, śmiesznej wielkości wpłatami uzbierały się setki tysięcy dolarów. A także pojawili się ochotnicy. W niespodziewanej ilości. Plan polegał na tym, że kilkudziesięciu weteranów pojawi się na kilka dni, pokaże swoją solidarność, wystawi się na pierwszej linii na potencjalny atak policji, a następnie proza życia nakaże większości z tych ludzi wyjechać. Jako, że Corps of Engineers wysłał wezwanie do opuszczenia terenu do 5 grudnia, to Wes Clark zaplanował zebrać weteranów na 4 grudnia. 
W skrócie- zgłosiło się wystarczająco, aby zorganizować brygadę według wojskowego wzoru, razem ze służbą medyczną, etc. A że na miejscy niespecjalnie jest możliwość i potrzeba obecności więcej niż tysiąca osób na raz, to wygląda na to, że obecność weteranów będzie raczej długotrwała. Stawiałbym na to, że po prostu permanentna, do końca protestu.

Ktoś się zapyta- OK, tysiąc czy ileś tam osób, byłych żołnierzy, wybiera się na kompletny koniec świata, posiedzieć parę dni w obozie indiańskim. I co z tego?
Otóż to, jaki był entuzjazm wśród tych ludzi. A dokładniej- kim są. Są to obywatele USA, którzy chcieli służyć krajowi i zaciągnęli się do wojska. Zazwyczaj ambitni ludzie z najbiedniejszych rodzin i dzielnic, dla których armia jest jedynym sposobem wyrwania się z rasistowskiego społeczeństwa. I gdzie wylądowali? Zazwyczaj na wojnie rozpętanej przez prezydenta- idiotę w interesie swoich kolegów- nafciarzy. W trakcie takiej służby, ci którym zależało na kraju i społeczeństwie, cóż, wykonywali rozkazy, ale chcieli i woleliby robić coś, walczyć, w imieniu i dla narodu, o poprawę życia, a nie dla koncernów naftowych. 
I dziś zostali wezwani. Aby stanąć bez broni, ryzykować zdrowie (choć raczej nie życie) przeciwko tym samym koncernom naftowym, w obronie wody i współobywateli. Patrząc z tego punktu widzenia- entuzjazm jest zrozumiały. Informacja i dłuższe teksty przeleciały przez chyba wszystkie media sprofilowane pod opuszczających armię.

Kolejną ciekawostką w tym konflikcie jest kilka następnych rzeczy. Dakota Północna to jest miejsce gdzie nie ma nic. Oprócz złóż ropy, które w ostatnich latach stały się możliwe do masowej eksploatacji, dzięki nowym metodom frakingu. Po to jest potrzebny rurociąg. Swoją drogą, ropa jest dziś transportowana pociągami i ciężarówkami, ale gaz ziemny- nie. Jest zwyczajnie spalany we flarach i nikt nie ma zamiaru go pożytecznie używać, czy transportować gdziekolwiek. Zapewne, gdyby ten rurociąg miał służyć go transportu gazu ziemnego, sprzeciw byłby znacznie słabszy. Nie mieliby specjalnego powodu do protestu nawet radykalni ekologowie, bo po dostarczeniu do sieci, gaz byłby użyty zamiast węgla. Gaz nie jest aż tak wielkim ryzykiem dla wody i ekosystemu. 

Nie ma nic, więc i budżet stanu nie jest za duży i siły policji też nie. Utrzymywanie nawet kilkudziesięciu policjantów ze sprzętem w środku niczego przez miesiące już nadwyrężyło budżet stanu, bo na samo utrzymanie policji w miejscu budowy poszło jż 15 mln dolarów. Co rozwiązano na dwa sposoby- emitując obligacje, które bez problemów znalazły nabywców oraz korzystając z systemu do wzywania wsparcia z innych regionów. System ten służy do koordynacji pomocy przy klęskach żywiołowych, ale w oczach gubernatora Siuxowie na budowie rurociągu najwyraźniej się na to kwalifikują. 

Jak zwykle w takich sytuacjach szeryfowie z okolicznych hrabstw wysłali kogo mogli. Wtedy zaczęło się dziać śmiesznie, bo otrzymywali spore ilości mail, czy telefonów z opisami i filmami z opisem i wyglądem spraw pod Standing Rock.  Szeryf z Gallatin County w Montanie także wysłał wsparcie i po doinformowaniu się w sytuacji zwyczajnie zawrócił swoich podwładnych z drogi. Siły z innych hrabstw były wycofywane przed czasem, albo zupełnie odwrotnie, stanowiły aktywne wsparcie z pełnym obrazem sytuacji. Jak np. w Minneapolis, gdzie po wysłaniu sił gubernator otwartym tekstem potępiała działania szeryfa. Co przekłada kryzys na politykę wewnętrzną innych stanów.

Najważniejsza w tym wszystkim jest dynamika kryzysu. Corps of Engineers już wydał oświadczenie, że nie ma zamiaru usuwać protestujących siłą. Gubernator był po tym tyleż zabawny, co bezczelny. Wydał nakaz ewakuacji (tylko takie narzędzie prawne mu pozostało) z powodu "zagrożenia życia i zdrowia". No tak, mrozy na prerii to nic przyjemnego. Tylko, że jakby tego nie zauważał, gdy podległe mu siły polewały wodą ludzi na mrozie. Może pod wpływem tych wydarzeń nabrał wrażliwości.

Sytuacja jest taka, że dla dalszej budowy albo gubernator, albo prezydent będzie musiał po prostu wydać rozkaz szturmu na obóz i chroniąca go brygadę weteranów. 
Obecny prezydent takiego rozkazu nie wyda. Unika całej sprawy i umywa ręce, ale na pewno nie wyda rozkazu użycia siły w interesie nafciarzy.
Gubernator to inna sprawa. Zrobiłby to bardzo chętnie, ale zaczyna być za słaby i czas działa na jego niekorzyść, choć zapewne liczył, że zima sama załatwi sprawę. 

Nie załatwi. Ostatnią faktycznie istniejącą możliwością jest prezydent Trump. Jeśli protestujący dotrwają do 20 stycznia, to zapewne zobaczą Gwardię Republikańską. Znów- ich byłych kolegów z wojska, z rozkazem prezydenta.

A wiecie co jest najlepsze? Donald Trump jest udziałowcem w tym rurociągu.

I reakcja społeczeństwa USA na użycie siły przez prezydenta w obronie jego własnej inwestycji, przeciwko pokojowym protestującym będzie prawdziwym testem tego, jak źle jest. A może jak dobrze?

Oczywiście jest też teoretyczna możliwość, że Obama zauważy jakiś problem i po prostu cofnie zgodę na budowę przepustu pod rzeką, co Corps of Engineers jak najbardziej mogą zrobić. Nie raz pokazał, że przy odpowiedniej ilości hałasu robi to czego oczekują dowolni protestujący.

P.S.

Zaledwie chwilę po opublikowaniu, życie dopisało następny rozdział. Jednak decyzją prezydenta Obamy, CoE zawiesiło zgodę na przepust pod Missouri i przeprowadzi analizę zagrożeń dla środowiska. Co potrwa co najmniej kilka miesięcy, upłynie czas na który został wynajęty sprzęt do budowy rurociągu i jeśli zostanie zbudowany, to dużo wyższym kosztem. Choć wtedy zapewne rozpocznie się dalsza część blokady.

P.P.S.

Z punktu widzenia klimatu może się wydawać, że transport ropy rurociągiem jest lepszy niż ciężarówkami. Oczywiście, że jest. Ale problemem nie jest transport. Ta ropa, skoro została wydobyta i tak zostanie gdzieś spalona, co za różnica gdzie. Problem polega na tym, że powinniśmy my wszyscy, jako ludzkość, całkowicie zakończyć wszystkie inwestycje w paliwa kopalne, na każdym szczeblu. Jeśli kapitał i polityce tego nie rozumieją, to dobrze by było, aby rozumieli to przynajmniej ludzie. Nie tylko brak nowego rurociągu, ale też nie zbudowanie kolejnej stacji benzynowej, a nawet zaprzestanie budowy wagonów do transportu węgla sprawia, że cała ta niszcząca naszą planetę infrastruktura staje się mniej wydajna oraz pozostaje więcej kapitału na potrzebne inwestycje.