Istota gospodarki USA i kiedy będzie kryzys

USA w 1945 były absolutnie dominującą potęgą. Krajem którego dominacja w światowej gospodarce nie mogła się równać z niczym znanym kiedykolwiek wcześniej lub później w historii. Nie przesadzam. Gospodarka USA stanowiła około połowy światowego PKB, przy mniej niż 5% światowej ludności.

To w jaki sposób zostało wykorzystane to bogactwo wpływa na dzisiejszy świat i będzie wpływać jeszcze długo. A zostało wykorzystane na dwie rzeczy. Pierwszą z nich była odbudowa Europy Zachodniej i Japonii. Ale według nowego modelu gospodarczego, narzuconego z Waszyngtonu. 
A drugim był rozwój USA według tego samego modelu.

To prowadzi nas do bardzo ciekawej obserwacji. Otóż ostentacyjna zamożność USA lat 50-tych i model gospodarczy i społeczny zmotoryzowanych przedmieść, który wtedy powstał nie był w żadnej mierze droga która doprowadziła do rozwoju, ani sposobem na uzyskanie potęgi przez USA.

To był sposób wydania już posiadanych środków i potencjału przemysłowego. Dziś wygląda on absolutnie idiotycznie pod każdym względem: ekonomicznym, efektywności gospodarczej i społecznym, ale panuje przekonanie, ze w latach 50-tych to miało sens i była to metoda dzięki której USA stały się najzamożniejszym krajem świata. Nie, nie była. Był to wtedy dokładnie taki sam idiotyzm jak i dziś, ale ten kraj już był obłędnie bogaty i mógł sobie na to pozwolić.

I naprawdę to nie było tak, ze "ludzie tego chcieli" albo że "rynek zdecydował". Ludzie wrócili z wojny, zakładali rodziny i chcieli gdzieś mieszkać. A o tym gdzie i jakie mieszkania można zbudować zawsze mniej lub bardziej decyduje administracja. W tym przypadku bardziej. To rząd federalny określił zasady jakimi musza kierować się władze lokalne określając szerokość ulic, liczbę miejsc parkingowych,  w dalszej kolejności rozdzielenie funkcji mieszkalnych i handlowych, etc. Do stopnia w którym samochód stał się absolutnie niezbędną do życia rzeczą. Co w oczywisty sposób zmniejszyło efektywność społeczeństwa, podwyższyło koszty życia dla wszystkich i zmniejszyło konkurencyjność USA.

W początkowym okresie miało to bardzo pozytywne reperkusje. Mianowicie odbudowany za amerykańskie pieniądze przemysł Niemiec i Japonii mógł być, dzięki konkurowaniu niższym kosztami życia, poważnym eksporterem na obłędnie bogaty amerykański rynek. W tych dwóch krajach (jak i większości innych) społeczeństwa były wciąż zbyt biedne, aby tworzyć poważny popyt. Kto miał dostęp do rynku USA ten miał możliwość dalszego rozwoju.

Nie chodzi w typ opisie o krytykę powszechnej motoryzacji czy polepszania standardów mieszkaniowych. Chodzi o to, że system był skonstruowany tak, aby wymuszać maksymalne korzystanie z samochodów. Czego konsekwencja było niszczenie na różne sposoby alternatywnych, bardziej efektywnych gospodarczo metod transportu (W przypadku transportu ludzi w mieście każda metoda jest bardziej efektywna niż indywidualna motoryzacja. Każda).

Na skalę gospodarki miało to tę konsekwencję, że robotnik musiał zarobić nie tylko na wyżywienie i ogrzanie mieszkania, a również na samochód i znacznie droższe przecież ogrzanie domu. Nawet jeśli akurat nie zbudowanego z kijków i tektury, to i tak wolno stojącego, bez śladów izolacji i daleko od wszystkiego. To musiało pogarszać konkurencyjność. 
Dopóki w innych krajach trwała odbudowa zniszczeń to wszystko było na miejscu. Bogate Stany importowały, płaciły, za to zrujnowana Europa kupowała maszyny do odbudowy czy żywność do przetrwania. Ale kiedy sytuacja wróciła do przedwojennej, masowy import przestał być potrzebny. Lokalna produkcja była tańsza, bo równie, czy bardziej fachowa siła robocza pracowała za mniej i było to wytwarzanie na miejscu.

Realnie rzecz biorąc drogi amerykański robotnik nie był nikomu potrzebny. I zgodnie z tą logiką został wyrzucony za burtę. Lata 60-te to już pełnia efektywności Japonii i Niemiec, widoczne były efekty masowych inwestycji w elektryfikację kolei, masowy transport i rozsądne planowanie mieszkaniowe, czyli efektywnie olbrzymią różnicę kosztów pracy przy zaspokojeniu wszystkich podstawowych potrzeb rodzin robotniczych. Co oznaczało, że eksport z USA po prostu przestał być konkurencyjny na rynkach eksportowych.  Widać to jeszcze dziś na niektórych ulicach Ameryki Łacińskiej, gdzie jak najbardziej nadal są amerykańskie ciężarówki z lat 40, 50-tych i wczesnych 60-tych, ale późniejsze są to wyłącznie produkcja europejska, ewentualnie japońska, a ostatnio chińska.

Jeśli jedne kraje inwestowały w elektryfikację kolei, a inne w rozbudowę obłędnie nieefektywnych ekonomicznie przedmieść, to w końcu musiało to doprowadzić do sytuacji, w której wszystko jeszcze jakoś działa, ale już nie ma perspektyw. Dotychczasowy system musiał zbankrutować. I coś takiego oficjalnie stało się w USA w 1971 roku.

Po protestach studentów, przeciw wojnie, hipokryzji i braku perspektyw nowego pokolenia zwyczajnie ogłoszono bankructwo, a nowe pokolenie zdecydowano się wyrzucić za burtę. Nie do końca jednak, bo wymyślony został nowy model gospodarczy. Taki, w którym USA pozostaną potęgą, ale już nie przemysłu, a konsumpcji. Po prostu ten kraj został największym producentem długu na świecie. I to działało. Rosnące zadłużenie wszystkich pozwalało na dalszą konsumpcję i dalszy transfer kapitałów na cały świat. Ten sam świat został jednocześnie skuszony wizją dochodowych, bezpiecznych inwestycji i Wall Street, jak magnes przyciągała wszystkie możliwości inwestycje z całego świata. USA miało nowy model, który opierał się na destrukcji własnego przemysłu i klasy robotniczej, wzroście zadłużenia i pompowaniu pieniędzy z całego świata przez system finansowy USA. I to działało.

Ale zastanówmy się jakie są potrzebne warunki do tego, aby to działało.

Po pierwsze oczywiście wiarygodność USA, administracji, systemu prawnego i banków. 
Po drugie- poważna konsumpcja, czyli istotna klasa średnia, po trzecie możliwości inwestycyjne czyli biznes w stylu Hollywood i Krzemowej Doliny, gdzie można mieć astronomiczne zwroty z kapitału.

Teraz mamy kryzys tego modelu. Właściwie rzecz biorąc przestaje on działać. I co dalej?

Dalej są trzy wyjścia. Albo to naprawić i starać się znaleźć coś nowego dopóki pieniądze płyną, albo pogodzić się ze śmiercią tego modelu i przebudować kraj dopóki są pieniądze. Przebudować przez modernizację i zwiększanie efektywności gospodarki. Zarówno po stronie konsumpcji, jak też produkcji, aby można było konkurować na rynkach światowych. 
Trzecie brzmi tak, że skoro model finansowy przestaje działać to wracamy do modelu przemysłowego.

Jednak aby model przemysłowy mógł działać, musi istnieć masowy popyt, czyli  niskie koszty życia.  Niskie koszt życia oznaczają demontaż suburbii, co wymaga czasu. Oczywiście jest też alternatywa, która polega na tym, że konsumpcję ogranicza się do 20% społeczeństwa, a pozostała część dostarcza niskich kosztów produkcji. Co jest w swej istocie modelem brazylijskim.
W każdej z tych wersji wybór sprowadza się do jednego: Albo rozpoczną się masowe inwestycje w obniżenie kosztów życia, albo ten kraj nie ma innego wyjścia jak utrzymywanie pozycji konfliktami zbrojnymi aż do ostatecznego zawału. Bo on musi nastąpić. Z powodu nieefektywnej gospodarki i budżetu tonącego pod ciężarem zbrojeń.

Sprowadzając do wspólnego mianownika: albo modernizacja przez efektywność energetyczną i uzyskanie międzynarodowej konkurencyjności przemysłu, albo zmiana w drugą Brazylię. Z czego ta druga wersja ma jeszcze dodatkową opcje utrzymywania fikcji potęgi poprzez militaryzację.Zarówno zewnętrzną, jak też wewnętrzną. To podtrzymywanie może i będzie trwać dopóki międzynarodowy kapitał będzie przepływał przez USA i traktował ten kraj jako bezpieczną przystań. 
Ta przystań na dziś jest bezpieczna i taką pozostanie jeszcze przez jakiś czas.

Jak długi?

Otóż to zależy od decyzji politycznych w bardzo, bardzo bliskiej przyszłości.
Cofając sie nieco: polityka Obamy, często powolna i zbyt ostrożna, ale jednak solidnie pchała USA w stronę rozwoju przemysłowego i poprawy efektywności gospodarki. Czyli było to wyjście pokojowe i rozsądne.

Teraz mamy jednak rząd Trumpa. który jest bardzo radykalny i konsekwentny w budowaniu drugiej Brazylii. Odziedziczył gospodarkę rozpędzoną inwestycjami, głównie w efektywność energetyczną i bardzo starannie stara się to zakończyć i powrócić do polityki G.W.Busha, tylko na sterydach. Czyli zastąpić militaryzacją pogoń za efektywnością, czyli całkowicie przekierować strumień inwestycji. Oraz zwiększyć deficyt w celu zwiększenia importu kapitału i jego prywatnego tworzenia. Dokładnie to zostało zrobione za pomocą reformy podatkowej. Do tego obniżono podatki wielkim korpo i podwyższono jej dla klasy średniej w bogatszych stanach typu Kalifornia i Nowy Jork.  Co uderzy po kieszeniach najbardziej produktywne jednostki oraz w stany, które same najwięcej inwestują. A obniżka podatków jest faktycznie dla inwestorów giełdowych, czyli w większości banków inwestycyjnych.

Zupełnie oczywiście kapitał inwestowany w efektywność energetyczną ściąga pieniądze z rynku, bardzo, ale to bardzo utrudnia powstanie bań spekulacyjnych i przez to zyski w modelu spekulacyjnym. I to jest właściwie sedno sprawy.

Teraz spokojnie przechodzimy do obecnego rządu. Jest to najbardziej groteskowa zbierania skorumpowanych przygłupów, których da się znaleźć wśród amerykańskiej oligarchii. A konkurencja jest tam spora. Steve Bannon już wyleciał, ale jego duch unosi się nadal. Gdzie jego programem, określonym zupełnie wprost i realizowanym był demontaż państwa. Rozmontowanie działających instytucji tak, aby już nie dało się prowadzić efektywnej polityki przemysłowej, i ekonomicznej.

Zauważmy, że jeszcze w tej układance nie ma Rosji. Ale te interesy też są. Nawet bardziej, bo bym powiedział, że kwestia wsparcia Trumpa to nie była tylko kwestia interesów moskiewskiej kliki. Oczywiście, że tak, ale nie tylko. To jest też model gospodarczy, który jest obowiązującym w Rosji. Wąska oligarchia rządząca krajem, klasa średnia, która może względnie wygodnie żyć i 80% nędzarzy, którzy walczą o utrzymanie i stanowią tanią rezerwę roboczą i militarną. 
Co ma tą ciekawą konsekwencję, że zarówno jednego jak tez drugiego zażarcie broni międzynarodówka nie tylko kacapoidów, ale też zupełnie zwyczajnych rasistów.

W takim razie pozostaje pytanie- co będzie dalej. I tu mamy bardzo jasną odpowiedź: na dziś zupełnie tego nie wiadomo. Sytuacja wygląda jak stanie pijanego na płocie, z którego może spaść w każdą stronę.  

Albo USA staną się drugą Brazylią, czyli eksporterem surowców do Chin bez większego znaczenia politycznego, z gigantycznym rozwarstwieniem społecznym, bez możliwości awansu społecznego i targanym wojnami gangów, gdzie dość solidnie zmierzają. Albo wykorzystają pozostałe środki i pozycję międzynarodowa dla przebudowy gospodarki. Problem polega na tym, że pierwsza zmiana szkodzi tylko większości społeczeństwa, a druga oligarchom, zwłaszcza finansowym i zbrojeniowym. 
To dość marnie rokuje co do poprawy sytuacji. Po drodze są wybory i dojrzewający bunt przeciwko głupiej i skorumpowanej Partii Demokratycznej oraz ekstremalnie skorumpowanej i prooligarchicznej Partii Republikańskiej.  Naprawdę zobaczymy co się stanie.
Z czego pozytywne rozwiązanie to nie tyle impeachment Trumpa, co wpakowanie przynajmniej kilku członków rządu za kraty oraz jak najpełniejsza weryfikacja decyzji podjętych przez nich. Z czego np. Betsy DeVos może to dotyczyć już dziś. Patologia jaką są federalnie gwarantowane pożyczki studenckie nie powinna istnieć, a na pewno nie powinno się ścigać dłużników. W ramach niszczenia państwa zdecydowała ona o zatrudnieniu firm windykacyjnych do tego, a w ramach korupcji zatrudniona została jej własna firma.  Polityka to jedno i ta decyzja jest fatalna dla kraju, ale tylko korupcja jest przestępstwem. Zresztą to i tak drobiazg w porównaniu do zupełnie poważnego pomysłu zastąpienia US Army w Afganistanie i Iraku przez firmę jej brata (i przejęciu rządowych pieniędzy z solidnym naddatkiem, oczywiście)
Wersja negatywna brzmi: Trump jest wybrany na druga kadencję i Republikanie zachowują większość w Kongresie zarówno w 2018 jak i 2020. Sprawa będzie posprzątana. To zbyt wiele lat w już zbyt zniszczonym kraju, aby móc wrócić do rozwoju zapewniającego stabilność i długoterminowe prosperity. Jeśli w tym roku Republikanie utrzymają Kongres, to każdemu, kto nie jest w górnych 10% społeczeństwa bym gorąco polecał spokojne spieniężanie wszystkiego i inwestowanie gdziekolwiek indziej. Jeśli utrzymają w 2020 to zrobienie tego również z własną osobą. 

Ale to przede wszystkim jest teraz najważniejsza kwestia ekonomiczna świata. Od sytuacji w USA zależy prosperity na całym świecie, bo to nadal jest największy rynek. Kto tam handluje, ma środki na inną działalność. Na przykład robienie polityki u siebie. I ta polityka jest taka, aby się podobała interesom Waszyngtonu. Wpływ nie jest aż tak wielki jak w latach 50-tych, ale ciągle ma znaczenie. 

P.S.
Historia Trumpa na 99% wygląda tak, że utopił w kasynach Atlantic City większość odziedziczonego majątku. Od tego czasu zajmuje się głównie praniem pieniędzy dla rosyjskiej mafii i jest zasadniczo słupem. Stąd nie tylko normalne działania w interesie Moskwy (których jest sporo, ale naprawdę musi mieć na nie alibi przed Kongresem) ale też paniczny strach przed rzeczami, które mogą obrazić jego zwierzchników. Stąd np. wychylanie się z gratulacjami powyborczymi dla Putina czy współpraca w rozmywaniu odpowiedzialności za śmierć szpiega w UK. 

Nowy lepszy rok

Przyznam, że w nowy rok patrzę z optymizmem. Można powiedzieć, że nieuzasadnionym, bo jednocześnie jestem przekonany, że będzie najgorszym, najbardziej niestabilnym i pełnym zagrożeń spośród tych, które większość osób ma w swojej pamięci.

Ale jednocześnie jestem przekonany, że to będzie dno i nikt nie zapuka od spodu. W przyszłym roku już będzie widać, jak źle było i że sprawy idą we właściwym kierunku.

Zaczynając od kwestii, która może zabić nas wszystkich, czyli zmianach klimatu. Na dziś jest taka sytuacja, że prezydent największego i najbogatszego kraju świata jest, powiedzmy to wprost, przygłupem. Który jednocześnie jest przekonany o własnej genialności oraz konieczności ochrony interesów całego biznesu paliw kopalnych. Tyle o USA
Jeden z kolejnych największych trucicieli, czyli Niemcy, w rytmie kolejnych rządów Angeli Merkel rozmontowują niemiecką Rewolucję Energetyczną, a przez sadystyczne niszczenie krajów południowej części strefy Euro, także hamują potencjalne zmiany w całym regionie.  

Na to nakładamy złe i skorumpowane rządy trzymające się stołków w RPA, ostatni przewrót polityczny w Brazylii i oczywiście Maybota i mamy dookoła świata, w kluczowych miejscach, przerażająco głupie i nieodpowiedzialne rządy, jeśli nawet nie zwyczajne bandy złodziei. Ale przede wszystkim mamy rządy kompletnie ignorujące wspólny problem całej ludzkości.

Kwestie ochrony klimatu znakomicie łączą i się nakładają na problem braku inwestycji, opisanego poprzednio, i polityków popieranych (czy wręcz wybieranych) przez oligarchów czerpiących astronomiczne zyski z dawno zamortyzowanych inwestycji. A przynajmniej mogących z nich wyciągać pieniądze na skalę wystarczającą do korumpowania polityków i wyłudzania państwowych dotacji i inwestycji w swoje interesy.  

Do tego są forsowane kolejne inwestycje konserwujące system oparty na paliwach kopalnych, zwłaszcza dotyczące gazu w Niemczech i wiele, wiele innych. Jedynym z niewielu państw realizującym sensowną politykę na poważną skalę są Chiny. Normalną, czyli inwestycji zapewniających ruch w gospodarce i inwestowania w odchodzenie od paliw kopalnych. 
Cały czas ci ludzie są przy władzy, robią swoje rzeczy, które nie wyglądają zbyt mądrze, a znacznie częściej są po prostu zwykłym, durnym, niepotrzebnym okrucieństwem. I nic nie wskazuje na to, aby się to miało w jakikolwiek sposób szybko zmienić.

Dlaczego więc jestem optymistą?

Odpowiedzią jest sztuka. Zupełnie konkretny kawałek, czyli film Mela Brooksa "The Producers". Kto nie oglądał powinien nadrobić zaległości i dopiero później wrócić do dalszej części tekstu. 
Kto nie boi się spoilerów może się nie przejmować, ale naprawdę sporo straci. 

Fabuła polegała na tym, że dwóch cwaniaków wymyśliło plan na przekręt. Zrobią sztukę teatralną, która będzie kompletną klapą, zupełnym dnem. Zrobią ją za pieniądze inwestorów, ale jeśli będzie doskonale wiadomo, z recenzji, szybkiego zdjęcia z afisza, etc., że to jest klapa, to nikt ich nie nigdy nie zapyta o budżet i wydatki. Bo wiadomo, ze stracili wszystko. Spokojnie sprzedali tysiące procent udziałów, wyciągali pieniądze jak im się podobało i pracowali nad najgorszym możliwym przedstawieniem. Nadszedł dzień premiery, pierwszy akt poszedł znakomicie, cała publiczność uznała, że to kompletny gniot, niektórzy zaczęli wychodzić, wszystko w porządku. 
Niestety, na początku drugiego aktu ktoś z publiczności krzyknął :"Ludzie, to jest śmieszne!". Percepcja się zmieniła. Przedstawienie było tak absolutnie głupie, że aż zostało odebrane jako świetna komedia. 

I właśnie ten moment nastąpił w USA. Wszyscy brali Donalda Trumpa na serio i ludzie dokładnie śledzący co się dzieje mogli tylko krzyczeć w przerażeniu. Co w sumie i ja robiłem.
Dziś sytuacja się o tyle zmieniła, że wyszła książka Michaela Wolffa o realiach Białego Domu. Dobrze udokumentowana, broniąca się nagraniami i bezpośrednimi wypowiedziami publicznymi. I pokazująca komediowy poziom braku pojęcia o realiach własnej pracy przez wszystkich Trumpów i ich otoczenie. Po prostu "Ludzie, to jest śmieszne!" Pozostało tylko poczekać krótkie kilka dni, kiedy najpierw prawnicy prezydenta negowali wiarygodność książki, w tym samym piśmie żądając przesłania jej egzemplarza a później po wydaniu, sam Donald wysłał tweeta w którym określił się jako "very stable genius". Co już chyba zostało potocznym określeniem. Książka, jak się wydaje przebiła popularnością co najmniej wszystko wydane w ostatnich latach, ale z drugiej strony to po prostu jest trochę dziennikarstwa i to wcale nie tak wysokich lotów. Jeśli komuś się wydaje, że Donald Trump jest normalnym, poważnym człowiekiem i kompetentnym politykiem, to zdecydowanie powinien ją przeczytać. Jeśli ktoś ma wrażenie, że jest ekstremalnie niekompetentnym przygłupem otoczonym bandą świrów i  złodziei to w sumie nie warto tracić czasu, bo niczego nowego się nie dowie.

Jest jeszcze jedna książka, która zmieniła politykę i świat w ten sam sposób. Tym razem obnażając krótkowzroczność i głupotę europejskich elit politycznych, zwłaszcza niemieckich.  Pokazują, że król jest nagi. I jest to książka znacznie, znacznie ważniejsza niż opowiastki Wolffa. Trump z nadętego bufona, który mógł robić wrażenie na mniej zorientowanych stał się po prostu pośmiewiskiem. I tak zostanie. Będzie tak samo głupi i niebezpieczny w swoim zdebileniu i nadal będzie prezydentem. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale jest pośmiewiskiem. Już nie tylko w lewicowej bańce, ale w głównej, zwykłej części społeczeństwa. Co oznacza, że każda kolejna rzecz którą zaproponuje nie będzie oceniana jako legitymowana polityka, tylko najpierw jako opowieści przygłupa, a dopiero potem, jeśli przez przypadek będzie mieć to sens, będzie wsparte przez ludzi i administrację. 

A wracając do niedawnej książki o Europie. Jest "Adults in the room" Yanisa Varoufakisa. Pełny (czy prawie) opis wydarzeń kiedy był ministrem finansów i tego co się działo za zwykle zamkniętymi drzwiami. Pozycja dla zdecydowanie bardziej wyrobionego czytelnika, ale zupełnie obowiązkowa, warto nawet zarywać noce, do czego i ja się przyznaję. Niezależnie od poglądów, podejścia, utożsamiania się z taką czy inną polityką, nigdzie nie można się dowiedzieć rzeczy, które opisał Vaoufakis. Ponieważ w te środowiska się wchodzi i nigdy nie wynosi żadnych informacji. Yanis to zrobił, polecam samemu dowiedzieć się dlaczego. Oczywiście w przypadku europejskich elit nie mamy nigdzie do czynienia z oczywistym przygłupem, albo przynajmniej jest to lepiej ukryte dzięki  stabilniejszym systemom politycznym. 

Ale mamy do czynienia z hipokryzją, wysokim poziomem nieodpowiedzialności i znęcania się nad słabszymi i w imię ochrony własnych drobnych interesików.  
W skrócie "król może nie jest nagi, ale jest zwykłą małostkową gnidą, a nie żadnym królem". 
W Europie nic się nie zmienia z dnia na dzień. Ale to było poruszenie lawiny. Która oczywiście może się jeszcze gdzieś zatrzymać, choć należy w to wątpić. Celem działań Varoufakisa jest uratowanie i reforma UE. Impakt jego działań na pewno będzie duży. Ale czy taki? Trudno powiedzieć. 
Na pewno można powiedzieć, że my, jako ludzkość, zachodni świata, widzimy koniec tego zjazdu w dół. Jeszcze się staczamy, ale widzimy, że kierunek trzeba zmienić i zaczynamy widzieć jak to powinniśmy zrobić. Czy zmiana kierunku nie skończy się katastrofą, to jest inne pytanie. 
Ale kompromitacja i zniknięcie obecnego systemu i układu władzy jest widoczne i bliskie. W USA wybory do Kongresu są w listopadzie. W Europie, we Francji tradycyjna klasa polityczna już wyleciała w powietrze, w Polsce właściwie też. Przecież prawie w dniu premiery książki Wolffa, w Polsce odbyło się głosowania nad obywatelskimi projektami zmian ustawy aborcyjnej. W którym opozycja parlamentarna przypomniała wszystkim dlaczego w kraju zdominowanym przez liberalne myślenie liberalne partie przegrały wybory. I dlaczego przegrają też następne. I że to wszystko pójdzie w zupełnie dobrą stronę, a na razie jest naprawdę śmiesznie. 

Na czym polegają problemy ekonomiczne świata?

Sytuacja na dziś jest tak naprawdę bardzo prosta. Firmy przynoszą zyski, ludzie się bogacą (a przynajmniej ich właściciele) i nie inwestują.

Poziom inwestycji jest żenujący. A olbrzymie pieniądze, które są, lądują na kontach i w spekulacji. Co oznacza parkowanie tych kapitałów w obligacjach skarbowych albo nieruchomościach.
Efekt jest widoczny dookoła świata. Zwyczajowe miejsca, gdzie można zainwestować kapitał i oczekiwać, ze zostanie on produktywnie wykorzystany już dawno takimi nie są. Są w najlepszym przypadku miejscem do zaparkowania, a zazwyczaj jedna wielką bańką spekulacyjna. Mieszkania, na które już nikogo nie stać, zwykłe podmiejskie działki, zabytkowe samochody i obrazy za zupełnie absurdalne ceny. Lokaty na 0% i mnóstwo innych takich rzeczy.
Kapitału jest mnóstwo, stoi i nic nie robi.
A z drugiej strony klasa średnia jest dookoła świata spychana do pracy w śmieciowych pracach, głównie usługowych. Popyt przemysłowy jest marny, prawdziwy rozwój kompletnie rachityczny. Dalej to przekłada się na brak eksportu kapitału do krajów trzeciego świata i kompletny brak produkcyjnych inwestycji tamże. Co przy jeszcze większej niechęci do inwestowania oznacza zupełny brak perspektyw dla większości społeczeństwa. I migracje.

Brak inwestycji oznacza brak solidnej ilości dobrych miejsc pracy. Jednocześnie parkowanie olbrzymich sum na rynku nieruchomości winduje ceny do chorych poziomów. W taki sposób klasa średnia jest zgniatana z dwóch stron.

Podstawowy problem to brak produktywnego wykorzystania kapitału. Ale kapitał nie chce tego robić, bo siła nabywcza masowego konsumenta znika zjadana przez koszty dachu nad głową i brak stabilizacji zawodowej.
To są dwie strony tego samego medalu. Wyjście jest przez inwestycje. Ale to też nie jest proste, bo istnieje podstawowy problem ogólnoświatowej niechęci do wydobycia i zużywania paliw kopalnych. A to są rzeczy, które od 200 lat przynoszą największe zyski. I nawet nie tyle o zyski chodzi, co o możliwość zmonopolizowania i gigantyczny próg wejścia z kapitałem. Dlatego oligarchia tego świata uwielbia inwestować w paliwa kopalne. Żaden drobny rzemieślnik nie mógł konkurować z właścicielami elektrowni. Do niedawna.
Dziś każdy może zamontować sobie panele fotowoltaiczne. Nie dla każdego, ale próg kapitału potrzebnego na elektrownie wiatrową też jest zupełnie inny, niż w tradycyjnej energetyce. Nawet przemysł samochodowy, bardzo zoligopolizowany i zamknięty, dzięki elektryfikacji staje się dostępny dla mniejszych graczy. To wszystko oczywiście dodaje niepewności i ogłupia tradycyjnych oligarchów (choć znaczące zwiększenie poziomu głupoty tej klasy społecznej chyba nie jest możliwe).

To jest jakieś jest rozwiązanie?
Jest i to tak naprawdę proste. Po prostu muszą zacząć znów działać mechanizmy transferu kapitału między kapitalistami i klasa robotniczą oraz pomiędzy państwami z permanentnymi nadwyżkami a tymi mającymi deficyty handlowe. Oraz trzeba ten kapitał wyładować ze spekulacji. Najlepiej w spokojny i kontrolowany sposób.

Jedno jest pewne- obecny system nie działa. Aby mógł działać potrzeba sensownego popytu. Aby to się mogło stać, potrzebne są inwestycje i/lub pobudzanie konsumpcji.

Jako, że oligarchia nie inwestuje, wysiłek inwestycyjny musi przejąć klasa średnia lub państwo. Klasa średnia na większą skalę nie jest w stanie tego zrobić, z powodu braku środków. I wystarczającego rozumienia problemu. Choć np. w Niemczech lat 2004- 2013 (i jeszcze częściowo do dziś) to klasa średnia inwestowała w nowoczesną energetykę, dzięki czemu uniknięto zalewu tego kapitału w produkcję bańki na nieruchomościach. A dziś przemysł korzysta z obłędnie taniej energii.

Mamy w tym wszystkim jeszcze jeden czynnik, czyli stan naszej jedynej planety, który według wszystkich rozsądnych kryteriów powinien całkowicie wykluczać jakikolwiek poważniejszy program inwestycji w wydobycie i zużycie paliw kopalnych.
Co nas sprowadza do konkluzji:
Potrzebny jest, na skalę światową i każdego państwa z osobna (tak jak i UE) program inwestycyjny, który po prostu rozwiąże sprawę  bezproduktywnego kapitału. I przy okazji może rozwiązać problem klimatyczny, bo czemu i nie?

To nie jest szczególnie odkrywcza myśl, ani nic specjalnie trudnego do wykonania. Za to jest to rzecz, która skrajnie mocno uderzyłaby w dzisiejsze interesy oligarchii kapitału. Paradoksalnie, gdyby to całe towarzystwo wyciągnęło zaskórniaki z kont i ruszyło naraz do sensownego inwestowania, to sami by też zarobili sporo więcej niż na trzymaniu londyńskich rezydencji.
Ale w obecnym nastroju inwestycyjnym mało kto widzi sens w jakiejkolwiek produktywnej działalności. W czym propaganda nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zdominowane przez punkt widzenia oligarchii media prezentują znakomite "inwestycje" w grunty, złoto, aż do zabytkowych samochodów. Z czego rosną już zupełnie absurdalne bańki, typu "zabytkowe" Syreny i FSO 1500 ze środkowych lat produkcji (bo rozumiem, ze PF 125 z 1968 ma swoje miejsce w muzeum, ale FSO 1500 z 1986?). Oraz jednocześnie jest dość starannie pomijana i lekceważona przez główne media każda rzecz, która może małym kosztem poprawić życie milionów, zmniejszyć zużycie paliw kopalnych i ulżyć klasie pracującej. Czyli np. powszechne wykorzystanie roweru jako środka transportu w mieście. To akurat wymaga tylko budowy infrastruktury, która jest zresztą obłędnie tania w porównaniu do tej przeznaczonej dla samochodów.

Tak samo rozwój energetyki słonecznej można sfinansować w całości oszczędnościami klasy średniej. A przynajmniej w solidnej części. Problem polega na tym, że każdy zainstalowany panelik fotowoltaiczny podgryza zyski oligarchii gazowo-węglowej. I tu mamy jeden z podstawowych konfliktów. Spada opłacalność produkcji elektryczności, paliw kopalnych, etc. Jednocześnie wielkie pieniądze lubiące się z wielką polityka usiłują to hamować, zmniejszać zyskowność, bronic status quo. Co się przekłada na pakowanie kapitału w spekulację, a nie inwestycje, bo inwestowanie w to co ma sens, zabije dzisiejszą wartość kapitału.
Co nas sprowadza do jednego z niewielu krajów, gdzie jest robione to co powinno być. Od załamania się dotychczasowego systemu w 2009 roku, Chiny przestawiły się na  inwestycje w wydajność energetyczną, czyli w energetykę odnawialną. Nikt nie poszedł za ich przykładem. Czego efektem jest to, że największa na świecie sieć szybkiej kolei jest... zgadnijcie gdzie. Największa na świecie ilość instalowanej energetyki słonecznej. Jest w tym samym kraju. Wiatrowej też. I produkcja baterii litowych także.  I produkcja pojazdów elektrycznych też. Oraz gigantyczny popyt wewnętrzny. Choć ze skłonnością chińczyków do oszczędzania- zdecydowanie za mały, aby utrzymać działająca gospodarkę.

Tyle, że w Chinach obecnie dominuje jest duma z postępów kraju i poczucie, ze jest liderem na froncie rewolucji energetycznej.

Tu możemy sobie zadać pytanie co zrobić, aby ten majtek zgromadzony przez oligarchię użyć inwestycyjnie. Wybór jest prosty. Albo namawiamy ogół kapitalistów do inwestowania, albo inwestuje państwo. A środki mogą pojawić się w budżecie tylko kosztem oligarchów, bo biedota i klasa średnia i tak jest  przyciśnięta do muru kosztami dachu nad głową i brakiem stabilizacji.
Czyli, bardzo brutalnie określając temat: droga szlachto: albo sama zechcesz zacząć zmieniać świat, albo my ten świat zmienimy za ciebie. Za wasze pieniądze, bo innych i tak nie ma.
Jedyny wybór jaki pozostaje to pytanie czy oligarchia sama wycofa pieniądze z tezauryzacji, czy zrobi to pod groźbą aparatu podatkowego czy też będzie się opierać aż do końca. Gdzie końcem dla wielu na przełomie 18 i 19 wieku był wynalazek doktora Giullotin. Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, ale szukanie sensu w stadnych zachowaniach klasy społecznej jest jeszcze bardziej bez sensu.

A po więcej i szczegóły zapraszam na Rewolucję Energetyczną, gdzie już jest tekst rozwijający ideę Green New Deal (to jedna z nazw takich propozycji, nie jestem pierwszym, ani ostatnim podrzucającym ten pomysł). 




O co chodzi z Krajową Radą Sądownictwa i asesorami?

Krajowa Rada Sądownictwa hurtem odrzuciła wnioski o nominacje na stanowiska sędziów. asesorów sądowych.
Opisując dokładnie procedurę, to sędziów mianuje prezydent na wniosek KRS. Ale KRS nie robi tego z własnej inicjatywy, osoba chcąca zostać sędzią wysyła swoją aplikację do KRS. 

Aby zostać sędzią w Polsce teoretycznie istnieją różne drogi, ale w praktyce jest tylko jedna. Było to kiedyś ukończenie aplikacji, dziś Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Następnie trzeba poczekać aż się zwolni stanowisko sędziowskie i zostać zatrudnionym jako asesor sądowy. W tej roli zasadniczo robi się to samo i tak samo jak mianowany sędzia, ale bez gwarancji nieusuwalności i niezawisłości. 

Wolność wyrokowania faktycznie ograniczają oceny okresowe, opinia patrona i wreszcie nominacja sędziowska lub jej brak. 

Stąd samo istnienie instytucji asesora sądowego w obecnym kształcie jest naprawdę poważnym wyłomem w niezawisłości sędziowskiej i tym bardziej naruszeniem gwarancji procesowych.
Przez to są oni relatywnie łatwym narzędziem korupcji sądowej. Jednakże ta korupcja nie ma postaci zwyczajnego kupowania wyroku. Jeśli coś takiego się w Polsce zdarza, jest to zupełny margines. 
Możliwość manipulowania wyrokami sądowymi jest tak, że w czasie wpływu do sadu istotnej sprawy, przewodniczący przydziela do niej właściwego sędziego. Często właśnie asesora. Który w razie potrzeby manipuluje przebiegiem procesu. Jednocześnie, jeśli mówimy o wyroku, którego oczekują z jakiś powodów sędziowie wyższych instancji, to zazwyczaj też ten wyrok się utrzyma w apelacji.

Czasem strony mające sporadyczne kontakty z sądami podejrzewają, że asesor to taki "niedouczony sędzia". Akurat te podejrzenia nie mają zwykle ani grama uzasadnienia, często jest wręcz przeciwnie. Problemem asesorów, nie żadnego konkretnego, tylko tego rozwiązania ustrojowego jest własnie brak gwarancji niezawisłości. 

Największy udział w tym ma oczywiście Krajowa Rada Sadownictwa, której wniosek o nominację (lub brak tego wniosku) wisi jak miecz nad głową każdego asesora. A wpływ na skład KRS mają w nieproporcjonalnie wielkim stopniu sędziowie sądów apelacyjnych. Czyli ci, którzy już wielokrotnie awansowali w tak działającym systemie.

W takich regulacja ustrojowych kilka dni temu Krajowa Rada Sądownictwa zebrała się, aby wysłać doroczną paczkę wniosków o nominacje sędziowskie do prezydenta mianować asesorów sądowych i co robi? Nie przyjmuje żadnego zgłoszenia. Odrzuca wszystkie. 
To jest oczywiście demonstracja polityczna, nikt rozsądny temu nie będzie zaprzeczać. Po prostu członkowie KRS protestują przeciwko czemuś, zapomnieli powiedzieć czemu dokładnie.  Być może przeciw reformie sądownictwa, której się własnie sprzeciwił prezydent. A być może go po prostu nie uznają. Czy coś.

Tak czy inaczej, z błahego powodu (bo żadnego wystarczająco jasnego nie ma) 250 osób nie będzie asesorami co najmniej o rok dłużej. 

Co oznacza o 250-sędzio-lat więcej osób bez gwarancji niezawisłości.

Ale przede wszystkim było jednym wielkim sygnałem ze strony towarzystwa sędziów apelacyjnych do startujących w zawodzie:
Możemy robić co chcemy i nikt nam nie podskoczy.

Te dwie rzeczy oznaczają jedno:
Ci ludzie są realnym zagrożeniem dla demokracji.

Bez przyzwoitej dyskusji publicznej nie można poprawić państwa. Nie można się nawet zdecydować jak poprawione państwo ma wyglądać. Do tego potrzeba przyzwoitych mediów i wielu innych rzeczy. Ale potrzeba również gwarancji niezależności sędziowskiej, bo i sądy mogą pełnić rolę w ograniczaniu wolności dyskusji publicznej. Co w 3 RP robiły zresztą wielokrotnie.

A dziś, przy pierwszej i relatywnie słabej próbie ograniczenia wszechwładzy sędziów apelacyjnych rozpoczyna się taki cyrk.
Cyrk, który uniemożliwia uzupełnienie "zasobu" mianowanych sędziów, czyli w swej istocie jest uderzeniem w fundamenty ustroju państwa. Jednorazowo niezbyt silnym, ale jeśli to ma być kontynuowane to jest bardzo źle.
Złe jest również jeśli nie będzie kontyuowane, ale pozostanie jako precedens.

Moja konkluzja jest jedna- tych ludzi należy natychmiast odsunąć od jakiegokolwiek wpływu na władzę i stanowczo potępić. Nie w TVP Info czy innej gadzinówce, tylko po prostu powinni spotkać się ze społecznym potępieniem. Bo ta sprawa jest znacznie, znacznie groźniejsza niż się to na pierwszy rzut oka może wydawać.

I jest po prostu groźna dla stabilności Rzeczypospolitej. Bardzo ładnie by było, gdyby ustalono kto pierwszy wpadł na taki pomysł, ale skoro znalazła się większość sędziów w radzie która go poparła, to myślę, że nie ma co żałować kogokolwiek z tego towarzystwa.

A zmieniając nieco temat- ja, gdybym miał reformować sądownictwo, to bym po prostu odesłał w stan spoczynku, natychmiast, wszystkich sędziów sądów apelacyjnych i pełniących funkcje (przewodniczących wydziałów, kierowników szkoleń, etc.) w sądach okręgowych. Następnie wystarczy przez jakiś czas pomijać przy awansach sędziów, którzy kiedykolwiek byli funkcyjnymi lub odbywali aplikację lub asesurę w sądach okręgowych.

Te wszystkie grupy razem to pewnie z 3-5% ogółu sędziów i jakieś 90% problemów (przynajmniej tych problemów, które nie wynikają bezpośrednio z braku pieniędzy) Choć po usunięciu tego towarzystwa może się okazać, że i pieniądze są, tylko dotychczas znikały gdzie indziej.
Reszta sędziów to w większości przyzwoici, ciężko pracujący ludzie, którzy za niezbyt duże pieniądze pracują często po 60-80 godzin tygodniowo, często latami bez prawdziwego urlopu.

Oraz druga rzecz- wprowadzić zasadę "jeden sędzia- jeden głos" w wyborach do KRS. Szybko się zmieni na lepsze, gwarantuję. Nie trzeba tych wyborów oddawać politykom, nie potrzeba mieszać nadmiernie. Wystarczy pozbawić przywilejów drobną mniejszość jaką są sędziowie apelacyjni. Kiedy KRS zostanie wybrana przez tych ludzi, którzy naprawdę wykonują codzienną harówę w wymiarze sprawiedliwości, to oni na pewno nie wybiorą ludzi, którzy prosto z PZPR przeszli do upokarzania aplikantów. 

I mam najszczerszą nadzieje, że prezydenckie reformy będą szły w tę stronę.




Hiszpania i po Hiszpanii

Dawno temu napisałem post, w którym twierdziłem, że Hiszpania jest zbyt niespójnym wewnętrznie krajem, a relacje ekonomiczne pomiędzy regionami są zbyt patologiczne, aby ten kraj mógł na dłuższą metę zachować spójność.

W niedzielę 1.10.2017 zobaczyliśmy ważny, a jak sądzę, kluczowy akt tego procesu.

Jak wiadomo, władze Katalonii rozpisały referendum w sprawie niepodległości.

Pytanie jest jedno: czy chcesz aby Katalonia stała się niepodległym państwem o ustroju republiki?

Dla uporządkowania podstawowych faktów- tak, władze Katalonii nie mają umocowania aby rozpisać w takiej spawie referendum. Dotyczy ono ogólnohiszpańskiej kwestii konstytucyjnej i jako takie powinno być rozpisane za zgodą rządu centralnego.
Sprawa trafiła do hiszpańskiego sądu najwyższego i jak najbardziej podzielił on to stanowisko. 

To jednak zupełnie zraziło organizatorów, postanowili przeprowadzić referendum pomimo tego. rząd hiszpański zareagował bardzo agresywnie. Madryt przejął kontrole na katalońska policją, wysłał państwową policję i Guardia Civil. 
W Katalonii niekoniecznie dominowały nastroje za niepodległością, ale na pewno były i są bardzo powszechne nastroje republikańskie, czyli przekonanie o wadze głosu ludu. Opór Madrytu przeciw referendum po prostu dolewał oliwy do ognia. 
Zatrzymania lokalnych polityków (ponad 700!), przejęcie kontroli na lokalną policją i inne takie działania zjednoczyły sporą część społeczeństwa w idei przeprowadzenia referendum

W samym dniu głosowania siły porządkowe kontrolowane przez Madryt po prostu próbowały zatrzymać głosowanie, zamykając lokale, konfiskując karty i urny. 
I tu zdarzyła się rzecz najważniejsza- przysłane siły porządkowe były w stanie zamknąć mniej niż 100 lokali wyborczych. Katalońska policja wykonująca rozkazy Madrytu to dokonała jeszcze w nieco ponad dwustu lokalach. Co oznacza, że łącznie uniemożliwiono głosowanie w około 10% lokali. Zresztą nadal dwie strony podają różne liczby.

Ale nie to jest istotne. tak naprawdę istotne jest to, że Madryt próbował powstrzymać referendum siłą i żałośnie przegrał. 
Z punktu widzenia zwyczajnych negocjacji- nie chcieli rozmawiać, postawili sprawę na poziomie konfrontacji siłowej i przegrali. Obraz brutalności hiszpańskiej policji pozostanie tam na pokolenia. Ponad 700 rannych to nie są przelewki, zwłaszcza w starciu z pacyfistycznie nastawionymi zgromadzeniami. Punkty wyborcze były chronione przez ciągniki okolicznych rolników i straż pożarną. To była po prostu całkowita klęska Madrytu. Następnym krokiem może być tylko ostra amunicja. To się wydaje dziś nierealne, ale tak naprawdę rząd Rajoya nie ma zbyt wielu opcji. Raczej bym się założył, ze do tego nie dojdzie, ale nie jestem w stanie wykluczyć czegoś na kształt stanu wojennego w Kataloni.
Pole manewru rządu w Madrycie jest drastycznie zawężone. Sprowadza się ono tak naprawdę do rozmów z Katalonią i udzielenia jakiś koncesji za pozostanie w ramach jednego państwa, rozwiązania siłowego lub gry na przeczekanie, która się po prostu skończy niepodległością w taki lub inny sposób.
To jest koniec Hiszpanii. Po prostu. Zupełnie nie widzę możliwości utrzymania tego kraju w obecnym kształcie.
Rozwinięcia wymaga kwestia "jakiś koncesji w negocjacjach". Minimum akceptowalnym w Katalonii jeszcze przed referendum był status zbliżony do tego jaki ma Kraj Basków. Co oznaczałoby przyznanie językowi katalońskiemu statusu języka urzędowego. To jest drobiazg, który jednak pogrobowcom Franco z Partido Popular nie mógłby przejść przez gardło.

Franco był kastylijskim szowinistą i w ramach swojej wizji kraju starał się wykorzenić wszystkie inne języki i kultury w Hiszpanii. Dopóki rządził on i jego pogrobowcy, trwał właściwie stan wojny z Baskami. Ta wojna została zakończona. Ale mało kto sobie zdaje sprawę, że zakończyła się właściwie całkowitym zwycięstwem ETA. Tak, Hiszpania ją przegrała. 
Autonomia Kraju Basków jest taka, że lokalnym elitom władza Madrytu nie przeszkadza, bo zasadniczo jej nie ma. Przede wszystkim całość podatków jest zbierana przez rząd lokalny, a do wspólnego skarbu jest opłacana składka zależna od potrzeb w zakresie bardzo wąsko pojętych spraw wspólnych- dyplomacji, kosztów utrzymania władz centralnych i obronności. Co więcej, zakres i sposób opodatkowania uchwalają w całości władze lokalne, choć w przypadku VAT jest on oczywiście mocno zsynchronizowany. Cła stanowią przecież dochód UE, więc suwerenność Hiszpanii nad Krajem Basków jest w dużej części symboliczna. 
Taki status byłby całkowicie do przyjęcia dla katalońskich elit. Problem polega na tym, że bez pieniędzy z Katalonii centralny rząd Hiszpanii jest natychmiastowym bankrutem. 
Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, jeszcze nie wiem co się wydarzy po otwarciu giełd z hiszpańskimi obligacjami. Choć nie spodziewam się niczego przyjemnego dla rządu w Madrycie.

Tak czy inaczej- walka o rząd dusz jest przegrana. Niepodległość będzie, raczej wcześniej niż później. Może być, tak jak w przypadku Basków prawie kompletna, ale nie formalna. A może zostać po prostu jednostronnie ogłoszona w tym tygodniu. 
Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości- Katalonia jest jednym z najbogatszych regionów Europy. Hiszpania jest krajem, który po kryzysie stopniowo pogrąża się w coraz głębszej korupcji, gospodarkę zaczynają niszczyć zmiany klimatyczne, a rząd pozbawiony demokratycznej legitymacji nie ma żadnej koncepcji sprawnego rządzenia krajem.
Na to nakładamy pozostałe regiony Hiszpanii, które, jeśli odejmiemy Madryt, to mogą konkurować zamożnością z południowymi Włochami lub postkomunistyczną częścią UE. A Madryt żyje z podatków całego kraju. 
Efektywnie- z Katalonii. 
Stąd rząd Rajoya ma za plecami przepaść. To jest piękny obraz greckiej tragedii. Ale nikt nie jest tu winien bardziej niż tradycyjne madryckie elity. Partido Popular i PSOE, dwie tradycyjne partie bardzo starały się obrzydzić do siebie wszystkich Hiszpanów i jednocześnie nie dopuścić do żadnej roli politycznej nowych socjalistów z Podemos. Teraz przyszedł rachunek za to, którey Rajoy bedzie staranie ignorował. Az do końca. Jeszcze nie wiemy jakiego.
Ale każde z trzech możliwych teraz rozwiązań: porozumienie w stylu baskijskim, niepodległość lub interwencja wojskowa na pewno spowoduje jedną rzecz- gwałtowny spadek dochodów podatkowych Madrytu. 
Co dalej nakręci spiralę żądań innych separatystów: Galicji, może jeszcze jakiś? 
Tak czy inaczej- to jest początek końca. Może Hiszpania przetrwa jako kraj w obecnych granicach z faktycznie niepodległą Katalonią, a może nie. Ale od dziś nie jest spójnym krajem, tylko takim, w którym prawie 1/4 populacji kontrolująca połowę ekonomii uznaje władze centralne za brutalnych uzurpatorów. To się nie może skończyć happy endem

Zemsta naszej planety

Muszę przyznać, że ostatni zestaw katastrof klimatycznych prawie mi się podoba. Prawie robi sporą różnicę, bo nie czuję żadnej niechęci wobec ludzi których nie znam (a tym bardziej kilku osób które akurat znam na trasie Irmy). 
Ale Kiedy mówimy o miastach, które dotknęły w ciągu ostatnich kilkunastu dni pożary, powodzie i huragany to nawet mam jakby wrażenie istnienia wyższej sprawiedliwości. Choć zaraz sobie przypominam o istnieniu firm ubezpieczeniowych i już nie jestem tego tak pewien.

O jakich katastrofach mówimy?
Ta, o której już wszyscy wiedza, to zalanie Houston. W światowych mediach mniej przebiła się informacja. że znacznie bardziej zniszczone zostało miasto Beaumont. Gdzie znajduje się jeden z największych światowych ośrodków rafinacji ropy. W Houston są siedziby firm naftowych, urzędnicy oraz główny światowy ośrodek technologii wydobycia i rafinacji ropy z dziesiątkami tysięcy firm i firemek próbujących tę technologię ulepszyć.  
Co jest ciekawe i istotne, model biznesowy dla ulepszania technologii i prosperity całej branży technologicznej jest znacznie mocniejszy w czasach rządów Demokratów i prawie całkowicie rozmontowywany przy rządach Republikanów. 
Otóż wprowadzanie i egzekwowanie norm zanieczyszczeń wymusza inwestycje, których dokonują wielkie firmy, a zarabiają zwykle te mniejsze. To z jednej strony. Z drugiej napływ państwowych pieniędzy jest zwykle kierowany bardziej w stronę mniejszych i bardziej technologicznych firm. Republikańskie rządy robią to co zawsze, czyli każde pieniądze które można znaleźć, czy to w budżecie, czy w kieszeni obywateli czy w zwyczajnej destrukcji środowiska są po prostu transferowane do akcjonariuszy wielkich firm oraz czyli członków zarządów. BTW- podział jest bardzo prostu- firmy należące do oligarchów płacą prezesom zupełnie normalne pieniądze, firmy należące do klasy średniej poprzez fundusze emerytalne czy inne są zwyczajnie okradane przez obłędne wynagrodzenia zarządów. Oczywiście to właśnie ta ostatnia część najbardziej zyskuje na republikańskich reformach. I nie mówię tu o żadnym konkretnym prezydencie, bo tak jest za każdym razem co najmniej od końca pierwszej wojny światowej.
Czyli udziałowcy i prezesi Wielkiej Nafty mają się dobrze, ale biznes dookoła już nie działał najlepiej, a teraz został zdemolowany. Tak samo jak petrochemie w Beaumont. I właściwie całe to miasto. Raczej biedne zresztą. Ludzi szkoda, oni i tak niewiele mieli. Rozsądnie zrobią, jeśli stamtąd wyjadą i nie wrócą, bo huragan wróci na pewno. 
Co, miejmy nadzieję, świetnie pogorszy możliwości odbudowy i dalszego działania przemysłu naftowego. Ludzie wyjadą, zmienią pracę i zaczną żyć lepiej.
Mogą wyjechać na przykład do Kalifornii. I zostać na przykład monterami instalacji fotowoltaicznych, ta jest praca lepiej płatna niż w rafineriach. 
W Kalifornii nie ma huraganów, nawet trąby powietrzne występują dość rzadko. To co jest widać na poniższym zdjęciu. Tak wyglądała północna część Los Angeles kilka dni temu:

Relatywnie blisko (jak na rozmiary LA) od Holywood. Czyli kolejnego ośrodka biznesu, tym razem przekonywującego przez lata i to całkiem skutecznie o tym jakie to fajne i zabawne jest spalanie paliw kopalnych. Ekstremalnym przykładem tego była kariera pewnego aktora, który w nagrodę za bycie kapustą dostał robotę pilnowania aktorów, żeby za bardzo nie marudzili przy robocie dla korporacji. Następnie zatrudniony przez największego  na świecie producenta turbin do samolotów i elektrowni do wygłaszania pogadanek. Był w tym na tyle dobry, że potem cała oligarchia się zrzuciła i zatrudniła go jako prezydenta. Już nie żyje, ale dziedzictwo zostało. Nie tylko udało mu się zniszczyć na dziesięciolecia przemysł energii odnawialnej w USA i dopilnować, aby nie było prawie żadnych hamulców dla trucia przez korporacje, ale i wcześniej znacząco wspomóc stworzenie w Holywood systemu propagandy w wyłącznej służbie czołowych trucicieli.
Więc Holywood i okolic też mi nie żal. Jeśli ceny nieruchomości tam spadną, nawet tylko w stosunku do reszty LA to bedzie oznaczało, ze propagandyści relatywnie zbiednieją a zawód stanie się nieco mniej atrakcyjny, czyli nie będzie przyciągać tylu zdolnych ludzi.  Same zyski.

A kolejnym miejscem, gdzie dopiero się zbliża kataklizm w momencie w którym to piszę, jest Miami. Miasto z ładną plażą i dokumentnie niczym innym. Poza tym zostało zbudowane na bagnach, które to bagna miały niezwykle ważną rolę ekologiczną do spełnienia. Ale były tanie i była ładna plaża, więc stanowiło to świetny interes dla spekulantów gruntami i deweloperów. Tyle, że kiedy bagna zostały osuszone i wybetonowane, to już nic nie trzyma tego gruntu nad powierzchnią wody. I to wiedział i wie każdy rozsądny człowiek. Nierozsądni dali się nabrać, a cwaniaki wyniosły się z forsa. Głupie cwaniaki zainwestowały forsę w to samo miejsce, jeszcze głupsze cwaniaki weszły późno z pieniędzmi i kupiły za chore kwoty nadbrzeżne nieruchomości wtedy, gdy juz każdy wiedział o podnoszeniu poziomu morza i potężniejszych sztormach. Spowodowanych przez produkty z General Electric oraz z Houston, sprzedawanych przez propagandzistów z Holywood.
Pozostaje wziąć paczkę chipów i trzymać kciuki za to, aby Irma nie zabrała ze sobą żadnych ludzi, ale bardzo chętnie bym zobaczył jak zabiera nie tylko budynki, ale i całą mierzeję na której jest Mar-o-Lago. Kolejny głupi cwaniaczek byłby odseparowany od swojej forsy. Nie on pierwszy i nie ostatni. 
A jeśli nie teraz, to sezon huraganów jeszcze chwile potrwa. A potem będzie  następny. I następny. A za każdym razem coraz cieplejszy ocean dostarczy coraz więcej pary wodnej i energii do napędu huraganów. Aż bagna wrócą na swoje miejsce a Florydzie. Albo w ogóle ocean  to zabierze.