Po wyborach europejskich

Ostatnie wybory do Parlamentu Europejskiego były bardzo, bardzo ważne. Z czego na zachód od Łaby zdawało sobie sprawę wiele osób, a na wschód od tej rzeki chyba nikt tego nie zauważył.

Wydarzyło się na raz kilka niesamowicie ważnych rzeczy. Tak ważnych i w pewnym sensie rozdzielnych, że aż trudno je opisać.

Zacznijmy więc od historii. Parlament Europejski wymusza działanie poprzez frakcje, które musza składać się z  posłów kilku państw. Mamy więc politykę partyjną, ale na szczeblu europejskim. realnie rzecz biorąc, aby się liczyć w czymkolwiek, potrzeba współpracować z kolegami z wielu krajów. I ta współpraca, skoro nie opiera się na tożsamości kraju czy kultury, siłą rzeczy musi opierać się na ideologii. I dokładnie to mieli zamiar uzyskać autorzy tego rozwiązania, aby powstały, przynajmniej w PE ogólnoeuropejskie partie polityczne. 
Co czasem prowadzi do zabawnych sytuacji, ja ta, że w danym kraju są dwie partie o tożsamej ideologii, które nawzajem się najszczerzej nie znoszą, ale "pasują" tylko do jednej frakcji. Tak jak w Polsce, gdzie są dwie partie prawicowe, ale to PO się pierwsza zapisała do chadeków. PiS w odpowiedzi założył własną frakcję z brytyjską Partią Konserwatywną, której już chyba nikt nie traktuje poważnie, czego efekt jest oczywisty- ich traktuje się tak samo, pomimo tego że to normalna prawicowa partia jakich w Europie wiele.

Tylko ten cały podział na frakcje był przez dziesięciolecia prawie fikcją, to znaczy istniał, ale nie było tam żadnego konfliktu politycznego, żadnej możliwości walki. Aż do tegorocznych wyborów.
Dlaczego? Otóż od początku, projekt europejski opierał się na konsensusie między socjalistami i chadekami. I taka koalicja powstała w PE. Koalicja która obejmowała dwie największe partie w większości krajów. Po prostu nie pozostawiono żadnego miejsca na dyskusję polityczną, bo wszystko załatwiano wewnątrz koalicji. Przez 40 lat. Do teraz. Implozja zarówno socjalistów jak też chadeków w większej części zachodniej Europy spowodowała to samo w PE, czyli koalicja nie ma większości. Trzeba stworzyć nową. 

To była stawka tych wyborów. Pierwszy raz od wyborów rzymskich konsulów (dopóki coś znaczyli) demokratycznie można było zadecydować o tym kto będzie mieć wpływ na władze tak wielkiej części Europy. 

To spowodowało następną rzecz: wybory przestały być czymś w stylu rozbudowanego badania opinii publicznej/rozgrzewką przed "prawdziwymi" wyborami krajowymi. Stały się prawdziwymi wyborami, w których obywatele decydowali o przyszłości Unii. I w związku z tym, że nie ma żadnej opcji głosowania na konkretny skład władzy wykonawczej, nastąpił bardzo ładny i dokładny podział ze względu na program. Czyli stało się dokładnie to co było celem powstania Parlamentu Europejskiego- powstały ogólnoeuropejskie bloki polityczne. Jeszcze nie wspólne partie, ale grupy partii połączonych programem i ideologią. Co zapewne jeszcze bardziej zaszkodziło głównym partiom, bo one są siłą rzeczy szerokimi porozumieniami o niezbyt wyraźnych liniach programowych. 

I taka była realna stawka tych wyborów- konkurencja między trzema blokami partii z całej Europy o kierunek działania i przyszłą wizję Unii. Oczywiście najbardziej nie o to która z nich będzie samodzielnie rządzić, ale która wejdzie do koalicji z jedną lub obiema tradycyjnymi partiami. Tak, partii i bloków było więcej, ale tylko trzy mają znaczenie.

I przy tej okazji warto obalić mit, że PE nie ma nic do powiedzenia w sprawie składu władzy wykonawczej. Otóż ma. Faktycznie jest tak, że parlament zatwierdza pełen skład Komisji, czyli efektywnie powołuje rząd. I może go odwołać. Więc to koalicja decyduje kto się w tym rządzie znajdzie i jaki będzie jego program. Oczywiście nie do końca, bo jeszcze jest kwestia państw członkowskich, itd., ale to naprawdę jest w miarę poważny parlament.

Było to ogólnoeuropejskie głosowanie w sprawie udziału we władzy UE, ale paradoksalnie, katalizatorem wspólnej europejskiej świadomości była grupa partii nie mających szans na udział w tej władzy, a nawet deklarujących brak zainteresowania. Po prostu pierwszym porozumieniem ze wspólnych programem była międzynarodówka prorosyjskich faszystów. Oni zaczęli pierwsi ze sobą znakomicie współpracować, występować pod wspólnym programem i też jednoczyć podobne siły w swoich krajach. Tak powstały i wyrosły AfD, Zjednoczenie Narodowe, Nowy Świt w Grecji, a w Polsce korwiniści przytulili innych i powstała Konfederacja. Mechanizm był ten sam w całej Europie, program ten sam i całkiem dobra współpraca pomiędzy tymi partiami. Czyli było to pierwsze prawdziwie ogólnoeuropejskie porozumienie. Być może wspólne źródełka finansowania w tym pomogły, ale sam pieniądze sprawy by nie załatwiły. Międzynarodówka faszystowska była pierwszą faktycznie ogólnoeuropejską partią. 

To stało się katalizatorem dla dyskusji i poszukiwania wspólnego europejskiego programu przez inne bloki.
I potrafiły pokazać go dwa. Pierwszym były partie liberalne, które startowały w każdym kraju z praktycznie tym samym komunikatem: bezwzględnej akceptacji idei integracji i zamiaru jej pogłębiania. Oczywiście z przykryciem innych elementów programu, bo liberalizm w ostatnich czasach jest już kompletnym przeżytkiem. Ale te partie odniosły spory sukces. Szczególnie w UK, ale też we Francji (formalnie jeszcze nie należąca grupa Macrona), Holandii i paru innych krajach. 

Następną grupą były partie Zielonych. W tym przypadku była to znów spójna agenda, oczywista współpraca i wspólny przekaz dookoła Europy. Co istotne, jest jeszcze w tym wizja UE jako organizacji poprawiającej poziom życia mieszkańców oraz aktywnie i serio przeciwdziałającej katastrofie klimatycznej. Pierwsza potęga przemysłowa i ekonomiczna świata, jaką jest UE może i powinna być w tym zakresie być światowym przywództwem. Taka jest przynajmniej wizja. 

A teraz kolejny aspekt sprawy- kto wygrał, kto przegrał?

Przegrała na pewno chadecja, w sporej części też socjaliści. To było wiadome i się sprawdziło. Przegrali też faszyści, z wyjątkiem Faraga. Co oznacza, że prorosyjska międzynarodówka faszystowska nie tylko nie uzyskała wystarczającego wpływu w parlamencie aby sabotować jego prace, ale też spadła ich legitymacja wyborcza. Do niedawna można było się spodziewać wzrostów ich popularności, dziś można raczej podejrzewać, że szczyt już nastąpił i dalej będzie tylko droga w dół, z powrotem do nory. Czyli w sumie działalność FSB przy pomocy Korwinów, AfD i Le Penów obróciła się w dokładną odwrotność- nic nie zyskali, za to pomogli w powstaniu wspólnych europejskich ugrupowań i odkurzeniu idei wspólnej Europy. I co więcej, najważniejsze skutki polityczne jakie wynikły z tej współpracy to zamiar pogłębiania integracji (liberałowie) i jak najszybszej eliminacji używania paliw kopalnych (zieloni). 
Śmiało można powiedzieć, że ta idea międzynarodówki faszystowskiej była dla Kremla jednym z większych fakapów w historii. Kosztem użycia i skompromitowania dużej części agentury, zainwestowania całkiem poważnej kasy i wieloletniej działalności jedyne co uzyskali to parę głosów w PE, które łatwo zmarginalizować i nic więcej. Oczywiście wyniki w poszczególnych krajach to inna sprawa, ale też szczyt już raczej przeszedł i to bez dużych sukcesów. 

To nas prowadzi do zupełnie zasadniczego pytania- czy tak naprawę coś się zmieni? Tu odpowiedź zależy od tego, jaka będzie nowa koalicja. A właściwie czy centroprawica pozostanie hegemonem. Wypada tu przypomnieć, że od czasu powstania Unii Europejskiej wszyscy (oprócz jednego chwilowego p.o.) przewodniczący Komisji wywodzili się z Europejskiej Partii Ludowej, czyli centroprawicy.  I od czasu kryzysu 2009 nie potrafili znaleźć sensownego rozwiązania i wizji przyszłości, jak cała centroprawica.

Końcowych wyników jeszcze nie ma, tak jak ostatecznych deklaracji o przynależności do frakcji poszczególnych partii, ale na podstawie tego co wiemy, możemy pospekulować jakie koalicje są możliwe. 

Zacznę od sprawy polskiej. Nie ma ona żadnego znaczenia. PO (czy jak to się tam teraz nazywa) jest w EPP, czyli chadekach i tam dostarcza głosów, bo przecież nie kapitału intelektualnego. PiS sam się wykluczył z polityki europejskiej tworząc frakcję z brytyjska Partia Konserwatywną. Normalnie geniusze.
W tym kontekście przekroczenie lub nie progu przez Konfederację by także nie miało znaczenia, bo jako partia antyeuropejska i poza możliwościami koalicyjnymi, odbierają głosy innej takiej samej (PiS) lub takiej, gdzie i tak mandatów nie brakuje (PO). Za to, jeśli Wiosna przystąpi do liberałów, to będzie mieć znaczenie, być może kluczowe dla układu władzy. To samo by było gdyby dostało się Razem, tyle że w innej frakcji.

Możliwe koalicje to: przedłużenie obecnej, czyli wielka koalicja (chadecy + socjaliści) z kimś na doczepkę. Ten ktoś to mogą być liberałowie lub zieloni. To są dwie możliwe koalicje. Bym powiedział, że pierwsza, czyli chadecy, socjaliści i liberałowie jest bardzo prawdopodobna, i byłaby to koalicja kontynuacji. Czyli niczego ciekawego, a wręcz kursu na rozpad UE. I liberałowie powinni być temu przeciwni, a jeśli uznać opinię Macrona za miarodajną, to już są. Grupa Macrona formalnie nie należy do liberałów, bo ich nie było w poprzednim parlamencie, ale się tam znajdą. I Macron wprost sprzeciwił się Merkel i propozycji przedłużenia kadencji Junkera. Co powinniśmy wszyscy chwalić. 
Chadecy i zieloni razem wyglądają jeszcze mniej prawdopodobnie. A zapewne i socjaliści mają dość współpracy z prawicą. Każdy by miał. 

Następna możliwość to chadecy z faszystami. Dość przerażające, ale możliwe. Teoretycznie, bo musieliby jeszcze wziąć kogoś na doczepkę. A w takim zestawie raczej nikt się nie pojawi. 

Więc zostaje koalicja bez prawicy. Co oznacza cztery frakcje: socjalistów, zielonych, liberałów i tzw. nordycką lewicę, czyli np. hiszpańskie Podemos i tam pewnie by się znalazło Razem. Ta koalicja na dziś ma nieco ponad większość mandatów i uważam ją za bardzo prawdopodobną. O ile... Jest to też relatywnie najgroźniejsza dla oligarchii koalicja. Nie bardzo groźna, w końcu największą jej częścią będą tradycyjne partie, ale prawie gwarantująca wyraźny skręt Unii w stronę równości oraz ochrony środowiska i klimatu. Wielu oligarchów ma sporo przeciw takiej polityce. W tym cała Rosja. 

To by była słaba koalicja z niewielką większością i pchana w stronę radykalnej polityki. Przepis na katastrofę.

Więc gdybym miał stawiać w kasynie to bym powiedział, że powstanie taka koalicja czterech, ale się nie utrzyma, i gdzieś w połowie kadencji będzie drobny przewrót, chadecy dogadają się z faszystami, być może liberałami albo jakimiś rozłamowcami i powstanie nowa koalicja, tym razem przyjazna węglowym i naftowym oligarchom. Ale tu zobaczymy.



Katastrofy B737 max i co z nich wynika

Niedawno wydarzyły się dwie tragedie lotnicze. Rozbiły się kolejno dwa samoloty 737 MAX, najpierw indonezyjski, następnie etiopski. Zupełnie rutynowo na katastrofę indonezyjskiego samolotu świat zareagował wzruszeniem ramion i na tym by się skończyło, gdyby nie kolejna, tym razem państwowych etiopskich linii lotniczych. Indonezyjskie miały w ostatnich latach sporo pecha, ale i nie słyną z najlepszego szkolenia i zarządzania. Etiopia to jest inna kategoria (naprawdę!) i tu sytuacja natychmiast eskalowała do pełnoskalowego kryzysu. Zakazy lotów dookoła świata, na początku z wyjątkiem USA, potem Federal Aviation Agency po prostu zignorowała prezydenta i też zakazała lotów. Oraz zawiesiła certyfikat typu dla tej wersji. I to właśnie jest centrum całej sprawy.  

Certyfikat oraz "wersja".

Otóż handlowe statki powietrzne muszą być po pierwsze zarejestrowane (co za zaskoczenie) a w tym celu musza przedstawić dowód że są bezpieczne, czyli certyfikat. Po drugie zaś musza operować z załogą przeszkoloną do obsługi tego konkretnego typu pojazdu. Co jest zupełnie oczywiste, bo każdy model samolotu czy helikoptera zachowuje się inaczej, a w krytycznej sytuacji w powietrzu nie ma czasu na dywagacje, trzeba działać tak, aby rozwiązać problem. A w tym celu najpierw trzeba znać maszynę. 
Te wymogi są zupełnie logiczne i tak samo logiczne jest to, że różne wersje tego samego samolotu, mogą mieć ten sam certyfikat dopuszczenia do lotów i pilotów bez dodatkowego szkolenia. W końcu co za różnica, czy samolot ma mniej czy więcej miejsc pasażerskich albo jest tylko towarowy jeśli się w locie zachowuje tak samo, nieprawdaż?
W ten sposób zbudowano rodzinę A32x, obejmując samoloty od kilkudziesięciu miejsc i regionalnego zasięgu do ponad dwustu i międzykontynentalnych. Airbusy zaprojektowano dokładnie do konkurowania z Boeingem 737, który w czasie premiery A320 był sprzedawany od 20 lat. 

I przede wszystkim, w przeciwieństwie do 737 zaprojektowano je już po kryzysie naftowym. Co oznaczało, że przewidziano w konstrukcji możliwość montażu silników o dużo większej średnicy. Z prostego powodu, że w miarę wzrostu sprawności rośnie też średnica silników. Albo w miarę wzrostu średnicy- sprawność. Aż do optymalnej średnicy ok. 4 metrów. Której jeszcze nie osiągnięto i również A32x nie jest w stanie osiągnąć. 
Ale problem polega na tym, że do B737 już nie dało się zamontować dzisiejszej generacji silników. Wobec czego zamontowano je w innym miejscu, zmieniając w ten sposób zachowanie samolotu. Czyli faktycznie stworzono nowy model. Jednocześnie awionikę uzupełniono elektroniką mającą symulować stary model. I nie informowano o tym ani klientów ani pilotów. Linie lotnicze oczywiście nie chciały o tym wiedzieć, bo musiałby przyznać, że coś jest nie tak. Ale piloci chcieli i nawet przez związki zawodowe domagali się tego od Boeinga. Który ich z grubsza rzecz biorąc olał.
Cóż, ja się przyznam, że od pewnego czasu prawie nie jem mięsa, dlatego że zwyczajnie przestało mi smakować. Oczywiście obfitość doskonałej wołowiny dookoła powoduje, że kiedy się pojawiają jacyś goście z biednych krajów to należy im to pokazać i też skorzystać. O tym wspominam, bo ja się nie nadaję, ale gdyby był tu jakiś wegetarianin motywowany po prostu troską o planetę, to bym polecał zmianę diety: raz na jakiś czas po prostu zjeść jakiegoś prezesa wielkiej korpo. Świat byłby od tego lepszy. Znacznie lepszy niż przy samym zaprzestaniu jedzenia mięsa. 

Na przykład, gdyby ktoś zjadł prezesa Boeinga kilka lat temu to może kilkuset ludzi nadal by żyło. A tak amerykańscy podatnicy poniosą koszty procesu karnego i dożywotniego trzymania takiego typa za kratami. Oczywiście żartuję, żadnego postępowania nie będzie, a jeśli nawet to skończy się drobną grzywną. 

W tym wszystkim pada oczywiste pytanie: gdzie był nadzór? Przecież cały proces projektowania samolotu był nadzorowany przez FAA (Federal Aviation Agency) i jej urzędnicy sprawdzali wszystkie rzeczy mające wpływ na bezpieczeństwo. Ta.. sprawdzali. Dzięĸi cieciom budżetowym ta agencja po prostu nie ma kompetencji do wszechstronnego nadzoru i faktycznie przystawiała pieczątki na pomysłach Boeinga licząc na odpowiedzialność firmy. Co oznacza, że dziś i FAA ma problem z wiarygodnością.
I takim klimacie, po drugiej katastrofie B737 MAX, kiedy cały świat zakazywał lotów lego samolotu, prezes Boienga zadzwonił do Prezydenta USA i prosił o nie zawieszanie certyfikatu w USA. Jeden idiota prosił, drugi się zgodził. Co znakomicie poparło tezę o braku niezależności administracji od biznesu i dalej podkopało wiarę w FAA. I tak następnego dnia FAA zignorowała prezydenta i zawiesiła certyfikat. Ale mleko się rozlało. 

Na dziś Boeing pewnie dostanie kwity od FAA. Pytanie jak bardzo zostaną one uznane za wiarygodnie. Ale linie lotnicze już, jeśli mają wybór, to wymieniają sprzęt na Airbusy. W lotnictwie wszystko dzieje się bardzo powoli, ale jak już trend się rozpocznie, to zwykle jest nie do zatrzymania.

Cały czas tu krążymy wokół jednego, zasadniczego faktu: projektowanie samolotów jest obłędnie drogie. Co oznacza, że aby cały ten biznes miał jakikolwiek sens, sprzedaż musi być odpowiednio duża. Konsekwencją tego jest to, że im większa skala produkcji i udział w rynku tym lepiej. Ale same linie lotnicze nie chcą pozwolić na monopol jednego producenta i często dbają o utrzymanie słabszego. To oznacza po prostu duopol producentów samolotów. I taki duopol istniał od początku ery wielkich samolotów pasażerskich. Którą można powiedzieć, że rozpoczął Boieng. W różnych czasach drugim producentem był Lockhead, McDonnel Douglas i wreszcie, zasadniczo od lat 80-tych, Airbus. Który jako pierwszy producent spoza USA został tym drugim. Ale od dwóch lat role się odwróciły, to Airbus jest pierwszy, Boieng drugi. I z racji przestarzałej gamy produktów jest na ryzykownej pozycji. 
Tu możecie się zapytać- jakiej przestarzałej? A Dreamliner? Otóż ten samolot był rewolucją. 10 lat temu. Ponieważ jako pierwszy w historii na tyle mały samolot pozwolił na obsługę tras międzykontynentalnych, co zupełnie zmieniło ekonomię działania małych lotnisk i mniejszych linii lotniczych. A wiele z nich uratowało, jak np. LOT. Ale nowa wersja silnikowa A321 o przedłużonym zasięgu jest w stanie zrobić prawie to samo. I co więcej, można do jej obsługi na trasach międzykontynentalnych wykorzystać pilotów regionalnych. W ten sposób Dreamliner właściwie stracił sens. Oczywiście nie jest przestarzały technicznie, ale stał się przestarzały moralnie. 
A właściwie nic  innego Boieng nie ma w ofercie. 
Więc na dziś musi natychmiast rozpocząć projektowanie następcy 737 i to musi być samolot lepszy nie tylko od A32x, ale i od jego następcy. To jest oczywiście możliwe, ale wymaga sprawnego i dobrze zarządzanegodziału projektowego. Problem polega na tym, że już w trakcie projektowania Dreamlinera zarząd uznał, że taniej będzie ograniczyć własne biura konstrukcyjne i outsoucować ile się da. I nawet sporą częśc projektu zrobiono w Indiach. A potem okazało się, że to się do niczego nie nadaje i zrobiono ponownie w USA, ale już w dużej części w zewnętrznych firmach. 

Dziś mają zredukowane biura konstrukcyjne, przestarzałą gamę produktów i nawet nie rozpoczęli prac nad nowym modelem. 
Za to Prezydent USA rozpoczął wojnę handlową z drugim najważniejszym rynkiem zbytu, czyli Chinami. Gdzie zupełnym zbiegiem okoliczności akurat kończy się certyfikacja lokalnej produkcji odrzutowca wąskokadłubowego, czyli samolotu klasy B737/A32x. Rząd chiński jeszcze nie ogłosił retorsji za nieuzasadnione wprowadzenie ceł, ale śmiało można się spodziewać, że samoloty pasażerskie mają dużą szansę znaleźć się na takiej liście. Samoloty, czyli Boeing. 

Kiedy COMAC C919, czyli tenże chiński samolot wejdzie do produkcji, to zapewne Boeing będzie mógł po prostu zamknąć biuro sprzedaży. Bo będzie zupełnie niepotrzebne. 
A zaraz później ich przedstawiciele nie będą mieli po co jeździć po dużej części państw afrykańskich i azjatyckich. Po Europie już nie mają po co. W ten sposób Boeing ma szase pozostać firmą konkurencyjna jedynie na rynku amerykańskim. Który jednak jest największy na świecie i jakiś czas można z tego żyć. Ale tu nie o przeżycie chodzi, a o sfinansowanie projektu nowego samolotu i osiągnięcie na nim rentowności.  W sytuacji, w jakiej ta firma jest pierwszy raz w historii: nie dominującego giganta na rynku, a słabnącego drugiego, który musi płynąć szybciej niż inni aby utrzymać się na powierzchni. I patrząc na to, jak stracili swoją pierwszą pozycję, tak sądzę, że z czasem stracą i drugą. A trzeciego miejsca na tym rynku nie ma.
to wszystko jest ciekawe, bo samoloty pasażerskie były jednym z ostatnich wyrobów cywilnej inżynierii z USA, które jeszcze są sprzedawane na świecie. I teraz też to się kończy. 
Może jednak amerykański styl zarządzania i kapitalizmu nie jest najlepszy?


Międzynarodówka złodziei

Rozpędza się kampania prezydencka w USA. Jest ciekawa. Bardzo ciekawa. 

Śmiało można postawić tezę, że jest możliwe, bardzo prawdopodobne, a w części pewne, trzęsienie ziemi na skale wyboru Lincolna i F.D. Roosevelta.

W USA, jak wiadomo system polityczny działa tak, że prezydentem może zostać tylko przedstawiciel jednej z dwóch głównych partii, z których młodsza powstała 170 lat temu. W czasie wyborów prezydenckich jest wybierana także cała Izba Reprezentantów oraz 1/3 Senatu. 
Co w skrócie oznacza, że zwykle partia prezydenta przejmuje także Izbę Reprezentantów, a w Senacie jest pewien bezwład oraz znacznie mocniejsza reprezentacja oligarchii, bo ze względu na sposób organizacji okręgów wyborczych jest znacznie łatwiej kupić głosy niż w innych wyborach. 

Wybrany przez partię kandydat na prezydenta jest też de facto szefem partii. Niezależnie czy wygra wybory i niezależnie, że formalnym szefem może być kto inny. Dlatego kwestia wyborów prezydenckich jest tak ważna. 
A poza tym USA są posiadaczem światowej waluty rezerwowej. Co oznacza, że praktycznie bezkarnie mogą drukować dowolne ilości pieniędzy i wydawać je w dowolny sposób, a reszta świata albo się do tego dostosuje, albo pozostanie bez pieniędzy. To jest prawdziwa potęga i są trzecią taką w historii, po Holandii i UK. I to jak i w która stronę ten strumień popłynie zależy w największej części od aktualnego lokatora Białego Domu.
Aktualnym jest Donald Trump i cała możliwa część tej rzeki forsy trafia do ludzi mu bliskich ideologicznie i politycznie. 

To też oznacza, że Donald Trump kontroluje Partię Republikańską, a komu się to nie podoba, ten zostanie bez wsparcia w kampanii i ją przegra. Co zostało już kilkukrotnie pokazane. 
Czyli to wszystko sprowadza nas do jednego pytania- kto będzie kandydatem na prezydenta wystawionym przez Partię Demokratyczną? I czy ma szanse wygrać z urzędującym prezydentem?
Zaczynając od drugiego pytania- Trump jest najbardziej niepopularnym prezydentem w historii sondaży (za wyjątkiem Nixona po ujawnieniu afery Watergate). Ale jego podstawowa baza jest skonsolidowana i fanatyczna. Niezależnie od wszystkiego uzyska 35-40% głosów. I to może wystarczyć jeśli będzie trzeci kandydat z poważną kampanią lub frekwencja będzie tak niska, że jego fani przeważą. Jeśli Partia Demokratyczna wystawi jakiegokolwiek minimalnie akceptowalnego dla większości kandydata, to po prostu wygra. 

Wracając do Trumpa, a raczej międzynarodówki złodziejsko-rasistowskiej. Istotnym jej elementem, jednym z filarów, jest premier Izraela Natanyahu. Oczywiście (co za zaskoczenie) ciąża na nim poważne zarzuty korupcyjne, a jego władza jest wpierana przez partie mniejszości rosyjskiej (co za zaskoczenie). 
Co jest zabawne, jedną z centralnych postaci w całej tej sprawie jest niejaki George Nader. Jest to libańczyk, który od lat pracuje zarówno dla Partii Republikańskiej, bandytów biznesmenów z nią powiązanych jak Eric Prince, brat obecnej sekretarz edukacji w rządzie Trumpa oraz rządów Izraela i ZEA. Czyli typowy załatwiacz, którego znają wszyscy i który zna wszystkich. I co najmniej dwukrotnie skazany pedofil. Co narzuca konkluzję, że już prawie wszystkie oskarżenia jakie rzucał Trump w swoich przeciwników okazywały się opisem działalności jego współpracowników. Aż bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że on sam się urodził w Kenii.

Ale z Izraelem i Trumpem, a raczej Trumpami jest jeszcze ciekawsza sprawa. Otóż "porozumienie pokojowe" w Izraelu negocjował Jared Kushner czyli zięć Donalda. Porozumienie było całkowita lipa, jedynym jego skutkiem jest przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy. Czyli gigantyczne zwycięstwo dyplomacji Izraela odniesione zasadniczo bez ponoszenia żadnych kosztów i koncesji.  Przypomnę, że w sytuacji w której wisi na włosku utrzymanie władzy przez prorosyjskiego złodzieja pojawia się zięć Trumpa i nagle gigantycznie pomaga w realizacji rzeczy której Izrael nie mógł osiągnąć od dnia swojego powstania, czyli uznania stolicy w Jerozolimie. 

To się pojawia pytanie, że skoro Natanyahu jest zwykłym skorumpowanym strongmanem wiszącym na rosyjskim wsparciu, to kim jest facet który przyniósł mu taki prezent?

Oczywiście znów nie będziemy zaskoczeni. Otóż Jared, aby występować w takiej roli musiał otrzymać security clearance. Czyli standardowe sprawdzenie przeszłości kryminalnej i konfliktu interesów przez FBI i CIA. Zarówno Donald Trump, jak też Ivanka publicznie zapewniali, że przeszedł to bez problemu i normalnie się wziął do pracy. Ale jak już w miarę wiadomo, właściwie wszystko co mówi Donald można z góry uznać za kłamstwo i naprawdę rzadko się mylić. 
Więc sytuacja wygląda tak, że co najmniej CIA rekomendowała odmowę dopuszczenia do tajemnic państwowych i administracja w istocie odmówiła. Następnie został dopuszczony osobistą decyzja prezydenta i nawet szef administracji zostawił w aktach notatkę, że jest przeciwny tej decyzji ale otrzymał polecenie służbowe. Od Donalda Trumpa. Wątpliwości wobec Jareda Kushnera dotyczą niejasnych powiązań biznesowych z Rosją i ZEA. Co za zaskoczenie.

I taka jest sytuacja. Jeśli potrwa jeszcze dłużej to będzie źle. I to naprawdę źle. I dlatego właśnie prawybory w Partii Demokratycznej będą aż tak kluczową sprawą. W końcu mogą znów mianować Hilary Clinton i przegrać nawet z Donaldem Trumpem, nawet jeśli nie tylko wszyscy szefowie sztabu, ale i cała jego rodzina już będzie za kratami.

Optymistyczną częścią jest to, ze w Izraelu wybory za miesiąc i Likud wraz z przystawkami ma coraz większą szanse je przegrać. Ale nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte, a jest jeszcze czas na następny sukces dyplomatyczny. 

Do czego służą uprawnienia do emisji CO2?

Zacznijmy od tego co to są uprawniania do emisji CO2. Otóż jedną z uzgodnionych międzynarodowo metod zapobieżenia katastrofie klimatycznej jest wprowadzenie systemu nazywającego się cap and trade. Który polega na tym, że każdemu krajowi (nie musi to dotyczyć krajów, ale w dużej części tak jest) przysługuje pula emisji. Która jest na starcie określona na podstawie aktualnego i historycznego zużycia, potencjału redukcji, etc. Następnie te pule są co roku zmniejszane o określony procent. Taki sam dla każdego. 

Emisje CO2 są związane ze spalaniem paliw kopalnych, ale nie tylko. Również z wylesianiem, degradacją gleb. Do tego należy doliczyć emisje innych gazów cieplarnianych

Ale liczenie emisji i ich rozdzielanie to tylko połowa planu. Druga połowa polega na handlu. Ktoś kto potrzebuje więcej może kupić. W ten sposób ogólna suma emisji się nie zmieni w danym roku, a jedynie zmieni się miejsce tej emisji. Rzecz dla klimatu bez znaczenia. Za to jest to brutalny sposób karania tych, którzy nie chcą przyłączyć się do wspólnej walki albo sposób w jaki mogą się podzielić ci, którzy akurat mają dobrą koniunkturę gospodarczą. I przetransferować pieniądze do krajów z problemami/ w recesji. 
Ale najważniejsze jest to, że ten mechanizm stwarza możliwość zarabiania. W szczególności w najbiedniejszych krajach, gdzie łatwo o pracę, jest ona tania i można ją obrócić dla korzyści środowiskowych i klimatycznych. A alternatywą jest bezrobocie w zdegradowanym środowisku. 

Oczywiście nie każdy z tego korzysta. Jest pewna, spora liczba biednych krajów, które nie mają wystarczającego kapitału intelektualnego, zwłaszcza w administracji, aby wejść na drogę inwestycji w ogóle, a innowacyjnych w szczególności. To najbardziej dotyczy bardziej skorumpowanych krajów trzeciego świata oraz postkomunistycznych krajów UE. 

W takim razie do czego mogą służyć transfery z uprawnień do emisji i jak to zrobić dobrze?
To pokazuje świetny przykład inicjatywy niedaleko Zanzibaru. Dwóch ludzi, widząc lokalną katastrofę ekologiczną zaczęło coś robić, przede wszystkim przywracać lokalny las. Poniżej filmik, gdzie co prawda nie jest powiedziane skąd właściwie jest kasa, ale jest pewien, że spora jej część dokładnie ze sprzedaży uprawnień z emisji. Zalesianie, a zwłaszcza odbudowa lasów na zdegradowanych terenach się na to kwalifikuje. 

Na dzień dobry na ten system oczywiście się na to rzuciły stada cwaniaków, które starały się wyciągać kasę za zakładanie plantacji drzew użytkowych na zupełnie dobrych gruntach. I to, niestety do pewnego stopnia działało. Dziś jednak system staje się szczelny. Paradoksalnie wskutek sabotażu nafciarzy i podobnego towarzystwa.

Otóż pierwszy ogólnoświatowy system tego typu został wprowadzony w porozumieniu z Kyoto. Przemyślany, dobry i kompromisowy. Gdyby zaczęła porządnie działać, to byśmy dziś, jako świat byli w zupełnie innej sytuacji. Ale problem polegał na tym, że światowy limit emisji i ścieżka zejścia były projektowane dla udziału wszystkich głównych aktorów, w tym USA. Protokół został podpisany, z limitami, które były uzgodnione a następnie USA pod wodzą milionera-alkoholika z naftowej rodziny odmówiły ratyfikacji. Co oznaczało, że limity emisji i ścieżka zejścia opracowane dla całego świata wraz z USA obowiązywały cały świat oprócz USA i były automatycznie zawyżone o ekstremalnie wielkie emisje tego kraju. Czyli bardzo skutecznie sparaliżowano całą ideę. 

Dziś koncept wraca. W wielu miejscach. Na poważną skalę w UE, Chinach, Korei i pewnie jeszcze kilku państwach. Niestety nie na skalę świata, bo ze złodziejskimi, psychopatycznymi lub kompletnie dysfunkcjonalnymi rządami jakie dziś mamy w USA, Brazylii, Australii i UK jest to po prostu niemożliwe. 

Ten powrót jest jednak znacznie bardziej interesujący w mniejszych miejscach. Są firmy, które deklarują 100% neutralności klimatycznej, ale technologicznie nie są w stanie całkowicie wyeliminować paliw kopalnych. Więc kupują bony na emisje, które ktoś wytworzył gdzie indziej. Są nawet prywatni ludzie, którzy starają się nie korzystać ze spalania paliw kopalnych, ale czasem po prostu muszą skorzystać z samolotu. I w takich sytuacjach chcą zapłacić za to, że ktoś to CO2, które powstanie z paliwa lotniczego gdzieś jakoś nie wyemituje lub faktycznie zakopie. 

Pozostaje jeszcze pytanie jak właściwie są obliczane te negatywne emisje. I tu rozrzut jest spory, zależnie od standardu. Ale w najciekawszej i najbardziej restrykcyjnej wersji, promowanej przez organizacje typu World Wildlife Fund i podobne, dodano warunki, które nakazują robić coś naprawdę pożytecznego. Za zakładanie plantacji eukaliptusa, które teoretycznie służą celom redukcji CO2 nic nie płaca, bo uznali, ze bez jednoczesnego spełniania warunku pomocy lokalnej społeczności nie ma żadnej redukcji. To jest założenia prawdziwe, bo ludzie wyrzucenie przez gospodarkę plantacyjną ze wsi uciekają do miast i tam wzmacniają gospodarkę opartą na spalaniu paliw. 
Złoty standard według tych NGOs polega na tym, aby poprawiać glebę, zmniejszać emisje, odzyskiwać metan z fermentacji i jednocześnie pomagać w rozwoju ekonomicznym lokalnych społeczności.
I to jest naprawdę big deal. 

A jak to naprawdę wygląda?
Na przykład tak jak w tym filmiku, wyżej wspomnianym. (gdzie BTW nie zająknięto się o sposobie finansowania, ale mogę się założyć, ze właśnie tak wygląda)





W sumie kilkadziesiąt osób pracuje i regeneruje zdemolowany ekosystem, przywraca nadzieję na przyszłość i to wszystko bez widocznych źródeł dochodu. Te niewidoczne to własnie kredyty węglowe.

To samo dzieje się w innych miejscach. Zniszczone gleby Sahelu, gdzie przecież trwa i rozwija się kryzys humanitarny. Budowa biogazowni w całej Afryce. Też sporo projektów w Etiopii, ale to akurat inna sprawa, tam cały ustrój i aparat państwowy jest zorientowany na odbudowę gleb i ekosystemu zniszczonego straszliwie przez pomoc radziecką*.

* Akurat nie ZSRR był tu problemem a pomysły na organizację przemysłowego rolnictwa z lat 60-80 tych. Pomos państw zachodni, zwłaszcza USA była równie destrukcyjna, problem polegał na tym, że blok wschodni był hojniejszy, więc negatywne skutki "rozwoju" przyszły szybciej i mocniej. 

Rachunek po imprezie, czyli szukamy dorosłych

Jak się robi sporą imprezę to czasem się okazuje, że później przychodzą niespodziewane rachunki. Jak jeszcze jest ktoś, kto sobie z twojego imprezowania zrobił całkiem ładny strumyczek pieniędzy to trudno jest to zakończyć, a potem często przychodzą rachunki. Zaskakująco duże.

A jeśli ta impreza trwa na skalę planety przez kilka dziesięcioleci a kabzę nabija sobie nie osiedlowy dealer a wszystkie możliwe męty światowej oligarchii to i rachunek może być zabawny.

No i jest. Rachunki za imprezę naftową węglową własnie zaczynają przychodzić na poważnie. Nie żadne głodujące misie polarne, czy inna powódź w miejscu którego nazwy nie kojarzymy.

Tym razem, przez praktycznie cały 2018 rok trwała bezprecedensowa susza w Niemczech. Nie jest jeszcze pewnym, czy 2018 był najgorętszym rokiem w historii pomiarów (2003 jest blisko), ale jest pewnym że był najsuchszym. Tak, najsuchszym w historii pomiarów meteorologicznych.

Wszyscy oczywiście byli ta suszą zaskoczeni, dziś domagają się odszkodowań, a co większe tłuki oficjalnie twierdzą, że prawdopodobieństwo powtórzenia jest znikome. Oczywiście nie jest. Ale spójrzmy co się właściwie stało:
Opady w Berlinie wyniosły 300 mm/m2 czyli najmniej w historii pomiarów. A to było jedno z najmniej problematycznych miejsc w kraju. Zbiory w skali kraju spadły od 20 do 50%, a lokalnie w niektórych regionach nie zebrano nic. Ziemia jest tak sucha, że np. rzepaku nie ma żadnego sensu i nie należy sadzić, więc i w przyszłym roku zbiory będą niskie.
Wpływ suszy na rolnictwo jest oczywisty i znany dla każdego. Zabawniejsza sytuacja jest z siecią transportową.
Otóż poziom rzek był taki, że barki średnio mogły przewozić 40% normalnego ładunku, a niektóre odcinki Łaby były całkowicie niespławne. W Polsce to nie byłby problem, bo rzeki i tak są niespławne, ale w Niemczech ok 80% ładunków masowych przewozi się barkami. Z czego od dostaw rzekami jest właściwie całkowicie uzależniona produkcja BASF, TyssenKrupp, ArcelorMittal i podobnych firm, czyli zasadniczo gigantów przemysłu stalowego i chemicznego. W tym także produkcja i dystrybucja paliw. Oczywiście do tego dochodzi spadek produkcji elektryczności z elektrowni wodnych oraz w niektórych miejscach problemy z chłodzeniem elektrowni cieplnych.

Problemy z transportem wodnym spowodowały szukanie alternatyw. I tu zemściła się straszliwie polityka rządów Merkel, polegających głównie na unikaniu działań i decyzji. Nie inwestowano w autostrady, a zwłaszcza parkingi przy nich i przepustowość ciężarowa autostrad jest na wyczerpaniu. Niemiecka kolej to jest jedno wielkie spóźnienie i awaria, a jak jeszcze temperatury dołożyły swoje do wyginania szyn to przepustowość kolejowa się wyczerpała. Tu także marne zarządzanie i brak inwestycji się własnie zemścił.

I to jest opis prawdziwego problemu. Naukowcy o nadchodzącej katastrofie ostrzegali od lat. Ona właśnie nadchodzi, teraz na poważnie. Wiadomo było, w pewnym przybliżeniu co się będzie dziać. Wiadomo było, że trzeba przygotować do tego infrastrukturę, bo obecnie istniejąca zostanie nadwyrężona i trzeba mieć zapas. Niektórzy , gdzieniegdzie to robili, spora część nie. A na skalę Europy największym problemem jest to, że w grupie olewaczy były też Niemcy.
Dziś i oni dostają za to rachunek.

Dziś rząd niemiecki się trochę obudził, nacisk społeczeństwa też jest istotny. I nadchodzą zmiany. Jedna rzecz to częściowy powrót do odpowiedzialnej polityki klimatycznej, gdzie w końcu wyznaczono datę zaprzestania spalania węgla (2035 lub 38, zależnie od ewaluacji w 32) i rozpoczęto poważne zmiany w sektorze transportowym. Dokładniej podwyższono opłaty za autostrady dla ciężarówek i jednocześnie zwolniono z nich napędzane prądem lub metanem.
Znów za mało, za późno, ale przynajmniej coś.
Co oznacza, że do obecnych władz Niemiec dotarło z grubsza rzecz biorąc to, co robił rząd Schroedera. Zajęło zaledwie 13 lat, gratulacje. Problem polega na tym, że w czasach Schroedera wdawało się, że dla ochrony klimatu energia odnawialna nie wystarczy i absolutnie konieczne jest oparcie się na gazie ziemnym aby w maksymalny możliwy sposób zredukować emisje CO2
Dziś wiemy, że takiej potrzeby nie ma, albo możemy powiedzieć, że dziś mamy wystarczająco wprowadzonej na masową skalę technologii aby to nie było potrzebne. I nie jest, możemy jednocześnie rezygnować z wszystkich paliw kopalnych.
Ale czego można się spodziewać po rządzie i kanclerz, która przez kilkanaście lat nie potrafi podjąć jednej jasnej decyzji i się jej trzymać? Oczywiście tego, że teraz, w takiej sytuacji zaczyna coś chrzanić o niezbędnym dla gospodarki rosyjskim gazie ziemnym.

Odnoszę wrażenie że coraz trudniej dziś w polityce o dorosłych ludzi.

Witamy w Nowym Roku! To będzie ROK!

Rozpoczął się nowy rok. Tradycyjnie możemy się zastanowić jaki będzie. Tym razem to jest znacznie łatwiejsze niż rok, a zwłaszcza dwa lata temu. 

Otóż dobiega końca dość ważny proces historyczny. Przełom już nastąpił, ale zmiana bywa chaotyczna i czasem dość brzydka.

Wraz z kryzysem 2008 roku umarła liberalna demokracja. Nikt tego tak od razu nie zauważył, ale minęło 10 lat i trudno z tym dyskutować. Była ona reprezentowana i kontrolowana przez konsensus polityczny tradycyjnych partii socjaldemokratycznych i chadeckich. Jedni i drudzy żyli w zgodzie z wielkim przemysłem i związkami, działając w roli arbitra i utrzymując spokój społeczny i zadowolenie, pozwalając przemysłowcom na zyski, ale żądając inwestycji, a od związków żądając szacunku dla interesów pracodawców, ale zapewniając solidny udział płac w zyskach. 
W 2008 roku system się załamał. Jego ważny element, czyli prywatne inwestycje przemysłowe właściwie przestał istnieć. To nie było nic spektakularnego, oficjalnie nic się nie zmieniło, oficjalnie co najwyżej wszystko się przeciągało. Ale w ramach tego przeciągania korporacje żądały więcej, dając coraz mniej. Kontrakt został złamany, ale dotychczasowe partie nie miały na to żadnej odpowiedzi. 
Z grubsza rzecz biorąc dlatego od 10 lat trwa upadek moralny i pogrom wyborczy dotychczasowych partii liberalno-demokratycznych. Partie chadeckie, czy umiarkowanej prawicy spotkał ten sam los co socjaldemokratów lub jeszcze gorszy. Ta gorsza wersja wystąpiła chyba we wszystkich krajach anglosaskich. Otóż ich wewnętrzną radą na upadek dotychczasowego modelu było całkowite podporządkowanie się interesom już nie produkcyjnych korporacji a kryminalnej oligarchii. Która jeszcze miała pieniądze i zainteresowanie polityką. W to weszła także transformacja dotychczasowych korporacji w poszukiwaniu dochodów. Najbardziej spektakularnym przykładem są tu Republikanie w USA, gdzie z dotychczasowa ekspozytura banksterki i przemysłu zbrojeniowego implodowała w 2010 roku i w następnych wyborach, w 2012 została zastąpiona przez kompletnie zdziczałych świrów. 
Zauważcie jednak, że dotychczasowa, korporacyjna socjaldemokracja tak bardzo już nie miała nic do zaproponowania, że przegrała wybory, pomimo tego że po prawej stronie radykalizacja postępowała i zdziczałe świry przegrały walkę o przywództwo z zwykłym, prymitywnym kanciarzem, tylko dlatego, że był radykalnym i wiarygodnym rasistą. 

To nie jest zjawisko wyłącznie amerykańskie. Identyczny proces polityczny odbywa się dookoła świata. W różnych odmianach. Prawie wszędzie tradycyjna socjaldemokracja imploduje, razem z nią chadecja, lub ta druga zmienia się w dzikusów. Ale częściej jest zastępowana przez nowe partie radykalnych świrów. Które nie mają żadnego sensownego pomysłu na rządzenie oprócz agresji na system i wobec "innych". Ale to jest często zbieżne z oczekiwaniami ludzi. W praktyce okazuje się, że jest to ta sama polityka posłuszeństwa wobec sponsorów i jeśli jakichkolwiek reform to wyłącznie w celu demontażu jeszcze działających elementów systemu liberalnej demokracji. Na liście sponsorów takich partii obowiązkowo jest Kreml i on też najbardziej korzysta na obecnej koniunkturze politycznej. 

Takie rządy są prawie identyczne w praktyce politycznej. Pewną odmiennością jest jedynie Polska, gdzie taka sama prawicowa banda dzikusów do tej samej polityki dołożyła elementy siatki zabezpieczenia socjalnego. Jest to ważna odmienność, ale jedyna. Tak samo jak francuski Front Narodowy brał miliony dolarów pożyczek z Moskwy, tak jak Trump wspiera Putina gdzie może, tak samo rząd PiS realizuje politykę energetyczną, której ja bym nie nazwał prorosyjską, bo to by mogło sugerować jakąś refleksję i wybór kierunku polityki. Nie, PiS realizuje po prostu moskiewską politykę energetyczną na terenie Polski. W innym dziedzinach pewnie też, albo tylko robią głupoty, jak to prymitywne dzikusy.

W takim razie gdzie tu widzę przełom? I jaką zmianę?
Otóż kluczową figurą w tej układance jest Donald Trump, a właściwie nie on, tylko sytuacja w USA. On jest o tyle istotny, że był z jednej strony doskonałym kandydatem Partii Republikańskiej, a z drugiej strony jest jej uosobieniem i przywódcą. Na tyle, że kto sprzeciwiał się jego wizji, ten zazwyczaj miał okazję już zakończyć karierę polityczną. 
Oraz USA są imperium. Posiadaczem światowej waluty rezerwowej i nadzorcą światowej ekonomii. Kto rządzi w Waszyngtonie, ten ma spory wpływ na Nowy Jork, a kto dominuje na Wall Street ten dominuje w światowej ekonomii. I może pomóc lub przeszkodzić określonym krajom i ludziom w sukcesie. 
Na dziś jest to znakomicie działająca faszystowska międzynarodówka, łącząca aktualne rządy w Moskwie, Waszyngtonie, Rzymie, Budapeszcie, Brasilii i Warszawie. Może niedługo i w Paryżu. 

Pozornie to jest teraz narracja i porozumienie rządzące światem. Pozornie, bo pozostaje pytanie-- jaka narracja? przecież jedynym co ich łączy, to sprzeciw wobec liberalnej demokracji. Która w wydaniu sprzed 2009 roku jest martwa. Tak samo w Rosji, w USA, jak też w Polsce. 
Aby się utrzymać musza utrzymywać poziom agresji i złości w społeczeństwie, bo bez tego ich własna próżnia intelektualna ich zassie.
To zasysanie trwa, można spojrzeć na którykolwiek z tych ruchów i za pierwszym garniturem, który jeszcze bywa sprawny intelektualnie, a przynajmniej sprytny, widać co najwyżej kompletnych przygłupów pchających się do władzy i sprawnie awansowanych. 

Potencjał intelektualny i wizja jest zupełnie gdzie indziej. Jedyną wizją polityki adekwatnej do czasów po 2009 obecnie dysponują progresywiści i partie ekologiczne. To jest projekt Green New Deal, który właściwie łączy wszystkie takie partie dookoła świata. Na razie bardziej w formie zawołania bojowego niż kompletnego programu, ale sama nazwa dość dobrze objaśnia treść. Może być lokalnie wprowadzony gdzieś w Europie, ale faktyczną ogólnoświatową zmianę spowoduje jego uruchomienie w USA.

I tu powoli wracamy do Trumpa. Dotychczasowe elity Partii Demokratycznej to jest ta właśnie typowa socjaldemokracja. I brak pomysłu na dalszą politykę, co było doskonale widać w kampanii Clinton. 

Jednak to co się stało, to drastyczne zwiększenie liczby polityków i aktywistów w tej partii. Ale praktycznie wyłącznie spod znaku progresywistów. To byli w prawyborach ci którzy głosowali na Berniego Sandersa. Dziś jest to około 40% deputowanych Partii Demokratycznej. W przyszłych wyborach prawdopodobnie będzie większość.  

Co pozostawia kwestię poważnej zmiany kursu światowej polityki zależną od wyborów do Senatu i prezydenckich w 2020 roku. A kampania rozpocznie się już wkrótce.

Wybory do Senatu są zależne od potencjalnej implozji Partii Republikańskiej, a ta w sporym stopniu od losu Donalda Trumpa. Taka implozja już w ostatnich wyborach nastąpiła w Kalifornii. Partia Republikańska zasadniczo przestała tam istnieć. Tyle że tam nie ma problemu złości na niesprawiedliwość gospodarczą. Są problemy kryzysu opieki zdrowotnej, jak wszędzie, coraz poważniejszy kryzys klimatyczny i straszna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Ale tam Partia Demokratyczna miała jakiś pozytywny plan i odpowiedź na te problemy. 
Dziś zaczyna mieć w całym kraju. I to jest alternatywa dla prawicy. Dopiero to. Socjaldemokracja nie jest alternatywą od 2009, a do zeszłego roku nie było żadnego powszechnego programu.
Właściwie był, ale niekompletny. Dziś niemieccy Zieloni, najsilniejsza frakcja w Partii Demokratycznej USA ma ten sam program. Ciekawy i atrakcyjny dla wyborców. I alternatywę dla prostej złości na zepsuty system.
W dłuższej i średniej perspektywie wynik może być tylko jeden. 
Pytanie co nastąpi teraz?

Otóż teraz mamy sytuację taką, że dużą część prestiżu całego tego łańcucha partii trzyma się na osobie Donalda Trumpa. A mamy właśnie nowy Kongres, gdzie Izba reprezentantów będzie się zajmować przez sporą część swojego czasu dochodzeniem w sprawie osoby powiązań, historii i majątku Donalda Trumpa. I z każdym dniem będą wypadać coraz bardziej kompromitujące trupy z szafy. I jego partia będzie tego bronić. Co będzie z dnia na dzień coraz trudniejsze i coraz śmieszniejsze. Na razie Michael Cohen zapowiedział zeznawanie w Kongresie na 7.02. Potem pewnie następni. 

Tak będzie wyglądać ten rok.
Rok postępującej implozji chadeków i socjaldemokracji, kolejnych, ale już ostatnich sukcesów faszystowskiej międzynarodówki i budowy poparcia dla Green New Deal.

Ale większość zobaczy tylko chaos...