Węgiel, czyli my lub oni.

W dyskusji pod poprzednim wpisem poruszono temat węgla i energetyki węglowej, obiecałem odnieść się do tego obszerniej i oto macie, drodzy czytelnicy:

Jedną z bardzo wyraźnych tendencji trwającej Rewolucji Energetycznej jest znikająca rola węgla w gospodarce. Nie, nie zmniejszająca się. Po prostu znikająca.

Nowa energetyka już dziś produkuje prąd nie tylko lepszej jakości, ale i tańszy. Bez administracyjnych regulacji i potężnych dotacji budowa nowych elektrowni węglowych nie ma żadnego sensu ekonomicznego. Eksploatacja istniejących w większości przypadków jeszcze jakiś ma, ale w większości miejsc na świecie budowa elektrowni węglowych wynika jedynie z powodu rozgrzebania inwestycji z czasów, gdy to mogło mieć sens, z powodu chorej organizacji rynku energii lub z powodu decyzji politycznych. 

W tym ostatnim przypadku przyczyną jest zwykle jakaś mieszanka korupcji i negacjonizmu globalnego ocieplenia, w różnych proporcjach. Tak dochodzimy do kolejnego powodu, czyli właśnie globalnego ocieplenia. Stopniowe i powolne ocieplanie klimatu od prawie dwóch lat wygląda jakby wymknęło się jakiekolwiek stabilności, a każdy kolejny miesiąc bije rekordy ciepła. Groźba usmażenia naszej jedynej planety staje się po prostu realna.

Dlatego wynegocjowano, podpisano i jest na dobrej drodze do wejścia w życie porozumienie paryskie.
Aby powstrzymać ocieplenie już nie w rozsądnym zakresie, ale po prostu w takim, które nie zniszczy cywilizacji, szybkie odchodzenie od paliw kopalnych jest po prostu konieczne. Z czego na dziś najłatwiejsze, najtańsze i najszybsze zapewnia zaprzestanie spalania węgla. I może to zapewnić najszybszy spadek emisji CO2. Węgiel, choć najczęstszym i najpoważniejszym jego zastosowaniem jest wytwarzanie elektryczności, ma też swoją poważną rolę w wytopie stali i tam nie jest łatwy do zastąpienia. Za to trzecie zastosowanie, w skali świata marginalne, to spalanie w celach grzewczych i tu eliminacja węgla jest łatwa i tania.
Ale świat skupia się na eliminacji emisji węgla z generacji elektryczności. To jest rzecz, którą, my, jako ludzkość możemy zrobić najszybciej i da największy efekt. Czyli będzie efektywnie najważniejszym krokiem dla nie usmażenia naszej jedynej planety. Równolegle potrzebne jest każde możliwe działanie, a jednocześnie poszukiwanie i rozwijanie technologii tam, gdzie jeszcze nie potrafimy tanio i efektywnie zastąpić paliw kopalnych.
Alternatywa jest prosta: jeśli tego wszystkiego zaniechamy to nasza planeta przestanie nadawać się do życia, ewentualnie możliwe do zamieszkania będą znacznie mniejsze niż dziś obszary, położone w zupełnie innych miejscach. 
Rachunek możliwości też jest prosty. Podstawowymi paliwami kopalnymi są węgiel, ropa naftowa i gaz ziemny. Zastąpienie ropy w transporcie nie jest proste, ani tym bardziej tanie. Pozostaje eliminacja gazu lub węgla. Z tego spalanie gazu jest zarówno znacznie czystsze, jak też może być wydajniejsze energetycznie oraz w razie potrzeby odbywać się na bardzo małą skalę, świetnie ułatwiając kogenerację. Droga eliminacji pierwszy do odstrzału jest węgiel. Jako, że czasu już brakuje, nie ma żadnej możliwości manewru ani wyboru innej drogi. Takie są realia.

Czas na bardzo proste stwierdzenie, prowadzące do być może kontrowersyjnej deklaracji. 
Otóż jedną sprawą jest to piszę po polsku, w moim ojczystym języku (choć jednym z trzech używanych na co dzień). Życzę Polsce i wszystkim Polakom, aby kraj był dobrym, cywilizowanym i wygodnym miejscem do życia. 
Ale: Polska jest częścią naszej planety. Możemy żyć w bardzo wielu różnych miejscach. Możemy się przenieść pojedynczo lub wszyscy razem. Ale jak dotychczas nikt z nas nie ma żadnej możliwości przeniesienia się na inną planetę. Mamy tylko Ziemię. I w tym momencie wybór jest prosty. Każdy, kto świadomie prowadzi działania zmierzające do dalszej destrukcji planety jest szkodnikiem. Jest moim osobistym wrogiem i powinien być wrogiem każdego przyzwoitego człowieka. Jedną sprawą jest bycie zmanipulowanym przez media, nie rozumienie świata, postępowanie tak jak zawsze się postępowało i jak robią wszyscy inni. Zupełnie inną kwestią jest praca redaktora, polityka, czy kierownictwa wielkiego koncernu, którzy co najmniej powinni zdawać sobie sprawę z tego co robią, jednak robią wszystko aby zniszczyć naszą piękną planetę i cywilizację razem z tym. To są po prostu wrogowie ludzkości. Jeśli ja bym został z jakiś tajemniczych powodów postawiony przed wyborem: Polska czy Ziemia, cóż.... Planeta bez Polski istniała i może istnieć. Polska bez życia na Ziemi- chyba nie bardzo. Stąd każdy, kto w smarując sobie gębę Polską, chrześcijaństwem, czy co tam sobie jeszcze wymyśli świadomie działa na rzecz niszczenia życia na naszej jedynej planecie jest niegodzien miana człowieka i traktowania jako człowieka.
I znów: detale są ważne. Jedną sprawą jest koncern energetyczny produkujący prąd z węgla, ale który ma realny plan zmniejszania i następnie rezygnacji ze spalania węgla, a drugą rzeczą są męty, które uznają, że opłaca im się promować "czysty węgiel" czy inne bzdury w trzecim świecie, po to aby zarobić parę dolarów ze sprzedaży sprzętu, którego nigdzie indziej by nie wcisnęli. Jedną sprawą są politycy, którzy rządzą krajem z gospodarką opartą na węglu, ale robią wszystko aby to uzależnienie zakończyć, nawet ryzykując lokalne bunty społeczne (jak w Chinach) a kompletnie inną rzeczą jest podnoszenie takiego uzależnienia do rangi cnoty i kultywowanie go przez nieetyczne tępienie alternatyw (Hiszpania Rajoy'a, czy większość najbardziej skorumpowanych reżimów trzeciego świata).
W skrócie: nie jest problemem gdzie się dziś znajdujesz, bo wszyscy na naszej planecie znajdujemy się w nie najlepszym położeniu. Problem polega na tym, co dalej chcesz z tym robić. I jak to porównamy do tego, co naprawdę można zrobić w danej sytuacji. I nie, ignorancja zarządów, polityków, ani nawet redaktorów zajmujących się tematem nie jest żadnym usprawiedliwieniem, bo za to dostają pieniądze, aby wiedzieli. Koniec. 
To, czy mają taką wiedzę, przecież niezwykle łatwą do zdobycia, w moich oczach pozwala jedynie odróżnić niekompetentych ignorantów, którzy nigdy nie powinni zajmować się pracą którą wykonują, od ludzkiego ścierwa, które świadomie przykłada rękę do niszczenia naszej jedynej planety. Naszej, więc mojej też.
Niestety, lub stety, tego typu ścierwa mają bardzo podobny sposób myślenia i działania, wzajemnie się świetnie czują w swoim towarzystwie. Stąd drodzy czytelnicy, możecie bardzo łatwo, właśnie po stosunku do paliw kopalnych znaleźć całe łańcuszki powiązań między oligarchami ostatniego sortu i znakomicie działające spółdzielnie promotorów paliw kopalnych z najbardziej skorumpowanymi politykami i najobrzydliwszymi dyktaturami oraz nie jednym redaktorem i "ekspertem od rynku energii i paliw"

O polskim samochodzie elektrycznym, czyli ElektroŻuk na miarę naszych możliwości.

W ramach reform gospodarczych premier Morawiecki zapowiedział "Plan Elektromobilności". W jego zamierzeniu za 10 lat ma w Polsce być milion samochodów elektrycznych. 
Zapewne większość z tego ma pochodzić z nowej polskiej, krajowej produkcji.
OK, fajnie. Czas spojrzeć na szczegóły.

Min. Morawiecki jako część uzasadnienia powiedział dość ciekawą rzecz. Mianowicie stwierdził, że kraje zachodnie mają ponad sto lat doświadczenia w konstruowaniu silników, a nowoczesne pojazdy elektryczne to nowe technologie, gdzie prawie każdy ma możliwość świeżego startu i umiejscowienia się na tym rynku. Co w tym ciekawego? Otóż to, że jest to prawdziwa i poprawna ocena dzisiejszego stanu technologii i przemysłu. A zdanie, które mógłbym tak określić, z ust jakiegokolwiek przedstawiciela obecnego rządu, dotychczas słyszałem wyłącznie od Anny Streżyńskiej. Tak, wiem, że to jedno zdanie, ale z kryteriami "poprawne według dzisiejszego stanu wiedzy i technologi" umieszczonymi w roku 2016, takiej wypowiedzi np. min. Tchórzewskiego prawdopodobnie nie da się znaleźć, nawet jednozdaniowej. Na potwierdzenie tej tezy, wspomnę, że ten milion samochodów elektrycznych od razu przeliczył na zyski elektrowni węglowych i wyszło mu 2 miliardy rocznie, więc jest przekonany.

O obecnej polityce przemysłowej polski decyduje trio Szyszko- Adamek- Tchórzewski i nic się nie wydarzy bez ich zgody. Jako, że poziom wiedzy każdego z nich nie przekracza późnych lat 60-tych i to jeszcze tłumaczeń z radzieckich książek, które były tłumaczeniami tego co ukradli w Niemczech w 45, to i poziom wiedzy o dzisiejszym świecie jest adekwatny. 

Nikt nie jest w stanie żadnemu z nich wytłumaczyć jak działa współczesna infrastruktura, bo wymagałoby to objaśniania w szczegółach rozwoju technologii ostatnich 60 lat. Mniej więcej od wynalazku tranzystora. Dla rozjaśnienia- nie, nie przesadzam. Nie miałem okazji rozmawiać z żadnym z tych panów, ale jak najbardziej miałem z osobami, które objaśniały i broniły ich zamiarów. Nie, nie da się podjąć merytorycznej dyskusji, ponieważ są to ludzie, którzy nic nie wiedza o technologii ostatnich 40 lat, a poprzednich 20 dość niewiele. 

I tu wracamy do Morawieckiego. Absolutnie podziwiam jego geniusz, że potrafił takie towarzystwo przekonać do czegokolwiek współczesnego. Choć pozostaje pytanie- właściwie do czego?
Odpowiedź: do produkcji polskiego, elektrycznego samochodu osobowego na skalę co najmniej kilkudziesięciu tysięcy sztuk rocznie, a raczej 200-300 tysięcy. 

Generalnie jestem całkowicie za. Jest to bardzo dobry pomysł na skok technologiczny. Przy okazji można stworzyć lokomotywę ciągnącą gospodarkę, a nawet spełnić w minimalnym stopniu cele środowiskowe ograniczania emisji CO2, etc. Trio S-A-T uniemożliwia i uniemożliwi jakąkolwiek modernizację energetyki i przemysłu ciężkiego, więc takie ominięcie tej betonowej zapory jest świetną sprawą. 
Co więcej, mają to sfinansować koncerny energetyczne i to jest kolejna dobra wiadomość, ponieważ te firmy mają za dużo pieniędzy. I mogą je wydać na finansowanie budowy czegoś, co ogarnia swoją wiedzą nasze trio, albo czegoś współczesnego. Ten pierwszy przypadek oznacza gwarantowane wyrzucenie pieniędzy w błoto i jeszcze zadłużenie się na jakieś elektrownie węglowe, czy inne bzdury, a ten drugi daje szanse na wydanie czegoś sensownego.
Stąd moja pierwsza konkluzja- plan sfinansowania pomysłu krajowego koncernu od samochodów elektrycznych przez koncerny energetyczne jest bardzo dobry. Nie dlatego, że jest taki super błyskotliwy, ale dlatego, że każdy inny sposób wydania tych pieniędzy jest na pewno znacznie gorszy i na pewno będzie obciążeniem dla rozwoju. Może z wyjątkiem morskich elektrowni wiatrowych, za którymi trwa lobbying. Też nie najlepszy obecnie pomysł, ale i tak najlepszy z realnych.

Czas przejść do konkretów:
Do sukcesu nowego przedsięwzięcia potrzeba kapitału i wiedzy dla produkcji oraz popytu i dostępu do rynku dla sprzedaży. Brak dowolnego z tych elementów = fail. 
W takim razie pozostaje ocenić co jest. Jest obiecana ilość kapitału duża jak na Polskę i żenująco mała jak na koncern zajmujący się masową produkcją tanich samochodów osobowych. Jak zrozumiałem mowa jest o kwocie mniejszej niż miliard złotych, czyli poniżej 250 mln dolarów. To nie jest kwota za jaką można rozpocząć masową produkcję samochodu. Nieważne, czy spalinowego, czy elektrycznego. Za to jest zdecydowanie za duża jak na montownię. Ale to sam kapitał zakładowy. Do tego jeszcze doliczamy finansowanie długiem i dodatkowe emisje akcji. Jakaś ilość kredytowania będzie możliwa od początku, przyjmijmy, że zanim pierwszy produkt pokaże się na rynku możliwy do zainwestowania kapitał będzie w okolicach 1 mld dolarów. Co za to można zbudować? Nadal nie można zbudować fabryki masowej produkcji samochodów. Inwestycja Tesli do rozpoczęcia produkcji Modelu 3 to jest coś około 6-8 mld dolarów (wliczając fabrykę baterii). Takich pieniędzy polski koncern mieć nie będzie. 
W takim razie na co wystarczy to co może być? Na pewno nie wystarczy na kompletną, wydajną fabrykę baterii. I to właściwie zamyka sprawę. Może wystarczyć na zbudowanie fabryki baterii według dzisiejszych wzorców, co w skrócie oznacza, że kiedy rozpoczną produkcję kolejne wielkoskalowe inwestycje Tesli, BYD i innych takich, to nowa fabryka będzie z definicji przestarzała, o kosztach produkcji wyższych niż konkurencja. To koniec. A do tego należy doliczyć koszty sieci stacji szybkiego ładowania, sieć sprzedaży, marketing, etc.
W takim razie może opcja ze spółką dla produkcji baterii? 
Nie. Dokładnie z tego samego powodu, dla którego ŻADEN wyrób zaawansowanego przemysłu pochodzący z Polski i przeznaczony na masowy rynek, na światowym rynku nie ma szans. Żadne "nowe iPhony", "Nowe Warszawy" i cokolwiek jeszcze się tam wymyśli. Powodem jest to, że nikt o zdrowych zmysłowych nie rozpocznie produkcji wyrobu, w kraju który jest narażony na bojkot konsumencki. A w roku 2016, roku najcieplejszym roku w znanej historii, rząd złożony z negacjonistów globalnego ocieplenia i działający pod sztandarem promocji węgla i zwalczania OZE po prostu prosi się o międzynarodowy wpi...l. Jak się prosi, to w końcu go otrzyma. Od konsumentów w cywilizowanych krajach, być może także polityków pod naciskiem wyborców. Co oczywiste, nikt nie ma ochoty dobrowolnie pakować się na taki wózek, a przecież większość wielkich firm i tak jest pod sporym naciskiem dla eliminacji emisji CO2 w łańcuchu dostaw. Stąd nikt nie będzie lokował w Polsce nic więcej niż montownię, a na pewno żadnego energochłonnego przemysłu. Przynajmniej na normalnych warunkach.
Skoro kapitał mamy omówiony, to przechodzimy do wiedzy. Tu akurat sytuacja jest znacznie prostsza. Pojazdy elektryczne dziś to nie jest żadna kosmiczna technologia. Coś jeżdżącego i jako- tako nadającego się do produkcji prawdopodobnie byłaby w stanie zaprojektować co lepsza grupa z przyzwoitej politechniki.  Za to pociągnięcie technologii dalej, przesunięcie jej granic i zrobienie czegoś lepszego niż dotychczasowe wymaga solidnej wiedzy, wizji i dostępu do rynku naprawdę wykwalifikowanych inżynierów. Tu sytuację możemy ocenić w szkolnej skali na 3-. Nie jest super, ale da się.
Znacznie ciekawsza, ale i bardziej skomplikowana sprawa jest od strony popytu.
Właściwie jaki samochód miałby być produkowany i dla kogo? Na razie słyszałem o małym samochodzie z relatywnie niewielkim zasięgiem, rzędu kilkudziesięciu kilometrów. OK, to jest jakiś pomysł. Typowy drugi samochód w rodzinie, miejski i wystarczający dla dojazdów do pracy. Problem polega na tym, że rynek na małe, wyłącznie miejskie samochody właściwie nie istnieje. Próbował Smart, próbowali kolejni producenci takich małych samochodów elektrycznych- zwłaszcza Nissan. Jakoś to idzie, jak krew z nosa, zarobić się nie da. Oczywiście, baterie i cała reszta cały czas tanieją i teraz może kalkulacja będzie mniej brutalna. Ale w tym celu potrzeba by było fabryki naprawdę tanich baterii. Na co na pewno jest zbyt mało kapitału. 
Druga i ważniejsza sprawa, to konkurencja używanych samochodów. Dlaczego polskie rodziny jako drugi samochód miałyby zacząć kupować nowe pojazdy, gdy pierwszy ma swoje kilkanaście lat i wciąż jeździ? To miałoby jakiś sens, jeśli użyteczność samochodu można by było ograniczyć do tych kilkudziesięciu kilometrów wokół domu. W tym celu jednak musi istnieć dobry, ogólnokrajowy system komunikacji publicznej. Jeśli to jest pomysł Morawieckiego na załatwienie sprawy, ta ja uchylam kapelusza. "Tak, mamy świetny samochód, ale widzicie, drodzy koledzy i koleżanki ministrowie, nie ma na niego popytu, bo ludzie chcą jeździć do rodziny i na wakacje, a transportu publicznego nie ma. Jak zorganizujemy go tak jak w cywilizowanych krajach, to ludziom nie będą potrzebne stare diesla z Niemiec i zaczną kupować nasze cuda."
 Pewnie też nie zaczną, ale jeśli ktoś mi zaproponowałby, że potrzeba tylko wyrzucić w błoto miliard złotych, aby rząd podjął decyzję, że teraz transport publiczny będzie zorganizowany tak, jak to robią biali ludzie, to ja się tylko zapytam, gdzie to błoto i czy jak sam dorzucę to pójdzie szybciej? 

Ale spójrzmy na inne alternatywy. Może nie mały samochód osobowy, a coś innego?
Luksusowa limuzyna elektryczna lub samochód sportowy? W końcu tak zaczynał i nadal działa Tesla? 
Tak, ale jeśli produkcja będzie w większym stopniu oparta o OZE, w kraju opanowanym manią prowęglową nie ma szans, wyjaśnione wyżej.

Elektryfikacja autobusów i transportu publicznego? 
Tak, to jest coś co może działać. Ale jest już w Polsce co najmniej dwóch producentów oferujących elektryczne autobusy, nowego wielkiego państwowego koncernu specjalnie nie potrzeba. Silniki też są produkowane w Polsce. Nie ma baterii i nie ma popytu. O popyt bardzo łatwo, wystarczy zmusić samorządy do zakupu określonej części pojazdów czy pracy przewozowej opartej o prąd i załatwione. I byłoby to bardzo, bardzo rozsądne posunięcie. Ale nowy państwowy od produkcji koncern jest w tym wszystkim najmniej potrzebny. 

Jest też jeszcze inna opcja. Jakiś pojazd oparty nie o nadwozie samonośnie, jak to z osobowymi bywa, a o ramę. Na ramie nie jest łatwo zbudować dobry i tani samochód osobowy, ale za to możemy mieć uniwersalnie podwozie. Tak jak rama z silnikiem Garbusa dawała radę zarówno w samochodzie prawie sportowym (Porsche 356), jak też uniwersalnym wodzidle dostawczym, a nawet drezynie kolejowej. Nowy garbus, jak to ładnie brzmi, prawda? Tylko w rzeczywistości byłby to pojazd bardzo źle trzymający się drogi i o niewielkim zasięgu. Za to nadający się jako samochód do wypożyczalni, dla Straży miejskich, wszelkiego rodzaju lokalne wozidło firmowe, do dystrybucji, ekip remontowych, pogotowia technicznego, etc. Słowem- czarny wół roboczy gospodarki. To może mieć sens, jeśli ktokolwiek w ten sposób podejdzie do sprawy. 

Pozostaje tylko jedna rzecz, czyli popyt, który dla własnie takiego produktu rozwiązać najłatwiej. Wszystkie firmy państwowe zobowiązuje się do zakupu takiego pojazdu, a inny wybór musiałyby bardzo solidnie uzasadniać. Do tego dołożyć obowiązkowe preferencje przy przetargach jednostek państwowych i samorządowych i kilkadziesiąt tysięcy sztuk rocznie da się sprzedać. A zwykłych ludzi nie zmuszać. To nie zadziała. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić, to zakazy używania silników spalinowych w centrach miast, a docelowo wszędzie w obszarach zabudowanych. Ale to co najwyżej przekona ludzi do komunikacji publicznej, oraz zmusi firmy dystrybucyjne i remontowe do zakupu takich pojazdów. Ale zaczną od poszukiwania używanych, więc lepiej poczekać, aż te firmy państwowe zaczną wymieniać flotę. 
To jest jedyna metoda, która w ogóle ma szanse zadziałać. I powiedzmy sobie szczerze, że jest bardzo, bardzo mała szansa, że będzie to samochód wybitny, lub nawet przeciętny. Najprawdopodobniej będzie gorszy niż przeciętna i droższy. Nie będzie to ani polski Tesla, ani nawet Nissan. Co najwyżej ElektroŻuk. Ale w skali gospodarki krajowa produkcja z jednej strony i ograniczenie importu paliw z drugiej to korzyści nie do przecenienia. 

A przy zakrojonej na naprawdę szeroką skalę elektryfikacji transportu i wyraźnego spadku zużycia paliw płynnych istnieje szansa na złagodzenie lub nawet zneutralizowanie skutków polityki prowęglowej. 

Ja widzę tylko taką, jedną jedyną możliwość, że to wszystko będzie mieć ręce i nogi. Pożyjemy, zobaczymy. Jak na razie przypuszczałem, że nie może być nic gorszego od rządów PO. Obecna władza stara się udowodnić, że owszem, może.
Z samochodu elektrycznego też może wyjść spektakularna klapa pseudoluksusu, nikomu niepotrzebny ElektroMaluch lub mało spektakularny, ale pożyteczny ElektroŻuk. Nie do mnie należy wybór, a Czytelnicy z trochę bardziej poinformowanego punktu widzenia będą obserwować co z tego wyrośnie. Jako, że sprawa bardziej dotyczy polityki niż energii, to tekst znalazł się tutaj, a nie na Rewolucji Energetycznej, gdzie jak zawsze zapraszam.

P.S.
Gdyby już powstał wielki koncern i dopiero wtedy prezes i dział projektowy panicznie szukał inspiracji to jest juz gotowa idea, opisana, nawet po polsku, tu link.

Sklepik z ustawami cz.2

Jak to wykazywałem całkiem niedawno, Partia Republikańska USA jest dość zaawansowaną postacią tworu pozbawionego ideologii i spójności politycznej, a służącego wyłącznie do utrzymywania władzy i tworzenia przepisów na zamówienie sponsorów. 

Dla drobnego uporządkowania wiedzy- jeśli ktoś spojrzy na partię z której pochodzi obecny Prezydent USA, to może się wydawać, że partią rządzącą są tam Demokraci. Błąd. Partią sprawującą olbrzymią większość władzy w USA są Republikanie. Kontrolują obie izby parlamentu, mają większość gubernatorów, kontrolują większość legislatur stanowych, poważną większość stanowych sądów najwyższych oraz, do śmierci sędziego Scalii 13 lutego 2016, republikańska większość kontrolowała Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych.
Republikanie w Kongresie regularnie robią sobie kpiny z każdej próby, najprostszej i najbardziej kompromisowej próby budowy infrastruktury, systemu opieki medycznej, szkolnictwa, czy właściwie czegokolwiek w standardach przypominających cywilizowany świat. Ale to są drobiazgi.
Działalność kontrolowanego przez Republikanów Sądu Najwyższego to jest, proszę państwa COŚ. 
Bledną najbardziej ordynarne łamańce pseudoprawnicze w wykonaniu polskich sądów w obronie esbeków i ich kapusiów. 

Dla amerykańskiego ustroju politycznego ostatnich lat najważniejsza z nich to sprawa Citizens United. Pod tą ładną nazwą kryje się stowarzyszenie, które postawiło sobie za cel ładowanie jak największej ilości pieniędzy niewiadomego pochodzenia w kampanie wspomagające kandydatów Republikanów. 
Generalnie, w USA są, a właściwie były, przepisy zabraniające używania w polityce pieniędzy niewiadomego pochodzenia, oraz stawiające limity wysokości wsparcia przez pojedyncze osoby lub firmy. Formalnie te przepisy obowiązują nadal i nic się nie zmieniło. Amerykańskie poczucie demokracji pozostało jednak na tyle silnie, że kongresmen głosujący za zniesieniem tych przepisów raczej by już musiał wynieść się z polityki. 
Sądu Najwyższego to nie dotyczy, sędziowie piastują swoje urzędy dożywotnio, chyba że zechcą przejść dobrowolnie na emeryturę. Więc bez żadnych hamulców mogą realizować swoją politykę. Co w wypadku zdeklarowanych Republikanów oznacza rzecz jasna promocję idei "sklepiku z ustawami". Z tą ideą są jakiekolwiek ograniczenia wielkości finansowania polityków, czy nakazy ujawniania przepływów finansowych czy pochodzenia funduszy. To chyba zupełnie jasne?
Okazją, czy też narzędziem do faktycznej likwidacji ograniczeń finansowania kampanii stała się sprawa wytoczona przez Citizens United przeciw Federalnej Komisji Wyborczej. Stowarzyszenie domagało się prawa emisji filmów dotyczących kandydatów w trakcie kampanii wyborczej. Żądanie wygląda pozornie na niewinne, ale w rzeczywistości chodziło o to, aby stowarzyszenia, którego nie obowiązują przepisy dotyczące finansowania kampanii wyborczych mogło w tych kampaniach uczestniczyć. Co w USA znakomicie rozumieli wszyscy, spółdzielnia republikańska przegłosowała wyrok korzystny dla CU większością 5-4. Był to wyrok od samego początku kompletnie sprzeczny z zasadami ustroju i nawet zdrowym rozsądkiem, w badaniach opinii publicznej ok 90% obywateli było i jest przeciw temu rozstrzygnięciu. Nawet wśród zarejestrowanych wyborców Republikanów jest to około 80%.
Efekt tego wyroku był dokładnie taki, jaki miał być. W kampaniach wyborczych po 2010 roku zaczęły pojawiać się setki milionów dolarów i mnóstwo spotów formalnie nie pochodzących od kandydatów, czyli w skrócie sprawił, ze jakakolwiek jawność finansowania partii i kandydatów stała się fikcją. Ten system, jak można się domyślić, znakomicie pomógł partii "sklepik z ustawami".
Ale na szczęście są podejmowane jakieś próby rozmontowania tej patologii. 
W zeszłym tygodniu sąd okręgowy w stanie Nowy Jork (sąd, który sądzi podmioty w oparciu o prawo stanowe, a nie federalne) nakazał Citizens United ujawnienie wszystkich darczyńców ofiarujących powyżej 5 tys dolarów pod rygorem symbolicznej grzywny i niesymbolicznego zakazu działalności w stanie Nowy Jork.
Jeśli sponsorzy zostaną ujawnieni, zupełnie bym się nie zdziwił, jeśli się okaże, że na tej liście absolutnie dominują dwa nazwiska Charles Koch i David Koch. Współwłaściciele chyba najbardziej pogardzającego środowiskiem i bezpieczeństwem biznesu w jakimkolwiek kraju zahaczającego o cywilizację. Chętnie napiszę jeszcze trochę o nich, ale jak na razie ustaliłem, że oficjalna wersja postania firmy jest taka, że ich ojciec wpadł na przełomowy pomysł nowej metody krakingu ciężkiej ropy, a następnie oszczędnością i ciężką pracą dorobił się rafinerii, którą jego synowie z sukcesami rozwijają. 
Niestety, jeszcze nie trafiłem na ślad tego przełomowego wynalazku, za to trafiłem na informacje, że Fred Koch wytwarzał instalacje do krakingu, według cudzego patentu, zresztą przegrał proces o naruszenie praw patentowych. Jak najbardziej przełomowego wynalazku.
A następnie sprzedał co najmniej kilkanaście instalacji krakingowych (na podstawie kradzionego patentu) do ZSRR w trakcie industrializacji (czyli na początku lat 30-tych), na czym zarobił sporo, bo nikt się kwestiami patentowymi nie przejmował. A przy okazji właściwie sam dał podwaliny pod jeden z podstawowych przemysłów, który pozwolił finansować terrorystów i inne prosowieckie mety dookoła świata przez następne dziesięciolecia.
Więcej o rodzinie Koch w The Rolling Stone  A ci dwaj panowie, to po prostu właściciele Partii Republikańskiej.

Legenda motoryzacji i legendy o ekonomii, czyli Ford model T

Był taki samochód, Ford model T. Bardzo ważny w historii motoryzacji, techniki i historii przemysłu w ogóle. 
Był m.in. jednym z najdłużej produkowanych samochodów. 

Ale przede wszystkim jest znany jako pierwszy w historii samochód produkowany na taśmie produkcyjnej, którą wynalazł Henry Ford. Wynalazł ją, a następnie zaprojektował tani i prosty samochód. A później zaczął płacić robotnikom niewyobrażalnie wysoką stawkę 5 dolarów dziennie, aby mogli sobie kupić te samochody i poprawić standard życia, jednocześnie napędzając popyt na samochody, prawda? 

Prawda o tyle, że jest to historyjka znana z "wiedzy powszechnej". Ładnie brzmi, o dobrym biznesmenie i w ogóle. Tylko.... jest prawie całkowicie nieprawdziwa.
 Prawdziwe jest to, że Ford T istniał i był masowo produkowany, od 1913 roku za pomocą taśmy produkcyjnej. I tak, Ford Motor Company w 1914 roku płaciło 5 dolarów dziennie szeregowym robotnikom, co było ok. 3-krotnie wyższą stawką niż normalne. Cała reszta wyglądała inaczej.

A teraz nieco prawdziwszy opis.
Ford T był produkowany od 1909 roku. Na swoje czasy był to bardzo zaawansowany technicznie samochód, o świetnych osiągach i niesamowicie trwały. Nie był to samochód luksusowy i absolutnie nie miał takich pretensji, ale technologicznie przewyższał całą konkurencję, przede wszystkim osiągami i niezawodnością.  

Bardzo daleko od koncepcji "taniego samochodu dla robotników", nieprawdaż? I w istocie robotnicy nie byli i nie mieli być jego nabywcami. 

Nabywcą miał być lekarz, prosperujący rolnik, zamożniejszy handlowiec, etc. Czyli zamożniejsza klasa średnia, która wcale nie potrzebowała "taniego" samochodu, tylko niezawodnego samochodu za cenę co najwyżej przeciętnego domu. I tym był Ford T w roku 1909. 

Taka koncepcja znakomicie zwiększyła rynek. Dotychczasowe samochody były zabawką dla bogatych, która wymagała nawet kilku godzin czynności obsługowych na każda godziną użytkowania, co w zasadzie wymagało utrzymywania szofera-mechanika. Ford T był na tyle niezawodnym i bezobsługowym pojazdem, że można było obejść się bez mechanika, a zaledwie odstawić go do warsztatu raz czy dwa razy w tygodniu. Jeśli dodać do tego niezłe osiągi, to mamy przepis na sukces. 

Ten sukces, jak wiadomo, nastąpił. Sprzedaż ruszyła w oszałamiającym tempie. Razem z planowaniem nowego modelu, Ford rozpoczął budowę nowej fabryki, wówczas największej fabryki na świecie. Ale bynajmniej nie była największa ze względu na planowaną skalę produkcji, tylko ze względu na poziom integracji tej produkcji. Od wytwarzania stali, odlewni i chyba nawet tartaku przecierającego drewno na ramy do ostatecznego montażu. 

Fabryka Highland Park ruszyła w 1910 roku i nie tak długo później jej możliwości produkcyjne były bliskie wyczerpania. Co jeszcze nie stanowiło tak wielkiego problemu, jak fakt, że nie za bardzo można było znaleźć na rynku wykwalifikowanych mechaników do montażu samochodów. Dokładnie wtedy Ford skorzystał z wynalazku taśmy produkcyjnej. Absolutnie nie miał on, ani jego firma nic wspólnego z samym wynalazkiem. Tak samo jak z koncepcją części zamiennych i produkcji samochodu bez długotrwałego szukania części które akurat będą do siebie pasować. Pierwszym tak budowanym samochodem był Oldsmobil z 1901 roku, produkowany do 1907, w tym samym Detroit, więc Ford z pewnością znał to rozwiązanie. I zastosował je do produkcji modelu T, kiedy już nie było innego wyjścia, znaczy kiedy zamówienia się piętrzyły, a innych możliwości zwiększenia produkcji juz nie było. Taśma produkcyjna ruszyła pod koniec 1913 roku, w czwartym roku produkcji.
W tym czasie model T nadal był niezawodnym samochodem, nawet jeszcze bardziej, bo projekt był poprawiany i ulepszany coraz bardziej, ale wówczas 4 lata postępu technologii to była cała epoka. W 1914 roku ten samochód już nie był liderem technologii, raczej czymś w okolicach przeciętniactwa. 
Pod względem codziennej praktyczności Ford przestał być liderem już w 1912 roku, kiedy Cadillac zaoferował klientom elektryczny rozrusznik. To kompletnie zrewolucjonizowało praktyczne aspekty posiadania i użytkowania samochodu. 
Ford, aby utrzymać się na rynku i odzyskać gigantyczne koszty projektu i wdrożenia do produkcji Forda T musiał zmienić jego pozycję na rynku. W ten sposób i dopiero wtedy została zmieniona polityka cenowa i Ford T stał się masowym produktem. Właśnie wtedy została uruchomiona linia produkcyjna, a model T stał się najtańszym praktycznym samochodem na rynku. Głównie dlatego, że Henry Ford był człowiekiem, eufemistycznie mówiąc, trudnym w pożyciu i nie był w stanie zawrzeć porozumienia z wynalazcą elektrycznego rozrusznika. Wobec czego model T był uruchamiany korbą aż do 1919 roku. Jednak jako pojazd projektowany i produkowany dla zupełnie innej półki, był wystarczająco mocny, aby poruszać się samodzielnie po wiejskich drogach lub służyć jako ciężarówka w miastach. 

Po wprowadzeniu do produkcji modelu z elektrycznym rozrusznikiem rozpoczęła się kolejna część kariery legendy. Ford T był wówczas raczej zacofanym, a pod koniec lat 20-tych już zupełnie przestarzałym samochodem, ale był całkowicie praktycznym pojazdem do codziennego użytku, nie wymagającym ani specjalnej siły, ani umiejętności technicznych i mechanicznych do obsługi. I to wtedy, we wczesnych latach 20-tych model T stał się pojazdem naprawdę masowym. Produkcja sięgała 2 mln sztuk rocznie i w istocie samochód stał się rzeczą dostępną dla każdej nieco zamożniejszej rodziny. Ale jeszcze absolutnie niedostępną dla robotników pracujących przy taśmie, a tak przecież brzmi część tej durnej opowieści serwowanej w szkołach "że Ford płacił dużo robotnikom, aby kupowali jego samochody". Abstrahując od tego, że to jest metoda na barona Munhausena

Robotnicy przy taśmie Forda zaczęli dobrze zarabiać w 1914 roku, 7 lat przed tym, zanim zamożniejszych z nich było stać na samochody i nie miało to żadnego z związku ze "stymulowaniem popytu". Akurat ten kawałek legendy jest bardzo, bardzo piękną bzdurą chętnie powtarzaną przez propagandzistów "ekonomii skapywania" (trickle-down economy), zwłaszcza, że odnosi się do człowieka o poglądach, sposobie bycia i traktowaniu otoczenia takiego jakie miał Henry Ford. 
Przyczyna była znacznie bardziej prozaiczna. Po obniżce cen zamówienia wzrosły, wykwalifikowanych mechaników nie było, a nawet jak byli, to mogli pracować w lepszych firmach. Pod względem traktowania załogi każda była lepsza. Taśma pozwoliła na zastąpienie sporej ich części niewykwalifikowanymi, ale samo zatrudnienie niewykwalifikowanych nie załatwiało sprawy. O robotników było bardzo łatwo, bo każdy rozsądny człowiek chciał zetknąć się z produkcją zaawansowanej technicznie i przyszłościowej rzeczy jaką był samochód, nawet tylko przy taśmie. Starczyło popracować kilka tygodni i już można było szukać pracy jako pomocnik w warsztacie naprawczym, czy montażu w lepszych firmach. 
Taki poziom rotacji załogi zagrażał jakości i rytmowi pracy do stopnia zagrożenia dla istnienia firmy. I to, dokładnie i tylko to, było przyczyną niesłychanej podwyżki.  Ford był pod każdym możliwym względem najgorszym pracodawcą jakiego można sobie wyobrazić. W mieście, które rosło jak na drożdżach, w którym ówcześnie permanentnie brakowało rąk do pracy, nie było innego wyjścia. Zwłaszcza, że Ford nie lubił kolorowych ani Żydów, to wybór pracowników miał znacznie bardziej ograniczony niż konkurencja. 
I tyle. Legenda pozostała i żyje. Legendarny pojazd stworzony przez znakomitego inżyniera, człowieka o twórczym i otwartym umyśle, kiedy chodziło o inżynierię materiałową i mechanikę. Tysiące Fordów T jeździ do dziś, już nie jako przedmioty codziennego użytku, ale jako sprawne i niezawodne zabytki techniki.
Żyją też legendy stworzone na temat ekstremalnego rasisty, ksenofoba i człowieka głęboko niezdolnego do jakiejkolwiek współpracy międzyludzkiej, który jest przedstawiany jako humanitarny geniusz współczucia i dbania o dobro bliźnich, najczęściej przez tych, którzy siebie i innych widza tak samo.

O finansowaniu partii i co z tego wynika

O powiązaniach Trumpa z Kremlem jest wystarczająco głośno, aby każdy kto chce już usłyszał. Medialne tuby propagandowe już roznoszą teksty "i co z tego?" oraz "Clinton też", a co większe bałwany nawet w to wierzą. 
Są to bardzo, bardzo rożne sytuacje. 
Zacznijmy od podstaw: w USA nie ma żadnego finansowania partii politycznych z budżetu. Ani dotacji na działanie w żadnej postaci, ani czasu antenowego w publicznych mediach, ani nawet jakikolwiek miejsc, gdzie partie polityczne mogą prezentować bezpłatnie swoją agendę. 
To w skrócie oznacza, że skądś trzeba mieć naprawdę duże pieniądze, aby w ogóle funkcjonować w polityce. To oznacza, że zarówno sami politycy, jak też, jeszcze bardziej, partie polityczne muszą, po prostu muszą dogadywać się ze sponsorami i lobbystami, aby w ogóle działać. Część, drobna część polityków jest na tyle charyzmatyczna, rozpoznawalna i ma opinię bycia przyjaciółmi szerokich mas, że może się bez tego obejść i finansować swoją działalność polityczną dzięki masowemu wsparciu przeciętnego społeczeństwa. Ale to są absolutne wyjątki, zawsze były i zawsze tak będzie. Kto twierdzi inaczej, ten nie bardzo zdaje sobie sprawę ze skali potrzebnego kapitału oraz, co najważniejsze, wysiłku jaki trzeba włożyć w pozyskanie, a jeszcze bardziej różnicy tego wysiłku dla pozyskania pieniędzy od małych darczyńców v. dużych sponsorów i lobbystów. Zwłaszcza ci ostatni sami przychodzą i wciskają forsę. 
Cyniczną ostatecznością w takim systemie jest stworzenie partii politycznej, która faktycznie jest biurem sprzedaży ustaw i koncesji. 
Jest to system polityczny znany i z Polski, zwłaszcza sprzed regulacji dotyczących budżetowego finansowania partii politycznych. Najbliżej ideału komercyjnej partii politycznej był chyba Kongres Liberalno- Demokratyczny, ale większość polskiej sceny politycznej lat 90-tych daleko nie odbiegała.

Odrzucając wszystkie pojedyncze decyzje (bo wynikały one z konkretnych interesów w danym czasie i miejscu), śmiało możemy porównać dzisiejsza Partię Republikańską właśnie do KL-D. Żaden jasny, spójny i konkretny program nie istnieje. Istnieją za to pojedyncze interesy.
Tak jak w czasach udziału KL-D w rządach, kiedy jednym z elementów programu było przekazanie prasy lokalnej w ręce kilku niemieckich koncernów, tak i tego typu rzeczy są nawet opisane w programie Republikanów. Swoją drogą kwestią prasy akurat zajmował się jeden z bardziej ambitnych działaczy tej partii, później znacznie bardziej znany i rozpoznawalny dzięki kaszubsko brzmiącemu nazwisku i niezwykle rzadko spotykanemu w Polsce imieniu.
Prawdopodobnie istnieli ludzie, którzy brali deklaracje i kampanię marketingową liberałów za dobrą monetę, ale na szczęście nie było ich zbyt wielu. "Gdańscy liberałowie" w czystej postaci już nie mieli czego szukać w polityce, później zawierać kompromisy ze środowiskami które miały jakiekolwiek spójne poglądy i możliwość przekonania wyborców na zasadzie innej niż nachalnego marketingu. To jest wyższa forma organizacji politycznej. Połączenie jakiś, jakichkolwiek, realnie istniejących środowisk, zainteresowanych życiem politycznym z ideą sklepiku z ustawami i koncesjami. W mniej więcej taki sposób powstała Unia Wolności, jako nowa jakość wynikła z połączenia dwóch kompletnie skompromitowanych partii. Na jedne wybory wystarczyło zanim tę partię znów wyborcy posłali w ch... Ale były i pieniądze, jak zawsze, i jakaś baza oddanych wyborców, więc można było dalej działać, potem znowu zmienić szyld, i tak dalej.
Bardzo, bardzo podobną instytucją jest Partia Republikańska. Ciężko o ustalenie jakiejkolwiek spójnej ideologii, czy wizji państwa lub społeczeństwa reprezentowaną przez tę grupę polityków. 
Za to reprezentacja konkretnych interesów- aaa, to zupełnie inna sprawa. Wiadomo, że chodzi o to, aby przemysł naftowy, zbrojeniowy i branża amerykańskiej pseudoopieki medycznej zarabiały jak najwięcej, a w szczególności zarabiać mają udziałowcy firm w tych branżach. Za to politycy biorą pieniądze dokładnie od tych udziałowców. 
Na dziś pewna komplikacja polega na tym, że to wszystko powoli przestaje działać. Idea nachalnej propagandy, którą przykryje się zwyczajne złodziejstwo jest tylko na tyle dobra, na ile skuteczna jest propaganda. W epoce kontrolowanej przez rząd prasy a następnie telewizji to mogło działać zupełnie dobrze. I działało. Całkiem spora część publiki wyczuwała fałsz, lecz poza oddaniem władzy drugiej partii nic się nie dało zrobić. Druga partia działa w takim samym systemie, więc nie może się dużo różnić. Jednak jeśli jedna z partii jest po prostu sklepikiem z ustawami, to te osoby, które mają zamiar służby publicznej w większości znajdują się w tej drugiej. Wśród innych jej działaczy, na przykład tych, którzy muszą zawierać umowy ze sponsorami i znajdować fundusze na działalność polityczna. 

To pokazuje jak ważne jest finansowanie partii politycznych przez państwo. Najlepiej z budżetu, ale pewnie inne metody jakoś by działały. Tak czy inaczej, partie i politycy powinny być odcięci od lobbystów, a skądś pieniądze muszą mieć.

Ale powyższy opis jest stanem statycznym. Dołóżmy do tego odrobinę dynamiki w postaci coraz lepszej komunikacji między ludźmi z pominięciem masowych mediów. Najbardziej ordynarne kłamstwa i naciąganie publiki w epoce gazet i telewizji mogło zupełnie dobrze działać. W epoce Twittera polityk, który swoją zarozumiałością przykrywa brak minimalnego rozumienia świata i działanie wyłącznie jako marionetka lobbystów staje się nie mężem opatrznościowym, a obiektem kpin. I to bardzo szybko. 

Stąd dla partii "sklepik z ustawami" rozwiązania są dwa. z których jedno jest niemożliwe. Pierwsze rozwiązanie to przyjąć jakąś ideologię, która może mieć związek z działaniem na rzecz dobra wystarczająco dużej grupy wyborców. To jest niemożliwe, bo oznaczałoby zmianę filozofii działania. Dlatego pozostaje opcja druga, czyli więcej tego samego. Aby zamieszać w głowie wystarczającej liczbie wyborców potrzeba było spowodować dezorientację w debacie publicznej oraz doprowadzić ją do pewnego poziomu agresji, aby nie można było prowadzić normalnej debaty (bo w spokojnej dyskusji politycznej ktoś mógłby zapytać o konkrety, zwłaszcza dotyczące interesów sponsorów). W epoce telewizji wystarczyło mieszać za pośrednictwem wystarczająco głupiej i agresywnej publicystyki telewizyjnej. W epoce Internetu trzeba tę dezorientację i agresję wznieść na znacznie wyższy poziom. 
W epoce telewizyjnej wystarczały odpowiednie kontakty z mediami. Często sama idea "sklepiku z ustawami" już to załatwiała automatycznie, bo właściciele mediów tez byli zależni od tych samych sponsorów z wielkimi pieniędzmi. W epoce Internetu to nie wystarcza. Na rozbijanie dyskusji publicznej, czyli mieszanie w głowach i promowanie agresji potrzeba znacznie więcej pieniędzy i możliwości. To oznacza, że trzeba sprzedać więcej i drożej. Targować się, ale nie przejmować niczym i nikim. 
I w taki oto sposób przebyliśmy ewolucję Partii Republikańskiej od Ronalda Reagana do Donalda Trumpa. Aktora, który miał swoją historię sukcesów, dobrą grą przykrywał prywatyzację wszystkiego i dokładne rozwalanie państwa w imię interesów wielkich koncernów. Ale nie sposób mu było zarzucić braku patriotyzmu, czy robienia działań sprzecznych z podstawową racja stanu. Owszem, większość polityki wewnętrznej była nastawiona na zwiększanie długu, niszczenie amerykańskiego przemysłu i klasy średniej, ale od szkodzenia masom społeczeństwa do zdrady kraju jest bardzo daleka droga. 

A dziś mamy Donalda Trumpa. Faceta, który całym swoim życiem udowodnił, ze w kategorii niemoralnego traktowania kontrahentów i nachalnej sprzedaży nie ma dla niego granic. Pozbycie się lokatorów przez olanie utrzymania budynku- nie ma sprawy. Nie zapłacenie podwykonawcom- a co za problem?  Taktyczne bankructwa aby wyrolować wszystkich? No big deal.
Poziom agresji w zachowaniu prywatnym i publicznym- nie do przebicia. 

W skrócie- kandydat zupełnie idealny dla partii politycznej działającej na zasadzie skorumpowanego biznesu, kiedy sprawy zaczynają iść źle. Prawdziwy problem polega na tym, że kiedy miejsce to zajmie właśnie prawdziwy fachowiec od konfliktowania wszystkich z wszystkimi i brania każdej możliwej forsy w każdy możliwy sposób, to jego klęska będzie już ostateczną kompromitacją. Dalej nie ma nic. Jest albo uczciwa dyskusja polityczna w celu rozsądnego kierowania państwem, albo destrukcja do poziomu delegitymizacji, czy wręcz dehumanizacji przeciwnika. Albo marginalizacja partii działającej w taki sposób. Tak jak znikł KL-D (choć niestety jego działacze wrócili), tak i ma szanse zniknąć Partia Republikańska. Na razie taka perspektywa jest zbyt odległa i wydaje się niemożliwa, ale naprawdę kandydatura Trupa jest tak ekstremalna, że dalej wszystko może się wydarzyć.
Zaczynając od faktycznego podziału GOP na dwie części- jedna sponsorowaną przez braci Koch oraz Rosję i drugą, która ma jakiś umiar w tym od kogo bierze forsę. Kampania wyborcza potrwa jeszcze trzy miesiące. Każdego dnia poziom konfliktu i agresji będzie rósł, ale i każdego dnia umiarkowani będą uciekać z obozu Trumpa, a jego zwolennicy konsolidować się w sekcie. 
Będzie zabawnie. Co prawda bardzo mało zabawnie gdy wygra, i to dla nas wszystkich, ludzi na świecie, ale przynajmniej w kampanii można się trochę ubawić.  

A tu dla przypomnienia kilka słów o polityku, który wiedzę miał podobną, znacznie więcej sprytu, ale nie odziedziczył miliarda dolarów i nowojorskich polityków, którym tatuś zasponsorował całą karierę:
https://www.youtube.com/watch?v=MbfsdC1Pxlc



Turcja i okolice, czyli historia bardzo przyspieszyła

Nieudolny zamach stanu w Turcji jest rzeczą potencjalnie bardzo, bardzo ważną. 

Na teraz nie jest szczególnie istotny jego przebieg, ani to, czy był planowany, zarządzony przedwcześnie, czy był od początku prowokacją Erdogana. Ważne są skutki i dalsze potencjalne zdarzenia.
Skutkiem, który nastąpił od razu i będzie mieć największe konsekwencje, jest konsolidacja władzy przez tureckiego sułtana dyktatora prezydenta. Opozycja została zlikwidowana. 

Jakie znaczenie ma jakaś tam próba zamachu stanu w jakimś kraiku? Mniejsze lub większe. Ale jeśli ten kraj kontroluje ważną cieśninę, ma drugą co do wielkości armię NATO oraz jest prawie otoczony pełnym zestawem kryzysów międzynarodowych, to sprawa wygląda nieco poważniej. 

Turcja jest mniej lub bardziej kluczem, a co najmniej istotnym graczem w sprawach Syrii, Armenii i konfliktu z Azerbejdżanem, relacji Iranu ze światem, Krymu, dostępu rosyjskiej floty do Morza Śródziemnego, w mniejszym stopniu kwestii greckiej, ale przecież w niej też ma znaczenie. O takim szczególe jak kwestia podziału Cypru nie warto wspominać... To są wszystko jednak drobiazgi. Dokładnie i wyłącznie polityka Turcji decyduje o przebiegu i skali kryzysu uchodźców w Europie oraz o kwestii kurdyjskiej. 
Rzecz jasna, w żadnej z tych spraw nie rozstrzygają wyłącznie decyzje Ankary. Ale w każdej z nich coś ma do powiedzenia. 

Na każdą z nich mają wpływ decyzje jakie może podjąć turecki władca. A od kilku dni, od nieudanego zamachu stanu, może tych decyzji podjąć więcej różnych i spotkać się ze znacznie mniejszym sprzeciwem opozycji.

A co go właściwie dotychczas ograniczało? 

Najładniej powiedzieć- podstawowe zasady ustrojowe państwa. Bynajmniej nie chodzi tu o jakieś głupoty sądownicze i parlamentarne. To w Turcji nigdy nie stanowiło problemu. Co stanowiło?

Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba wrócić się do początków nowoczesnej Turcji, czyli czasów zaawansowanego rozkładu Imperium Osmańskiego. 

W początkach ubiegłego wieku było wyraźnie widoczne, że sukcesem organizacyjnym i politycznym są państwa narodowe, z pewnym wskazaniem na nieliczne wówczas republiki. Wielonarodowe monarchie cechowały się dysfunkcjonalnością i wydawały się anachronizmem. Religia jako czynnik jednoczący państwo już zwyczajnie nie działała. Dlatego bardzo wyraźnie sypało wielonarodowe imperium katolickie, tak samo jak wielonarodowe imperium muzułmańskie. 

W CK monarchii rosły w siłę ruchy narodowe, które potem zagospodarowały gruzy po niej. W anachronicznej monarchii muzułmańskiej była grupa, która zdawała sobie sprawę z kierunku w jakim podąża zarówno CK monarchia, jak też Imperium Osmańskie. Sami określili się jako młodoturkowie. Ich wizja polegała na uratowaniu państwa przez przekształcenie się w nowocześnie zarządzaną narodową monarchię konstytucyjną lub republikę. OK, fajnie, ale monarchię jakiej narodowości? Żadna nie stanowiła większości. Ale dominującą narodowością byli Turkowie. A co najmniej wśród tej grupy reformatorów. 

Wobec czego pozostało drugie pytanie-  jak stworzyć państwo tureckie, a wielkim obszarze zamieszkałym przez Ormian, Kurdów, Arabów, Greków, Bułgarów, etc. 
Ruch ten faktycznie objął władzę i w 1908 roku doprowadził do detronizacji sułtana. A następnie rozpoczął politykę dyskryminacji wszystkich narodowości nietureckich, co częściowo przyczyniło się do kolejnych wojen bałkańskich i wojny z Włochami. Zakończyły się one odebraniem Imperium prawie wszystkich terytoriów europejskich i afrykańskich.
W ten sposób, został rozwiązany problem mniejszości słowiańskich, częściowo greckich i oraz Tuaregów.  

Ruch młodoturecki był w sporej części (ale i reszta elit także) zafascynowany państwem narodowym o największych widocznych sukcesach- czyli Niemcami.  Jedną z rzeczy, która na pewno zrobiła wrażenie na młodoturkach było rozwiązanie kwestii narodowościowej w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej. Nie wchodząc w szczegóły- niemiecka armia kolonialna bardzo sprawnie dokonała ludobójstwa na większości populacji narodów Herero i Nama.
I to dla nich stało się wzorem rozwiązania kwestii ormiańskiej, greckiej, kurdyjskiej i arabskiej. Tak mogłoby powstać narodowe państwo tureckie, nowoczesne w formie i treści. 
Ta fascynacja Niemcami i wzajemne dobre relacji sprawiły, że gdy wybuchła wojna światowa, Imperium Osmańskie znalazło się po stronie państw centralnych. Czyli później przegranej. kilku milionom Ormian życia to nie uratowało, ale tym, którym zdążyła pomóc armia rosyjska- już tak.
Podejrzewam, że dokładnie takie plany jak eksterminacji Ormian były też przygotowywane wobec pozostałych nietureckich narodowości. Zaraz po Wielkiej Wojnie wybuchła wojna z Grecją, która bardziej broniła swoich krajan. Większość z których musiała porzucić wszystko i uciec z wybrzeży Azji Mniejszej na dzisiejsze terytorium Grecji.  To i tak było lepsze niż podzielenie losu Ormian. Tereny zamieszkałe przez Arabów dostały się pod rządy państw europejskich i ich mieszkańcom mógł co najwyżej grozić kolonialny wyzysk, ale nie ludobójstwo (Niemcy już przecież nie miały koloni).
Pozostali Kurdowie. 
Ale w międzyczasie wojna się skończyła. Próba zmiany i utrzymania Imperium Osmańskiego skończyła się niepowodzeniem. I tak jedynym wyjściem pozostało narodowe państwo tureckie, ale bez sułtana i z zamiarem modernizacji. 
Jednym z nielicznych wybitnych dowódców sułtańskiej armii był niejaki Mustafa Kemal, po przegranej wojnie, w obliczu zamiaru kompletnego rozparcelowania dawnego imperium zaczął działać metoda faktów dokonanych. Przejmował kontrolę nad kolejnymi terytoriami, też nadzorując i organizując czystki etniczne, zwłaszcza wobec Greków. 
Kampania ta zakończyła się sukcesem, alianci pozwolili na powstanie państwa tureckiego, świeckiej republiki obejmującej praktycznie całą Azję Mniejszą. W której już nie było Ormian ani Greków. 
Prezydentem, dożywotnim rzecz jasna, tego państwa został Mustafa Kemal. Który w ramach kampanii modernizacji kraju nakazał wprowadzenie nazwisk. I sam przyjął skromne nazwisko Ataturk. 

To są prawdziwe zasady ustroju Republiki Tureckiej. Kult Ataturka, świeckość, ważna rola armii, turecki szowinizm, ale bez ludobójstwa. Tak, to ostatnie, zupełnie bez przesady, to granica na której cały czas znajduje się Turcja. Ale jeśli ją przekroczy to pierwszym celem są Kurdowie. 

Ataturk był zwolennikiem państwa umiarkowanego w swoim działaniu, przynajmniej na tyle, aby mogło należeć do ogólnie pojętej zachodniej wspólnoty.
Z tego wywodziły się właśnie zasady ustrojowe. Świeckość, nawet według konstytucji gwarantowana przez wojsko, sojusz z Zachodem, modernizacja technologiczna i edukacja oraz oczywiście prymat języka i kultury tureckiej.  Jest to bardzo dalekie od zachodniego społeczeństwa opartego na demokratycznej wspólnocie, ale linią przewodnią jest nieszkodliwość dla sąsiadów. Utrzymanie się jako cywilizowane państwo w zachodniej wspólnocie. Temu służy(ła) cała sieć powiązań w tureckim państwie i wojsku, między innymi służących do hamowania zbyt radykalnych polityków. Z czego radykalizm w takich realiach to mógł być radykalizm islamski lub młodoturecki. I wraz ze zniszczeniem opozycji broniącej idei Ataturka, Turcja pod rządami Erdogana przesunie się w stronę jednej z tych dwóch ideologii. Oczywiście, teoretycznie teraz może stać się wielokulturową nowoczesną republiką w zachodnim stylu, ale to nie wydaje mi się zbyt prawdopodobne. 
Wszyscy się dziś boją i straszą islamizmem, ale akurat on nie jest tu żadnym problemem i nie będzie. Bo i niby dlaczego? Sojusz islamski z Saudami przeciw Izraelowi? To byłby problem Izraela, zresztą niezbyt wielki, bo z Turcja nie graniczą i z większymi sojuszami dawali sobie radę. 
Ideologia młodoturecka to inna sprawa. Z punktu widzenia moralności nie mamy nic bardziej obrzydliwego na tapecie, bo mówimy o ideologii ludobójczej. 
Pytanie czy Erdogan jest młodoturkiem? Wykluczając dwie pierwsze możliwości, czyli demokrację i ataturkizm, zostają te dwie- młodoturkizm i zwyczajna kleptokracja. Jak sądzę, przez pierwsze lata jego rządów wszyscy podejrzewali to drugie, że będzie zwyczajnym złodziejem i nie spowoduje żadnych większych problemów. 

Rozegranie sprawy uchodźców i obecne ataki na Kurdów pokazały, że takie myślenie było błędem. Mamy do czynienia z odrodzeniem idei Imperium Osmańskiego w zestawie ideą tureckiej czystości rasowej, a to wszystko w wykonaniu sprytnego i sprawnego polityka.

To już jest zła wiadomość. Następne będą gorsze.
Przypominam, że Turcja jest członkiem NATO i w tymże NATO ma drugą najsilniejszą armię. Ale to jest drobiazg. Najważniejsze jest to, że ma dostęp do zachodnich technologii wojskowych. Zarówno dla użytku, jak też w formie licencji produkcyjnych. 
Jeśli mówimy o zmianie kierunku polityki Turcji w stronę rewizji granic i czystek narodowościowych, to najlepszymi sojusznikami są ci którzy też z takiego planu uczynili swą politykę. Dokładnie tak samo jak III Rzesza i ZSRR byli świetnymi sojusznikami. Do czasu przynajmniej. 
Czas wrócić do najpoważniejszej kwestii- Kurdowie. Najliczniejszy dziś naród bez państwa.. choć nie do końca. Po upadku Saddama Hussaina wynegocjowali autonomię w swojej części Iraku, którą udało się przekształcić w faktycznie niepodległe i funkcjonujące państwo. Teraz są dobrymi i sprawnymi sojusznikami Zachodu. Zapewniają stabilność w kurdyjskiej części Syrii oraz piechotę w walce z ISIS. Wszędzie, oprócz Iranu, Kurdowie byli obywatelami drugiej kategorii. Dziś, we własnym państwie mogą żyć względnie normalnie. Tak samo jak Kurdowie w Syrii, przynajmniej jak na warunki państwa w stanie upadku.
Tymczasem samo istnienie narodowości kurdyjskiej jest w ramach ideologii młodotureckiej niedopuszczalne. Czy Erdogan podziela tę opinię? Czyny wskazują, że tak. 
Kurdowie, jak każdy naród, też są podzieleni. Kurdowie Tureccy przez dziesięciolecia otrzymywali wsparcie z ZSRR, siłą rzeczy ich reprezentacja uległa wpływom Kacapii. Tego raczej nie da się powiedzieć o Kurdystanie. Pozostaje pytanie na ile władze i społeczeństwo prawie niepodległego Kurdystanu poczują się do obowiązku pomocy rodakom. 
Nie potrzeba żadnych mocnych deklaracji. Wystarczą zwykłe działania dyplomacji. I może się okazać, że gdzieś za kulisami doszło do odwrócenia sojuszy. W sposób zupełnie naturalny państwa Zachodu, czyli też NATO, będą wspierać swojego lojalnego sojusznika, czyli Kurdystan, a z nieufnością traktować dotychczasowego sojusznika, czyli Turcję, której władze podważają ideologię państwa z której ten zachodnie sojusz wynika. 


Całkiem sporą, sfanatyzowaną przez propagandę i przeszkoloną wojskowo populacją dysponuje Rosja. Na szczęście dla Polski i świata, Kacapstwo nie jest w stanie samodzielnie wymyślić i wdrożyć młotka, a ostatni poważny transfer technologii miał miejsce przy okazji wyłapywania niemieckich naukowców i techników w 1945. Turcja cały czas ma dostęp do zachodnich technologii, w tym możliwość i umiejętność licencyjnej produkcji oraz własnego projektowania i rozwoju. 
Są to rzeczy, za które Rosja zapłaci dosłownie każdą cenę. Rosji wcale nie jest potrzebny żaden sojusz, ani żadne formalne i publicznie ogłaszane umowy. Wystarczy możliwość kopiowania technologii. 
Czyli mamy dwóch zbrodniarzy, z których jeden jest w stanie zyskać bardzo, bardzo wiele na współpracy z drugim, a obaj nie cofną się przed niczym, aby realizować swoje cele. W końcu obaj mają na rękach krew swoich poddanych współobywateli. 
Co Rosja ma do zaoferowania? Teoretycznie niewiele. Praktycznie też na tyle mało, że zapłaci każdą cenę jaką Erdogan sobie zażyczy. I prawdopodobnie będzie mniej lub bardziej oznaczało to wycofanie się Rosji z regionu Kaukazu i Bliskiego Wschodu i oddanie Turcji swoich wpływów i interesów. 
Czyli klasyczny podział stref wpływów. 

W takim razie spójrzmy na mapę. Pierwsze sprawa to Armenia. W czasie pierwszej wojny światowej Turcy starannie skorzystali z doświadczeń niemieckich w Afryce, a może i doradców i całkiem podobną metodologią prawie wymordowali Ormian. Prawie, bo akurat rosyjską armia na Kaukazie dowodził generała, który miał pojęcie o swojej robocie. Przy okazji stanowił on połowę kompetentnych generałów w carskiej armii. W związku z czym, zanim osmańska armia wymordowała i wygnała na pustynię wszystkich Ormian, linia frontu zdążyła się przesunąć i uratować sporą ich część.  Co do dziś pamiętają. Jest to jedyny w historii przypadek, gdy Moskale naprawdę kogokolwiek wyzwalali i mu pomogli, stąd Ormianie są jedynym narodem mającym pozytywna opinię o państwie rosyjskim, przynajmniej z tych, które bywały w zasięgu Moskwy.
Następnym sąsiadem jest Irak, a właściwie Kurdystan, który co prawda teoretycznie jest częścią Iraku, ale w rzeczywistości jest to samodzielne państwo. Które własnie powstaje jako państwo narodowe, jedne z nielicznych w tamtym regionie. 
A kolejnym sąsiadem jest Syria, a właściwie jej ruiny. Kraj, którego głupia i skorumpowana władza trzymała w stanie stagnacji, ani szczególnej biedy, ani specjalnego rozwoju i tak sobie mogło to trwać dopóki były pieniądze i dopóki zmiany klimatyczne nie wysadziły w powietrze połowy rolnictwa w kraju. Rosnąca bieda i tłumy bezrobotnych bez kwalifikacji w połączeniu z tępym dyktatorem to była mieszanka wybuchowa. W końcu beczka prochu wybuchła, kraj został zrujnowany do reszty, Liban i Jordania ponoszą koszty ekstremalnie wielkiego napływu uchodźców, których próbują utrzymać, choć ewidentnie żadnego z tych krajów na to nie stać. Dla odmiany Turcję na to bez trudu stać, ale lepiej ich wykorzystywać w nieludzkich warunkach, a jeszcze lepiej pomóc zorganizować mafię przerzucającą ich do znienawidzonej Grecji.   
Ale to nie koniec złych konsekwencji.
Jeśli dojdzie do porozumienia dwóch morderców, i porozumienie to będzie opierać się na podziale stref wpływów, czyli w swej istocie powrotowi do 19-ego wieku, to siły Rosji wycofane z Kaukazu i Bliskiego Wschodu będą mogły znaleźć się gdzie indziej. Co w połączeniu z możliwością modernizacji armii jest tą właściwą bardzo złą wiadomością. 

Ta bardzo zła wiadomość brzmi- jeśli dojdzie do porozumienia Putin- Erdogan, a porozumienie takie jest bardzo opłacalne dla obu stron, to możliwą konsekwencją jest znacznie zwiększenie armii rosyjskiej możliwej do rozdysponowania na innych frontach, oraz co gorsza, skok technologiczny w zakresie sprzętu.
Przypomnę na przykład, że obecnie w Rosji nie ma żadnej firmy, która byłaby w stanie stworzyć działający układ przeniesienia napędu dla czołgu ważącego więcej niż ok 40 ton. T-90 jest nieco cięższy, ale kosztem gigantycznego spadku niezawodności. A w tej masie nie da się zbudować pojazdu, który byłby odporny nawet na lekkie rakiety ppanc. najnowszej generacji. Ale jeśli dostaną nawet tylko kompletne powerpacki z Turcji, to propagandowa "Armata" może stać się naprawdę działającym, może nawet nowoczesnym czołgiem. I pełno innych, podobnych drobiazgów. 

W skrócie: to jest czas, aby naprawdę śledzić wiadomości. Nie jakieś głupoty o tym kto i gdzie się wysadził, tylko prawdziwe wiadomości. A relacje pomiędzy dwoma bandziorami z potężnymi armiami są naprawdę ważne. A jeśli (kiedy?) tych dwóch się dogada, to będzie czas, aby bardzo poważnie przemyśleć kwestię ścieżki ewakuacji z Europy Środkowej. Przynajmniej dla rodziny.