Prawybory w USA i niewidzialna rewolucja

Popularność Donalda Trumpa trzyma się w okolicach 40%. W miarę od początku kadencji. Po dość przypadkowo wygranych wyborach, dość szybko spadła do tego poziomu i się trzyma. Więc dla zrozumienia sytuacji w USA trzeba się nieco pochylić nad tym wynikiem.
Donald Trump jest z zawodu oszustem, od wielu lat współpracownikiem rosyjskich służb i co za tym idzie człowiekiem zawsze działającym na korzyść lobby naftowego, które i w USA jest silne.
Ale do tego jest zatwardziałym rasistą. Nie od wczoraj, tu jest długoletnia historia jego decyzji politycznych i biznesowych. I nienawiść rasowa jest jedyna rzecz, co do której z całą pewnością można stwierdzić, że ceni bardziej niż pieniądze. Bo podejmował decyzje biznesowe, które były ekonomicznie bez sensu i przynosiły tylko straty, ale przynajmniej mogły upadlać osoby o innym kolorze skóry. Jak prezydent kontynuuje tę linię, codziennie udowadnia, że w kategorii niszczenia życia, upadlania i mordowania hiszpańskojezycznych, Indian i czarnych nie ma dla niego hamulców ani kosztów nie do poniesienia.

I to gwarantuje mu około 20% elektoratu, w tym wygraną w większości południowych stanów. To jest elektorat, którego nie interesują żadne inne sprawy i Donald Trump jest dla tej grupy jednym z najlepszych prezydentów w historii. Prawie porównywalnym z Andrew Johnsonem. Który swoją drogą też był podmiotem impeachmentu i też mu się udało (też, bo zakładam, że Trump zostanie uniewinniony).

Jak widać ma jednak jeszcze jakiś zwolenników w reszcie elektoratu. Co też nie jest niczym dziwnym, patrząc na to, że największa stacja telewizyjna nie zatrzyma się przed żadną manipulacją, aby tylko go wybielać. Oraz na to, że tak naprawdę to Partia Republikańska istnieje w całych USA i w sporej części ma monopol na władzę, bo Partia Demokratyczna zwyczajnie się wycofała i w dużej części jej nie ma, ani na Południu, ani na Midweście, na południowym Zachodzie istnieje częściowo. Wobec tego, ludzie są otoczeni przez zwolenników jednej partii i zmonopolizowanego przekazu medialnego.

I w takich warunkach Trump buja się w okolicach 40% poparcia. Przy amerykańskiej ordynacji wyborczej, w końcu przygotowanej po to, aby zwiększyć wartość głosów właścicieli niewolników to jest sporo, ale jednak za mało aby wygrać wybory.

W USA jest dość łatwo zdobyć reelekcję, ale akurat Trump ma sporą szansę być wykopanym z urzędu po pierwszej kadencji. I dołączyć do sporej części swoich współpracowników w federalnych zakładach odosobnienia, bo właściwie całe jego towarzystwo już tam jest i to jest największe nagromadzenie kryminalistów w administracji od czasów Reagana. Choć akurat część tych którzy siedzą to są prominenci z czasów Reagana, których wtedy zapomniano zamknąć.

Tak wygląda sytuacja. Na to się nakłada poziom nierówności społecznych rosnący już powyżej komicznego do rewolucyjnego i skala korupcji w gospodarce i polityce zabijająca innowacyjność i spójność społeczną. W skrócie- bogaci się dalej bogacą, biedni biednieją, a klasa średnia jest w fazie przyspieszonego zaniku. I to powoduje zanik mobilności społecznej, perspektyw dla dzieci i wzrost pospolitej przestępczości.

W takiej sytuacji społecznej polityka kontynuacji i popierania status quo jest po prostu niepopularna. Spotyka się w najlepszym przypadku z apatią. I właśnie apatia jest najważniejszym uczestnikiem wyborów w USA. Która jest jeszcze wspomagana przez manipulacje wyborcze. Jedno i drugie to są po prstu dwie częsci tej samej akcji politycznej, czyli zmniejszania liczby głosujących. Co bardzo starannie, od lat robi Partia Republikańska.  Konkretnie był to pomysł Richarda Nixona, aby przekonać do zmiany szyldu białych rasistów z południa USA i za wierne głosowanie pozwolić im pozbawiać praw wyborczych czarnych. To zadziałało i zostało twórczo rozwinięte w reszcie USA. W międzyczasie wielki biznes naciskał (po prostu nie finansując) na Partię Demokratyczną aby ta wycofała się z mniejszych stanów. Farmerskie regiony Środkowego Zachodu i tak były zawsze matecznikiem Republikanów, więc łatwo poszło. Ale konsekwencją tego było oddanie Senatu już właściwie na stałe w ręce Partii Republikańskiej.
Która była oczywiście częścią establishmentu i jako taka straciła poparcie i legitymację polityczną po 2009 r.
Więc w 2016 roku starła się kandydatka zadowolonego centrum i kontynuacji, co powodowało zwycięstwo apatii i kandydat obiecujący zmianę, a jednocześnie powrót do polityki rasizmu.

Najbliższe wybory będą trochę inne, ale tylko trochę. Trump zachowa swoje 40% poparcia i ma całą machinę partyjną do dyspozycji. Wygra wybory na Midwescie i na Południu. Jeśli nawet na Południu by nie wygrał, to jego partyjni koledzy tam liczą głosy, a mianowani przez niego sędziowie rozpatrują odwołania. Do tego wystarczy, że wyborcy kontrkandydata po prostu będą mieli tak dość, że nie pójdą na wybory. W zaledwie kilku kluczowych miejscach.

W takim zarysie odbywają się prawybory w Partii Demokratycznej. Tam trwa dokładnie taki spór- czy szukać stabilności, kontynuacji i stopniowej poprawy, czy jednak jest czas na poważną zmianę zarówno w partii jak też reorganizację państwa i społeczeństwa w stronę modelu europejskiego, dość ewidentnie lepiej działającego.

Oczywiście kontynuacja dotychczasowego jest zawsze łatwiejsza, a przede wszystkim każda większa organizacja broni się przed zmianą rękami i nogami, bo nawet jeśli cała działalność organizacji straciła jakikolwiek sens, to comiesięczny przelew dla jej pracowników ma nadal całkowity sens, przynajmniej z ich punktu widzenia.

Więc biurokracja Partii Demokratycznej tak intensywnie jak może wyciąga i promuje kandydatów Wielkiej Kontynuacji. W pierwszej kolejności to jest Joe Biden, na początku przedstawiony jako oczywisty zwycięzca prawyborów, które powinny być wyłącznie formalnością. Same wybory pewnie też by były formalnością, bo Trump mógłby bez trudu przedstawić Bidena jako promionentnego członka elit, które doprowadziły przeciętnego Amerykanina do dziadowskiego miejsca gdzie się obecnie znajduje. Choć to akurat byłaby narracja zupełnie niepodobna do Trumpa, bo w dużej części prawdziwa.

Widząc żałosną słabość Bidena, dość szybko zleciało się całe stado różnych kandydatów, wszystkich z nich chyba nikt nie zna, a pewnie mało kto nawet ich dokładną liczbę. I całkiem istotna część z nich stała się w jakimś stopniu rozpoznawalna, mogła mniej lub bardziej podjąć walkę. Choć mimo wszystko raczej skazaną na porażkę. Ale uzyskując poważny wynik w podzielonym konwencie wyborczym zawsze można coś utargować.

Na deser do tej zabawy włączył się Bernie Sanders. I wywrócił stolik. Bo z grubsza rzecz biorąc zaproponował, aby po pierwsze zrobić normalny system opieki zdrowotnej, taki jak w Europie. Po drugie wszystkich ludzi traktować jak ludzi, w tym zlikwidować niewolnictwo i po trzecie rozpocząć program inwestycji w celu odstawienia paliw kopalnych, czyli Green New Deal.

To w dość oczywisty sposób szkodzi bardzo wielu interesom, w szczególności ekstremalnie skorumpowanemu i wpływowemu lobby medycznemu, ale przecież nie tylko. Nafciarze, lobby zbrojeniowe, tradycyjni producenci samochodów, a nawet monopoliści z Krzemowej Doliny. W skrócie prawie cały biznes. Czyli przy okazji media też.

Co według tradycyjnych zasad polityki w USA oznacza, że Sanders nie ma żadnych szans i nie jest poważnym kandydatem. Tyle że ta dawna Ameryka, ze swoimi regułami gry poszła w p... w 2009 roku i jej nie ma. Istnieje jako wyobrażenie, bo brak jest nowego systemu i wszyscy próbują się jakoś orientować, więc udają, że stary świat się nie zawalił.

Sanders doskonale zdaje sobie z tego sprawę i działa stosownie do tego. Jest więc zwolennikiem odcięcia dopływu wielkich pieniędzy do polityki. Oczywiście zwolennikiem można sobie być wszystkiego, tu kwestia polega na tym, że nie tylko nie przyjmuje pieniędzy od biznesu (których i tak by nie dostawał), ale przede wszystkim zorganizował alternatywny sposób finansowania. Rozpoczął to już w 2016, ale po zakończeniu kampanii wyborczej nie zaprzestał tworzyć organizacji. W dużej części alternatywnej wobec Partii Demokratycznej.
I to jest absolutnie najważniejsza rzecz w całych tych prawyborach, będzie w wyborach i bym zaryzykował twierdzenie, że:


 zdefiniuje politykę na najbliższe dziesięciolecia

Tak, dziesięciolecia.

Organizacja Berniego Sandersa robi całkiem sporo, ale nie na darmo oligarchia tak modyfikowała system polityczny i wyborczy, aby liczyło się tam cokolwiek innego niż pieniądze. Do pewnego stopnia można pieniądze uzupełnić pracą wolontariuszy, ale tak naprawdę liczy się kasa.

I to co ma prawdziwe znaczenie, to to, że Sanders zhakował ten system. Jego nie finansuje oligarchia, ale ma pieniądze. I istnieje realna szansa, że będzie mieć ich wystarczająco. Pod względem ilości zebranych środków na kampanię jest pierwszym miejscu i reszta stawki daleko za nim. Nawet Biden.

Jak to zrobił?

Prosto- jest sobą, proponuje wprowadzić niesamowicie popularne pomysły do organizacji państwa, jest w tym wiarygodny, nie negocjuje idei, polityki, ani ustaw za forsę i buduje dokładnie taką markę.
Nazywa to rewolucją (ach, ten amerykański przesadyzm na każdym kroku) i prosi o drobne wpłaty. Znaczy naprawdę drobne. Średnia wielkość wpłaty na kampanię w 2016 wynosiła 27 USD. W tej kampanii wynosi obecnie 18 USD i jeszcze ma szansę spaść.
Ale za to w obecnej kampanii wpłaciło około 5 milionów ludzi. 5 milionów!! Jest to ilość dość spektakularna. I raczej się nie pomylę, jeśli powiem, że nigdy w historii, żadna kampania polityczna nie była finansowana przez taką ilość darczyńców. A to jest dopiero etap prawyborów!

I właśnie ten sposób finansowania, bezpośrednio przez klasę średnią/robotniczą definiuje tę kampanię i zdefiniuje politykę amerykańską najbliższych lat.

Ponieważ Sanders już teraz wprowadził do oceny kandydatów kryterium liczby sponsorów i ich średniej kontrybucji. To zostało zaakceptowane przez same władze partii i jest prezentowane jako wyznacznik popularności kandydatów wśród szerokiego elektoratu. 

Co ma ten zabawny efekt, że Pete Buttigieg ogłosił "konkurs" dla wpłacających. Jego warunki są tak ustawione, aby uzyskać jak najniższe wpłaty. Oczywiście to jest absurdalne, ale pokazuje siłę już dziejącej się zmiany i chęć mimikry przez dotychczasowy system. Burmistrz Pete, jak się go nazywa, jest całkiem poważnym kandydatem, trzymającym się na mocnym czwartym miejscu i ma sporo zalet. Pierwsza z nich do niedawna byłaby wadą: nie był i nie jest ani senatorem ani gubernatorem, a to normalna odskocznia do Białego Domu. Ale dziś tradycyjni politycy są "trochę" skompromitowani jako klasa i oligarchia, jeśli chce znaleźć kogoś kto będzie robił to co zawsze, to przynajmniej musi mieć trochę inne pochodzenie. Pete jest młody, sympatyczny i jest burmistrzem małego miasta na zadupiu, więc wygląda jak przeciętny Amerykanin, a nie jak oligarcha. 
I jeśli o oligarchach mowa, do wyścigu włączył się też Michael Bloomberg, obecnie 9-ty najbogatszy człowiek świata, a wcześniej burmistrz Nowego Jorku. Na tle Giulianiego niewątpliwie przyzwoity i kompetentny, ale jest oczywistym, że reprezentuje interesy swoich kolegów z Wall Street, co nie jest ani tym, czego USA i świat potrzebują, ani tym, czego wyborcy oczekują. I pomimo wywalenia 200 mln USD w miesiąc na reklamy, sondaże nie odbiły od zera.

I to już prawie wszyscy istotni. Został Andrew Yang, bardzo ciekawa postać. Też milioner sam finansujący kampanię, kompletnie bez doświadczenia politycznego. Jednak prezentujący program który można streścić jako egalitaryzm we współczesnej techno-wersji. Powszechny dochód gwarantowany i te okolice. Niekoniecznie dokładnie właściwe rozwiązanie problemów, ale na pewno bardzo, bardzo ciekawy głos w dyskusji. Czy o tym i o nim słyszymy w mediach? Ta..... W amerykańskich mediach, a za mini i światowych, słyszymy o Bidenie Buttegiegu i Bloombergu, choć żaden z nich nie ma nic konkretnego do przekazania.

Uważni Czytelnicy zauważą że pozostał jeden kandydat. Elisabeth Warren. Bardzo ważna osoba w tej układance, choć politycznie jest to całkiem prosta. Jest to po prostu Sanders-light. 
Powszechne ubezpieczenie zdrowotna- raczej tak, ale może nie od razu, polityka zagraniczna- trzeba poprawić, ale właściwie to kontynuujmy, etc. 
Efekt takiego kandydata jest bardzo, bardzo ciekawy. Otóż przez jakiś czas była pompowana przez media, zapewne w nadziei, że może złagodzić przekaz Sandersa, albo jednocześnie przejąć jego zwolenników, trafić do centrum i dogadać się z oligarchią. Cóż, oligarchia przejechała się na tym pomyśle koncertowo. Warren nie tylko nie przejęła wyborców Sandersa, ale dołożyła nowych, kiedy centrum przekonała do skrętu w lewo. Jednocześnie licząc na wypromowanie zamiast Sandersa nie wystawiali swoich kolegów i pozostał nieudolny Biden.
Trudno to ocenić, ale ja sądzę, że start Warren był i jest częścią jej porozumienia z Sandersem, miał na celu odwrócenie uwagi wielkiego kapitału i to zadanie wykonał. W części, bo jeśli Warren uzyska dobry wynik, to będzie świetnym pretekstem do mianowania jej jako wiceprezydenta, albo odwrotnie, z jej nominacją wice będzie Sanders.

A tymczasem schemat finansowania lewicowej (na warunki europejskie to byłaby centrowa) polityki zapoczątkowany przez Sandersa rozprzestrzenia się jak pożar i już w 2018 spowodował znaczny dopływ ludzi nie finansowanych przez korporacje do polityki i to się na pewno pogłębi, to jest po prostu rozpoczęty proces, na razie bez możliwości spowolnienia ani odwrócenia.

I to już wygrał Berni Sanders i jego ruch. Niezależnie od wyniku wyborów w tym roku, jeśli następne się w ogóle odbędą w mniej-więcej wolny sposób to po prostu wygra je europejskiego stylu zielony-socjalista. A może już te.




Rewolucja w Chile

Od kilku tygodni w Chile trwają zamieszki. Tak eufemistycznie rzecz ujmując. Zginęło już ponad dwadzieścia osób, w kraju jest stan wyjątkowy, kraj jest całkowicie sparaliżowany i zasadniczo nic nie działa, parlament został ewakuowany ze stolicy.

W skrócie to wygląda jak rewolucja.
Drobne zajawki się pojawiają gdzieś tam w mediach, ale ogólnie temat jest dla większości świata nieistotny. A niesłusznie, bym powiedział że to jedno z najciekawszych obecnych wydarzeń (a czasy przecież obfitują w ciekawe wydarzenia...)

O następnym prezydencie USA

Rozpoczynam ten tekst po raz kolejny, chyba czwarty. Poprzednie wersje, zanim skończyłem już się dezaktualizowały. Tym razem go skończę i opublikuje, nawet jeśli już będzie nieco niekatulany, co najwyżej przeczytacie o tym w końcowej części. 

ten tekst miał dotyczyć prawyborów w Partii Demokratycznej, czyli bardzo, bardzo ważnym procesie który zmierza do wyłonienia prawdopodobnego nastepnego prezydenta USA. 
Napisałem "następnego". Chyba, że jednak osoba wybrana w następnych wyborach wcale nie będzie następnym od dziś prezydentem.

Kiedy to piszę prezydentem USA jest Donald Trump. Możliwe, że kiedy będę ten tekst kończyć, to już nim nie będzie. 

Trump, od początku swych rządów prowadzi ekstremalna wersję tradycyjnego republikańskiego zamachu na republikę. Znaczy demontażu instytucji. Sąd Najwyższy już od dawna jest obszarem sporu partyjnego, a nie rozstrzygania o prawie i to oczywiście demoluje kraj. Ale zwykle trzymano się pozorów i prezydenci nominowali tam osoby, które miały spore doświadczenie i jakąś wiedzę. Wstawienie tam człowieka zasadniczo bez żadnego potrzebnego w tej robocie CV, notorynego pijaka i prawie na pewno gwałciciela jest numerem w stylu mianowania konia senatorem przez Kaligulę. Ta klasa. I to mu uszło doskonale na sucho. 
Podobnie jak mianowanie członków rodziny do wykonywania krytycznie ważnych funkcji państwowych, gdzie byli komicznie niekompetentni, wyłudzanie łapówek od wszystkich dookoła za pośrednictwem hoteli i inne podobne rzeczy, które dotychczas znaliśmy z satrapi afrykańskich i historii upadku Rzymu. 
Oczywiście nic takiego by się nie działo, gdyby nie kompletna nieudolność i paraliż decyzyjny opozycji, dezorganizacja opinii publicznej przez brak rzetelnych mediów i do tego ekstremalnie skorumpowani Republikanie na czele z przywódcą większości w Senacie. Aktualnie nazywanym Moscow Mitch, dzięki blokowaniu każdej inicjatywy mogącej zagrozić cudom nad urną oraz wzięciu solidnej łapówki od Diepraski, czyli właściwie osobiście od Putina.  

Tenże sam Moscow Mitch za drugiej kadencji Obamy, blokował wszystkie nominacje sędziowskie. Co też demontowało republike, a dziś je seryjnie przepycha, blokując debatę i przesłuchania, aby tylko robić to jak najszybciej. Co oznacza, że po prostu dwóch przestępców wspólnie obsadza hurtowo stanowiska sędziów federalnych. To jest dalszy rozkład państwa, który będzie przynosił skutki przez kilkadziesiąt lat. Możliwe, że to w końcu zabije demokracje w Ameryce. 

To jest stan polityki w USA. 

Który mógłby nas mniej obchodzić, gdyby nie jeden drobiazg. Polityka Rosji, zupełnie oczywiście, polega na tym, aby jak najdłużej podtrzymać światowe uzależnienie od ropy i ewentualnie gazu jako źródeł energii. Dlatego jest koniecznie, i robią wszystko co mogą aby spowolnić wypieranie samochodów z miast, elektryfikację transportu i dekarbonizację energetyki (znaczy rozwój OZE, bo atomem też lubią). Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że Trump realizuje dokładnie tę politykę. 

I to jest problem dla świata. Całego, każdego z nas bez wyjątku. 

Sytuacja klimatyczna jest znacznie gorsza niż przewidywały to najbardziej pesymistyczne prognozy i pogarsza się szybciej niż miała. Teraz już nikt mający kontakt z rzeczywistością nie moze oczekiwac powstrzymania ocieplenia na poziomie 1,5 C. 2 st też jest mało realne. Na dziś, jeśli nie spowolnimy transformacji energetycznej, to może wyrobimy się poniżej 4 st. C, co będzie i tak kompletną katastrofą, ale w okolicy tej wielkości możemy spodziewać się sprzężeń zwrotnych, które dołożą drugie 4 st. C. I to jest całkowicie gwarantowany koniec cywilizacji oraz sporej części życia na Ziemi. 

Tyle wynosi stawka drugiej kadencji Donalda Trumpa. Albo innego putinowskiego minionka w Białym Domu. 
Jeśli po 2020 roku natychmiast rozpocznie się poważne zmniejszanie emisji, ochrona przyrody i klimatu, to może wyrobimy w okolicach nieco ponad 2 stopni. Ale to musiałaby być natychmiastowa rewolucja. Z takimi drobiazgami jak natychmiastowe rozpoczęcie redukcji spalania węgla i całkowita jego eliminacja do 2030 w bogatszych regionach świata. UE to jest bogatszy region świata, tak ku przypomnieniu i Polski to też dotyczy. I Niemiec, i Bułgarii i Rumunii też. I zwłaszcza Japonii, gdzie nikt w ogóle nie rozumie o czym jest mowa.

Sytuacja w UE to jest w sporej części kwestia wyborów w Niemczech i nadziei na to, ze uda się w końcu odspawać Merkel od stołka i rozpoczną tam rządy jacyś odpowiedzialni politycy. Ale najważniejszym światowym przywódcą jest i będzie prezydent USA. Bo ten kraj ma największy wpływ dzięki sile ekonomicznej i militarnej, o samej politycznej przez wpływy w instytucjach międzynarodowych nie wspominając. 

Własnie tą siłę próbował wykorzystać Trump. W normalny sposób, czyli najpierw wydając polecenie złamania ustawy budżetowej, przez całkowicie nielegalne wstrzymanie przelewu pomocy dla Ukrainy, a następnie dzwoniąc do prezydenta Ukrainy i w mafijnym stylu żądając dostarczenia kwitów na Joe Bidena, czyli potencjalnego przeciwnika w wyborach. I oczywiście tego typu traktowanie Ukrainy jest jak każde jego działanie zupełnie przypadkiem zbieżne z interesem Moskwy. Każdy z elementów tego działania jest wystarczający do zapewnienia mu wieloletniej odsiadki. O tym nie ma dyskusji. 

Problem polega na tym, że tej odsiadki nie będzie. Instytucje republiki nie mają jak się bronić. Dopiero w sytuacji ataku na Bidena, Demokraci rozpoczęli formalną procedurę impeachmentu. Praktycznie od razu spieprzając sprawę, bo Nancy Pelosi już zaproponowała ograniczenie dochodzenia wyłącznie do kwestii ukraińskiej. To wygląda jak gwarancja spieprzenia sprawy, ale zdaje się, że towarzystwo od czasu popierania Hilary Clinton weszło na wyższy poziom nieudolności- spieprzyli zawalenie sprawy, czyli zawalili sprawę tak nieudolnie, ze zrobili to co podobno zamierzali. Otóż z sondaży wynika, że po zapowiedzi rozpoczęcia impeachmentu poparcie dla usunięcia Trumpa gwałtownie wzrosło i w badaniach jest 43:43. Ale to jest drobiazg. Z wiarygodnych, nawet nie przecieków, tylko po prostu oświadczeń w mediach ze strony prominentnych Republikanów wynika, że dziś, gdyby głosowano nad zdjęciem Trumpa z urzędu to 30-35 republikański senatorów byłoby za. Pod warunkiem tajności głosowania. Oczywiście to głosowanie będzie jawne, ale to pokazuje bardzo ciekawy obraz. Każdy z nich oddzielnie boi się Trumpa, bo to Trump jest kochany przez fanatycznie rasistowski elektorat, który wybiera Republikanów. I to Trump może jednym tweetem zakończyć każdą karierę. Ale jednocześnie praktycznie wszyscy go nienawidzą. I jeśli znajdą pretekst, który ich połączy, albo po prostu zobaczą, że i tak idą na dno, to najpierw jemu urządzą Idy Marcowe. 

Trump nigdy nie był lojalny ani nawet uczciwy wobec osób które mógł oszukać, wykorzystać lub po prostu stojących niżej w hierarchii. Tak działa całe życie i tak zostało. Dziś też tak jest i w tej sytuacji zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby oprócz Giulianiego wrzuci pod autobus także Penca. Co byłoby zabawne, bo mógłby mianować nowego wiceprezydenta. I mogę się założyć, że szukałby osoby, która byłaby już całkowitą chodzącą kompromitacją. Nawet na tle jego i Penca. Trudno to sobie wyobrazić, ale to byłoby jakimś hamulcem przed wyrzuceniem go z urzędu i znakomitym uzupełnieniem stałej linii politycznej.  

Choć lista ludzi chcących być lojalnym wobec niego drastycznie się kurczy z każdym dniem. 

Tak czy inaczej, jeśli ktoś chce jeszcze chwilę pożyć w minimalnie stabilnym świecie, niech się modli o pozbycie się tych szaleńców i odspawanie od stołków. 

Dzieje się....

Dzieje się naprawdę mnóstwo interesujących rzeczy na świecie, wymienię tu tylko krótką listę zupełnie przełomowych, tych na dziś:
prawybory prezydenckie w USA. Znaczy w Partii Demokratycznej, w drugiej są rozstrzygnięte, jak zawsze z urzędującym prezydentem. 
To jest proces, który ma absolutnie krytyczne znaczenie nie tylko dla najbliższych 4 lat w USA. To jest kwestia przyszłości ludzkości i naszej jedynej planety.
Następne 4 lata rządów Trumpa oraz ludzi, którym daje wsparcie i parasol, jak Bolsonaro, o Putinie nie wspominając, skończy się całkowitą katastrofą klimatyczną, a zaraz za nią gospodarczą i polityczną. Na skalę dekompozycji światowego porządku.
Ale dziś nie o tym.

Mamy też wspaniałą wiadomość- David Koch wreszcie zdechł, na dekompozycję finansowanego przez niego systemu jeszcze trzeba chwilę poczekać. Jakby ktoś nie wiedział- to był właściciel Partii Republikańskiej. Oczywiście, biorą forsę skąd popadnie, ale to on decydował o najważniejszych rzeczach i zapewniał główny strumień kasy. Ten strumień tak szybko nie zniknie, ale już nie ma głowy i to w krytycznym momencie zaraz przed ważną kampanią wyborczą. Ale w ten sposób wymierają ostatni przedstawiciele pierwszego nazizmu. Tak, ich ojciec budował rafinerię w hitlerowskich Niemczech i był tak zachwycony ustrojem i Hitlerem, że zatrudnił dla dzieci fanatyczną nazistkę jako guwernantkę. Jak widać ideologia przyjęła się i kultywują tradycje do dziś. 
Pewną poszlaką co do sprawstwa może być to, że Bernie Sanders własnie opublikował program w zakresie zaprzestania użycia paliw kopalnych. Wystarczająco ambitny, aby taki typ zrozumiał skalę zagrożenia...

W tym samym czasie główny lokator Białego Domu ze zwykłego rasisty i oszusta, którym był przez całe życie, przekonwertował się w człowieka, który chce kupić Grenlandię i ogłasza się drugim wcieleniem Boga. To też jest ważna wiadomość. Zasadniczo nie ta, ale ta, że nie ma działających mechanizmów pozwalających mu zmienić adres na stosowny szpital i przywrócić władzę komuś zdrowemu na umyśle.

Bez większego wpływu na losy świata, ale też zabawne rzeczy się działy w Argentynie z załamaniem walutowym, nic nowego, ale też warte opisana.

Jak widać ciekawych tematów nie brakuje, chciałbym szczegółowo zająć się każdym z nich, jednak dziś każdy z nich tematów przegrał konkurencję z głównym wydarzeniem ostatnich dni. Nie tak ważnym w dłuższym terminie jak prawybory, ale takim, które może śmiało zdefiniować nasze życiowe doświadczenia najbliższych kilkunastu miesięcy, a może i wielu lat. 

Upadek General Electric.

Zaraz, zaraz, jaki upadek? Przecież ta firma istnieje i ma się hm..  prawie dobrze? Formalnie tak. Faktycznie zabawa jest skończona. Nie wiem, czy ogłoszenie upadłości nastąpi w tym, czy w przyszłym roku. Gdyby świat finansów nie był tak kompletnie dysfunkcjonalny i skupiony na pozorach z ostatniego tygodnia, to bym się założył o spore pieniądze, że jeszcze w tym. A w dzisiejszym świecie-  nie wiem.

Sytuacja wygląda tak, że w Bostonie jest firma zajmująca się zawodowo szukaniem przewałów w spółkach giełdowych. Jak coś znajdą, to trochę im płaci federalne Ministerstwo Sprawiedliwości, pewnie trochę Komisja Papierów Wartościowych, ale większość zarabiają na sprzedaży tej wiedzy dla funduszy hedgingowych. 
To są po prostu fachowcy, przeglądają i analizują publicznie dostępne dokumenty szukając stosownych nieścisłości, ukrywania faktów i zwyczajnego oszukiwania akcjonariuszy i wierzycieli. Harry Markopolos, właściciel tej firmy zaczął tę oryginalną ścieżkę będąc zatrudnionym w funduszu inwestycyjnym, gdzie dostał polecenie skopiowania najwyraźniej znakomitej strategii inwestycyjnej innego funduszu, który im dzięki znakomitym wynikom podbierał klientów. 
Ten inny fundusz był prowadzony przez, później powszechnie znanego, Bernarda Madoffa. Jak później opowiadał, po piętnastu minutach wiedział, że jest to oszustwo, a po kilku godzinach pracy był w stanie to matematycznie udowodnić. Poinformował o tym szefostwo, sam złożył donos do Komisji Papierów Wartościowych (SEC) i został olany. Najwyraźniej robota mu się spodobała, ale reakcja na nią już zupełnie nie, więc się wyniósł, założył swoją firmę i robi dokładnie to samo, ale już w celu zarabiania na tym.  Gdyby nie robił przy tym poważnych analiz i rzucał bezpodstawne oskarżenia to na pewno on już by był bankrutem, a prawdopodobnie i za kratami. Ale jak na razie można to powiedzieć nie o Markopolosie a o Madoffie.
W skrócie facet raczej wie co robi i nie ma zwyczaju rzucać oskarżeń bez solidnych dowodów. A właściwie gdyby raz to zrobił, to by zakończył swoją karierę, i możliwe, że by ją zakończył bankructwem.

Czyli można się spodziewać, że podał konkrety. Te konkrety to jest 38 miliardów dolarów zobowiązań, których firma nie pokazuje w sprawozdaniach finansowych. Z czego około połowy jest związana z ubezpieczeniami na życie, a około 10 miliardów z dziwną spółka od wydobycia ropy (jako żywo przypominającą operacje Enronu). Jak łatwo zauważyć, żadna z tych rzeczy nie ma większego związku z podstawową działalnością tej firmy i to też jest bardzo ciekawa historia.

Tego typu giganty przemysłowe przeważnie mają swoją gałąź bankowo- ubezpieczeniową, zasadniczo służącą do finansowania zakupu swoich produktów. Tak było też z GE. Ale po 2001 roku rozpoczęła się tam fala wyprzedaży poszczególnych działów firmy i również pozbyto się ubezpieczeń. Z zadziwiającym wyjątkiem ubezpieczeń na życie. Jak wiadomo zwykłe ubezpieczenia polegają na tym, że zbiera się składki od dużej grupy i w mniej- więcej tym samym czasie wypłaca ile potrzeba pechowcom, resztę od razu wykazując jako zysk. Przy ubezpieczeniach na życie zbiera się składki, w tym czasie wypłaca drobną część wybitnym pechowcom, a większość ma być inwestowana i wypłacana w formie emerytur po kilkudziesięciu latach. Biznes idealny dla kanciarzy, dlatego wymaga solidnego nadzoru i też nikt nie zaufa w tym zakresie firmie-krzak. Ale w czasie, kiedy przeciętny Amerykanin logo GE oglądał na dosłownie każdym urządzeniu domowym, które miało cokolwiek wspólnego z prądem, to trudno było w stabilność takiej firmy nie wierzyć. 
Co najwyraźniej pozwoliło na fantastyczną ekspansję tej firmy za prezesury Jacka Welsha (od 1981 do 2001), kiedy to była ulubieńcem inwestorów, aż doszła do statusu firmy o największej kapitalizacji na świecie. Już wtedy sprawozdania finansowe wyglądały dziwnie, ale nikt się tym nie przejmował, bo i co to mógł być za problem? Dopiero po sprawach Enronu i WorldCom do publicznej świadomości doszło, że i firmy tego kalibru mogą być w rzeczywistości piramidami finansowymi i niczym więcej. Od tego czasu zaczął się zjazd, trwający już prawie 20 lat, ale nadal nikt nie zadawał dokładnych pytań o takie drobiazgi jak to, dlaczego nie podają stanu gotówki (czyli płynnych aktywów w bankach) w swoich sprawozdaniach finansowych. 

Recesje, kiedy to się mogło zacząć miały miejsce w latach 79-82 i następnie 90-91. Ta pierwsza pokrywała się z czasem początku prezydentury Welsha oraz ogólną destrukcja amerykańskiego przemysłu ciężkiego i przetwórczego. Wiele stabilnych firm wtedy rozpoczęło swój długoletni zjazd/upadek, jedynie GE wydawał się wyjątkiem. Sprawozdania finansowe pokazywały zyski i sukcesy w sprzedaży. 

I a propos aktywów. Wynoszą one około 40 mld dolarów. Konkretnie to mogą tyle wynosić, jeśli zaufamy księgowości GE, a ufać jej nie możemy. Więc był powiedział, że wynoszą nie więcej niż 40 mld, a kapitalizacja giełdowa w dniu wybuchu afery wynosiła 90 mld i cały czas spada, rzecz jasna.

Od czasów Welsha General Electric nigdy nie przynosiło strat, zawsze był jakiś zysk i z dzisiejszej perspektywy możemy zgadywać, że co najmniej od pierwszej recesji za jego kadencji, sprawozdania finansowej tej firmy to była baśń o Andersenie. Skoro jesteśmy przy Andersenie, to pracownikom KPMG też bym sugerował rozglądanie się za nową pracą teraz, zanim się zrobi tłoczno na rynku. 

Z tego wszystkiego wyłania się dość spójny obraz- General Electric już od lat 80-tych gotowało księgi. Prawdopodobnie od czasu recesji wczesnego Reagana i masowej destrukcji przemysłu ciężkiego, która nadwyrężyła i zniszczyła firmy podobne do GE.  
Być może GE też i to może do stopnia bycia na granicy bankructwa.  Ale korzystając z bycia gigantem przemysłowym o niesamowicie rozpoznawalnej marce rozpoczęli wyłudzanie pieniędzy od inwestorów i wszystkich dookoła i przestawianie się na piramidę finansową. Z relatywnie małymi obiecywanymi zyskami, to nie musiała być Bezpieczna Kasa Oszczędności, to był super-wiarygodny gigant przemysłowy. Więc wszystko działało dobrze przez 20 lat i gorzej, ale nadal względnie wiarygodnie przez następnie 18. Aż nieprawdopodobne, że w ogóle tak długo się da.
Zapewne swoje odegrała przychylność klimatu politycznego i gospodarczego dla takich działań. Polityka finasjalizacji i deindustrializacji Reagana już była katastrofą społeczną. Dla uratowania wizerunku władzy i tego programu przykład koncernu przemysłowego, który odnalazł się w nowych czasach i kwitł był niesamowicie na rękę. Tak bardzo, że lepiej było go karmić i wspomagać niż zadawać za dużo pytań. Aż nie trzeba zadawać pytań czy Jack Welsh był republikaniem.

Ale dziś już można zadawać pytania. Na przykład takie, czy te 38 miliardów to wszystko? Jeśli tak, to dług sporo wzrośnie, ale firma jest do wyciągnięcia. Tyle, że patrząc na przykłady wcześniejsze i podobne, nie ma żadnych szans, aby to było cokolwiek innego niż wierzchołek góry lodowej. 
Te nieujawnione zobowiązania na pewno są kilkukrotnie większe, może 10 lub 20 razy. 
Prędzej czy później i to raczej prędzej będą musieli to przyznać, zacznie się liczenie i ogólnie rzecz biorąc destrukcja tego długu. Co oznacza jednoczesne zniknięcie 90 mld kapitalizacji giełdy (to niedużo) i kilkuset miliardów dotychczas wiarygodnych kwitów. To też teoretycznie nie tak dużo, ale od wiarygodnych kwitów zapewne naprodukowano mnóstwo pochodnych. Ile, kto je ma i ile pożyczył pod ich zastaw tego nie wiemy.
I rynek też nie będzie wiedział, wiec na wszelki wypadek wszyscy się wstrzymają z pożyczaniem pieniędzy. Tak, to oznacza panikę giełdową i prawdopodobnie recesję. Czy będzie ta panika z powodu jednej spółki- tego nie wiemy. Jednej raczej nie. Albo by nie była w dobrych czasach. Tylko dziś nie są dobre czasy. Mamy recesję lub bliską jej sytuację w Niemczech, fatalną sytuację na wszystkich światowych peryferiach i za wyjątkiem teoretycznie dobrej sytuacji w zatrudnieniu, bardzo złe wskaźniki z USA (w tym np. spadek podaży ładunków na giełdach transportowych r/r o 37% i stawek o 18%- to jest obraz ciężkiego załamania, a nie nawet spowolnienia)
Sytuacja dookoła świata i w amerykańskiej gospodarce jest na tyle zła, że już dojrzała do światowej recesji. Potrzeba jedynie zapalnika. Który właśnie mamy, na granicy wybuchu.

A najlepsze jest to, że za przedstawianie fałszywych sprawozdań finansowych zarządowi (a przynajmniej CEO i CFO) grozi do 20 lat, jeśli wiedzieli o takiej praktyce, i do 10, jeśli nie wiedzieli. Tyle że przedawnienie wynosi 6 lat. Więc Welsch może dalej grać w golfa i cieszyć się drobnymi kilkuset milionami odłożonymi ze skromnego wynagrodzenia za skuteczną pracę oraz 8 milionami rocznej emerytury od GE. Jelenie wpuszczone w ubezpieczenie na życie musza sobie emeryturę jakoś inaczej zorganizować.

Kościół św. Euzebiusza

Święty Euzebiusz to postać nieco zapomniana. Zupełnie niesłusznie. Nawet ze zdawkowych notek w Wikipedii można odczytać, choć nieco między wierszami, jak ważny w historii to był człowiek.
Był on w dużej części siła sprawczą organizacyjnej i duchowej przemiany, jakie dokonał Kościół Katolicki w 3 i 4 wieku naszej ery. Który to czas był zdominowany przez dość dramatyczne wydarzenia, jak konflikt z Arianami, przetrwanie wiary pogańskiej, kwestia uznania kościoła i kilka innych. Główną nagroda w tym sporze było przyznanie statusu religii państwowej. Z czego "państwo" oznacza tu Cesarstwo Rzymskie.
Jak doskonale wiemy, Kościół Katolicki wygrał tę walkę, zasadniczo w czasach panowania Konstantyna Wielkiego, w chwili jego śmierci sprawa była zasadniczo zakończona.

Co jest ciekawe, i jestem pewien, że nie była to tylko koincydencja, w mniej- więcej tym samym czasie zachodził proces dekonstrukcji kapitalistycznej, towarowo-pieniężnej gospodarki niewolniczej do relacji feudalnych (czy protofeudalnych) gdzie obrót pieniądza był drastycznie ograniczony, a zasadniczą wartością była ziemia i kontrola nad nią. Co szybko doprowadziło do feudalnych relacji społecznych, gdzie dominowała własność podzielona, tzn. zwierzchnikiem (właścicielem w starym systemie) terenu był pan feudalny, ale oczywiście nigdy nie zajmował się uprawą tej ziemi. W relacjach tradycyjnej rzymskiej gospodarki robili to niewolnicy, a produkty były sprzedawane na rynku, tak samo jak na nieco współcześniejszych uprawach trzciny cukrowej i bawełny. 
Zanikanie gospodarki towarowo-pieniężnej spowodowało proces osadzania na takich latyfundiach tzw. kolonów. Ich sytuacja była znacznie lepsza niż niewolników, bo mogli uprawiać swój grunt, sprzedawać i kupować towary jak wolni ludzie, jedynie spełniać jakieś powinności na rzecz pana feudalnego (słowo "feudalny" jest minimalnie na wyrost dla tych czasów, ale dla prostoty będę go używać). Czasem to było oddanie części (zazwyczaj połowy) zbiorów, często służba wojskowa na wezwanie, czasem jakaś pomoc fizyczna. W miarę zaniku pieniądza świadczenia materialne stawały się coraz istotniejsze. Nie to jednak jest istotne. Najważniejszym i wartym zapamiętania jest to, że ówcześni niewolnicy stopniowo stali się chłopami feudalnymi (i byli wolni mieszkańcy miast często też wybrali taki status). To nie łączyło się z własnością gruntu w kapitalistycznym (dzisiejszym) tego słowa znaczeniu, ale jak najbardziej była to forma własności. Prawo do gruntu na którym gospodarowali było nieusuwalne i dziedziczne. I to była podstawowa instytucja na której opierał się feudalizm. Nie taka zła, dla większości ludzi znacznie lepsza niż ustrój niewolniczy. Dopiero po odkryciu Ameryki, nagły napływ kruszcu do gospodarki zwiększył podaż pieniądza, a co za tym idzie przywrócił gospodarkę towarowo- pieniężną. Co oczywiście przywróciło opłacalność produkcji rolnej na rynek i spowodowało powrót niewolnictwa. Głównie w tropikalnych częściach Ameryk i w Europie środkowej i wschodniej. W tym drugim regionie pod płaszczykiem reformy instytucji feudalnych, jak w przypadku Polski "zaledwie" zwiększania pańszczyzny. Ale nawet ten faktyczny powrót niewolnictwa nie zanegował istoty chłopskiego prawa do ziemi i znaczenia jej dziedziczenia.

Jaki to wszystko ma związek z Kościołem Katolickim? Duży, bardzo duży. Skupmy się na tym dziedziczeniu. Chłopski syn dziedziczył gospodarkę, czy przypadającą na niego część. Inną otrzymywał w posagu przy małżeństwie. To potem było rozdzielane na dzieci, etc. Ale często jeśli tego małżeństwa lub dzieci nie było, to grunt wracał do pana feudalnego, był rozdzielany na cała wieś, etc. W tym systemie kwestia tego, aby syn ożenił się, najlepiej z solidnym posagiem, była zupełnie dosłownie kwestią życia i śmierci. Bo posag to był jedyny mechanizm, który kompensował dzielenie gospodarki pomiędzy synów i utrzymanie areału wystarczającego do przeżycia. Niewolnicy nie mieli nic, więc i nie mieli takich problemów. 

To pokazuje ciekawy paradoks. W feudalizmie, w przeciwieństwie do niewolnictwa, dla uprawiających ziemię kwestia potomka nie mogącego się ożenić była potężnym problemem. I to dotyczyło zwłaszcza homoseksualistów. Oczywiście nikt im nie zabraniał małżeństwa, ale w małych społecznościach, gdzie wszyscy się znali, ich wartość wskutek takiej wady drastycznie spadała. I w takim samym stopniu potencjalny posag. Co przy podziale wskutek dziedziczenia oznaczało degradację majątkową i społeczną. 
To był po prostu układ, który w odniesieniu do homoseksualistów nakazywał wyrzucić ich z systemu. Pozbyć się, bo stanowili zagrożenia dla przeżycia. W układzie niewolniczym to nie miało żadnego większego znaczenia. 
W takiej rzeczywistości, już od kilku dziesięcioleci trwającego ciężkiego kryzysu gospodarki towarowo-pieniężnej i co za tym idzie niewolnictwa, funkcjonował św. Euzebiusz. Patrząc po efektach, na pewno zobaczył wyżej opisany problem dziedziczenia gospodarstw chłopskich w nowym systemie. Nie mamy pojęcia na ile ma to związek z jego osobowością i preferencjami, ale to on mianował znakomitą część osób później uważanych za "ojców kościoła" oraz do dziś jest .... patronem homoseksualistów.

Tak. Dokładnie tak. Konflikt kościoła katolickiego z konkurencją rozstrzygnął się pozytywnie dla niego w tym samym czasie, kiedy znalazł rozwiązanie jednego z większym problemów społecznych swoich czasów. Nic zaskakującego. Ale ten problem polegał na tym, co zrobić z homoseksualnymi synami zamożniejszych chłopów. Tylko nimi, bo z dziećmi feudałów problemu nie było, bezrolni także nie mieli takich dylematów (tu sytuacja była identyczna jak niewolników). Ale oferta, że Kościół przyjmie takich chłopskich synów na masową skalę, zapobiegnie rozdrabnianiu gospodarstw i wszystkim problemom z tym związanym była zbyt mocna, aby jej się oprzeć. Cesarstwo zdelegalizowało Arian i kulty pogańskie i weszło z pełnym zdecydowaniem w feudalne porządki. Czego efektem był najpierw Edykt Mediolański, a potem uznanie katolicyzmu za religię państwową (nie chrześcijaństwa, Arianie też byli chrześcijanami).

Pełna implementacja takiej polityki miała miejsce, a jakże, dokładnie u szczytu systemu feudalnego, w 11-stym wieku, kiedy papież zakazał małżeństwa duchownym. 

Czy ktokolwiek w tym miejscu mógł jeszcze wątpić? Kościół Katolicki był po prostu azylem dla homoseksualistów, rozwiązując przy okazji ważny problem społeczny. Oczywiście to nie był jedyny powód wstępowania w stan duchowny, ale mechanizm był o tyle istotny, że w tych stosunkach społecznych był niezawodny.
Z czasem pozostało Kościołowi go jedynie wzmacniać. Jak? To jest dość oczywiste- wzmacniając homofobię w środowiskach wiejskich. I to było konsekwentnie robione, w dokładnie tym samym przedziale czasowym. Rozpoczynając od początku naszego okresu, kiedy pierwszy głos Kościoła przeciw homoseksualizmowi to był prawdopodobnie rok 306, kiedy Synod w Elwirze wypowiedział się na ten temat. Tu akurat są jeszcze pewne wątpliwości, bo jeszcze nie wiadomo czy chodziło dokładnie o relacje homoseksualne, czy o potępienie pedofilii oraz czy ten artykuł synodu nie pochodzi z późniejszych redakcji. Taka sama uwaga dotyczy pochodzącego z tego samego synodu nakazu celibatu księży i biskupów. Ale krótkie kilka dziesięcioleci później polityka Kościoła była już zupełnie jasna i dokładnie prowadziła wzdłuż tej linii.
Dokładnie kiedy pojawiły się te przepisy to nie ma większego praktycznego znaczenia.
Ważne jest to, ze mówimy o potężnych procesach społecznych, z których jednym jest zupełna zmiana struktury produkcji rolnej i zatrudnienia, a drugim jest dostosowanie instytucji państwowych i społecznych do tych zmian. Trzeci wiek naszej ery był najgwałtowniejszym okresem tych zmian- w końcu implodowała dotychczasowa struktura władzy Cesarstwa Rzymskiego i w każdej dziedzinie wykluwało się nowe, w tym nowe struktury religijne. Co zakończyło się dość szybko dominacją Kościoła Katolickiego, feudalizmem i po wielu wiekach nowym układem państw i granic, który w sporej części przetrwał do bliskich nam czasów. 

Drugi akt tego zjawiska nastąpił już prawie w naszych czasach


Tak naprawdę kres dotychczasowej roli Kościoła położyła dopiero industrializacja. Rozwój miast stopniowo zdejmował presję nadmiernej populacji wiejskiej i ziemia stopniowo z jedynego gwaranta przeżycia stawała się po prostu kapitalistycznym środkiem produkcji, jak każdy inny. Kwestia homoseksualizmu dziecka nie miała większego wpływu na przeżycie. Owszem, pozostało mnóstwo uprzedzeń i tacy ludzie nie byli zbyt mile widziani (i w miejscach późnego upadku feudalizmu często nadal nie są), ale nie ma to już żadnego wpływu na kwestie dalszego przeżycia, czy sukcesu rodziny. W przeciwieństwie do relacji feudalnych, ziemię można w razie potrzeby i możliwości dokupić, a ewentualny posag może pomóc, ale nie jest kwestią życia i śmierci, jakim był w relacjach feudalnych. Ostateczny krach przyniosły mechanizacja rolnictwa, kiedy kapitał obrotowy i w sprzęcie zaczął być ważniejszy od samych gruntów, oraz ubezpieczenia społeczne, które zabezpieczały możliwość przeżycia starszych niezależnie od relacji z dziećmi. 

To w oczywisty sposób złamało dotychczasowy sposób działania Kościoła. Po prostu dotychczasowy stracił sens. W języku samego Kościoła to się nazywało "kryzys powołań". W swej istocie wyglądał on tak, że w krajach uprzemysłowionych, a przynajmniej tych, które odeszły od feudalnych relacji na wsiach ilość wybierających karierę duchownych była mocno poniżej potrzeb organizacyjnych. Przez jakiś czas udawało się to uzupełniać przez rekrutację z regionów, gdzie stosunki feudalne utrzymały się najdłużej i nawet jeśli już się rozpadły, to uprzedzenia społeczne pozostały. To były południowe Włochy, Hiszpania, Portugalia, Polska i inne podobne kraje, ale to też nie wystarczało. Również z powodu barier językowych. 

Do tego po drugiej wojnie światowej rozpoczął się powszechny proces industrializacji i modernizacji, wszędzie powstawał przemysł i trwały masowe budowy. Każdy kto chciał, kto nie był mile widziany na wsi, znalazł zatrudnienie, dach nad głową i lepszą lub gorszą stabilność, a w wielkich i anonimowych aglomeracjach także romantyczne relacje odpowiadające upodobaniom. Oferta ze strony Kościoła po prostu straciła swoją grupę docelową.

Dlatego Kościół musiał znaleźć jakąś formułę na przetrwanie. Zapewne nikt nigdy nie dojdzie do tego na ile były to świadome poszukiwania i decyzje, a na ile wypadkowa ewolucji organizacji, ale to rozwiązanie się znalazło według dokładnie tego samego schematu, co azyl dla wiejskich homoseksualistów w systemie feudalnym. 
Tylko tym razem chodziło o inne kierunki popędu seksualnego. Być może była to kwestia słabej selekcji i łatwego przyjmowania do duchowieństwa w warunkach "kryzysu powołań", być może był to świadomy projekt. Właśnie tego się zapewne nie dowiemy. 
Tak czy inaczej, z punktu widzenia Kościoła należało znaleźć jakiś sposób na zapewnienie ciągłości organizacyjnej. Dotychczasowy system był bardzo dobry, ale jego formuła się wyczerpała. Rozsądnie było znaleźć coś podobnego, ale nowego. Czyli najlepiej popęd seksualny, który jest problematyczny w świeckim społeczeństwie, ale gdzie Kościół może zapewnić spokój i bezpieczeństwo. 

Jak ten dylemat rozwiązano kilkadziesiąt lat temu dziś już wiemy, bo dziś Kościół Katolicki jest instytucją, która stwarza znakomite warunki do funkcjonowania pedofilom i chroni ich w każdy możliwy sposób. To jest odpowiedź. Takiej udzielił sobie samej Kościół Katolicki w sytuacji rozpadu relacji feudalnych i emancypacji homoseksualistów i taką powinniśmy poznać. 
W sumie to w niektórych miejscach świata już ją poznaliśmy. Tam gdzie organa ścigania były w stanie przyjrzeć się dokładniej działalności Kościoła Katolickiego. I oczywiście pedofile nie stanowili tam żadnej większości, zapewne tak samo jak nigdy nie stanowili jej homoseksualiści. Ale ich ilość i sposób działania instytucji spokojnie uzasadniał twierdzenie, że był to bezpieczny azyl i trwała ochrona instytucjonalna. Co narzuca wniosek, że co najmniej interes tej grupy były brane pod uwagę przy podejmowaniu strategicznych decyzji, a może i taka grupa podejmowała te decyzje. 

Na tym tle zupełnie inaczej wygląda informacja, że zwykle po skazaniu kościelnych pedofili znów drastycznie spadała liczba powołań. Naturalną odpowiedzią jest to, że wskutek załamania zaufania do szacownej instytucji. Ale co jeśli prawdziwą przyczyna jest załamanie zaufania co do możliwości ochrony przez instytucję? 

Zauważmy też, że w ciągu stuleci Kościół starał się torpedować wszystkie regulacje, które by podważały system feudalny, czyli podstawę jego bytu, a relacje protokapitalistyczne mogły powstać dopiero wtedy, gdy jego potęga została złamana. Czy to przez delegalizację, czy to przez kontrolę państwową. 
Tak samo dziś lobbuje i broni regulacji, które pozwalają na dostęp do dzieci oraz łatwe przenoszenia księży. To są regulacje edukacyjne i wizowe. 
Problem polega na tym, że jakby sprawa stała się jawna. Nawet w Polsce. Oczywiście przestępców należy się pozbyć ze społeczeństwa. Ale w sumie szkoda, że instytucja, która miała tak wielki wpływ na historię ludzkości kończy w taki sposób. Choć z drugiej strony pozostaje pytanie, jaki to tak naprawdę był wpływ. W czasach nowożytnych dość jasny- była to pomoc w petryfikacji układu feudalnego i konserwowanie zacofania. Ale wcześniej? W późnej starożytności? Średniowieczu? Czy to pomogło w demontażu ekonomii niewolniczej i uniemożliwiło jej powrót?  To są pytania dla historyków, ale jeśli się oderwiemy od współczesnej tragedii pokrzywdzonych przez bandytów w sutannach, to są bardzo ciekawe pytania dotyczące jednej z najpotężniejszych instytucji w historii ludzkości. 

Nieudany wybór Beaty Szydło i nowa przewodnicząca KE Ursula von der Leyen

Jest dalszy ciąg rozgrywek, które opisałem w poprzednim wpisie.
I są coraz ciekawsze. Miały miejsce głosowania w dwóch sprawach, które zdecydują, albo już zdecydowały o przyszłości Unii. Znaczy, nie zdecydują zerojedynkowo, ale ukształtują na nowo relacje miedzy władzami.

Początek obecnej kadencji to jest nowa odsłona starej jak Europa walki króla z parlamentem. I jak to miało miejsce przez ostatnie tysiąc lat, król ma możliwości manipulacji, negocjacji, szantażu i przekupstwa, ale w ostateczności władza krok po kroku trafia w ręce parlamentu. 

Dokładnie taka sytuacja miała miejsce w sprawie wyboru przewodniczącej Komisji, Ursuli van Leyden i jeszcze ciekawszego nie wybrania Beaty Szydło na przewodniczącą  komisji parlamentu.

Dotychczas było tak, przez ostatnie 40 lat, że koalicja socjalistów i chadeków miała większość, a technicznie cały układ sił był uzgadniany przy stoliku przez władze Niemiec i Francji i jakoś akceptowany przez pozostałych wielkich. Parlament był tylko ozdobą, a i sama Komisja służyła raczej jako przedłużenie woli elit krajowych. Z nieproporcjonalnie wielkim wpływem kanclerza Niemiec. 

Ostatnie wybory popsuły tę zabawę. Nie dość, że tradycyjne partie nie maja większości, to jeszcze we Francji w praktyce implodowały i prawie zniknęły ze sceny politycznej. Nic zaskakującego, że prezydent Francji nie czuł się zobowiązany przestrzegać tych zwyczajowych ustaleń. I kiedy Merkel po wyborach, jak zwykle zadzwoniła do francuskiego prezydenta, aby powiedzieć mu kto będzie przewodniczącym Komisji, i że to będzie znowu Juncker, to usłyszała zupełnie konkretne "nie ma mowy".

Wtedy zaczęła się zabawa. Merkel, jak widać było po popieraniu Junckera, ale też krajowej polityce, robi wszystko co możliwe, aby promować banksterkę, oligarchię i lobby węglowo-naftowe. 

Następną propozycją był Franz Timmermans, który osiągnął niezły wynik wyborczy w rodzinnej Holandii na platformie ochrony integracji europejskiej i jej dorobku. Co obejmuje również dbałość o rządy prawa, funkcjonujący trójpodział władz, etc. Co podziało jak płachta na byka na władze Węgier, Rumunii i Polski. 

Ale to były na razie  rzeczy, które były zupełnie zwyczajne, tak się to odbywało przez 40 lat. 

Tym razem odbyło się w dziwny, hybrydowy sposób, bo jednocześnie negocjowali szefowie państw, jak też trzeba było brać pod uwagę układy partyjne. 

Ci szefowie państw starali się jak mogli je ignorować i traktować PE tak jak zawsze, czyli biurokratyczne ciało pozbawione władzy. Tak było do niedawna, bo sami załatwiali wszystko ponad głowami parlamentarzystów. 
Teraz to się mogło zmienić, bo z racji rozkładu głosów już się tak nie dało załatwić. I własnie o przypomnienie tego i jasną rozgrywkę w sprawie przewodniczącego i składu Komisji chodziło w głosowaniu nad kandydaturą Beaty Szydło.
Liberałowie chcieli przypomnieć że jeszcze istnieją i włączyć się do rozmów koalicyjnych. To nie wyszło. Znaczy przypomnieli, że parlament ma znaczenie i tyle. 

A tak naprawdę to przestraszyli nic nie rozumiejących prawicowych tłuków z Polski i Włoch. Czym dali znakomitą okazje Merkel do przepchnięcia kandydatury von der Leyen, która też nie miała szans bez poparcia liberałów lub zielonych. 
Więc mamy nową przewodniczącą Komisji z bardzo słabym mandatem, a właściwie to mniejszościowym, jedynie zatwierdzonym w przypadkowy sposób.
Co pokazuje, oczywistą rzecz, jak bardzo sprawnym w takim rzemiośle politykiem jest Angela Merkel. Dodawszy do tego jak bardzo jest bezużyteczna w poprawie spraw na dłuższą metę, czekam z niecierpliwością na dzień, kiedy zostanie odspawana od stołka. Końca Rajoya sie doczekaliśmy, może i ona w końcu zniknie.
A tymczasem von der Leyen będzie w praktyce kierować mniejszościowym rządem. I albo będzie to: a) słaby rząd i koalicja na przetrwanie, 
b) koalicja zostanie rozszerzona z możliwą zmianą przewodniczącego
c) Komisja będzie próbowała coś robić i za każdym razem będą realizowane koncesje na rzecz opozycji- realizujące jej program lub zwiększające władzę. 

Wszystkie opcje są na stole, można zgadnąć że prawica liczy na pierwszą wersję wydarzeń i będzie nad nią pracować. 
Co w sumie spowoduje reakcję, zarówno ze strony liberałów, jak też zielonych w celu utrzymania Unii i sprawnego funkcjonowania jej władz. Co może spowodować szybką wymianę przewodniczącej jeśli będzie unikać pracy i odpowiedzialności.
Opcja c) wydaje mi się na razie najbardziej prawdopodobna. Komisja będzie działać jak zawsze, ale z każdym projektem negocjację będą coraz mniej międzypaństwowe, a coraz bardziej międzypartyjne. Co jest bardzo dobrym rozwiązaniem, bo polityka europejska będzie się stawać coraz bardziej klarowna i samodzielna. 
I w sumie to jest najlepsze wyjście, bo te partie z którymi można się dogadać, to są dokładnie te, które maja rozsądniejszy pomysł na politykę, w szczególności chodzi o Zielonych. 

Takie życie parlamentarne ma sporą szansę doprowadzić do zupełnie innej sytuacji w połowie kadencji. Choć bym raczej podejrzewał, że Komisja przetrwa do końca, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby została po raz pierwszy odwołana w połowie kadencji, wskutek zmiany koalicji. 

Raczej by to się stało wskutek utraty politycznego znaczenia którejś z partii. Co w tym układzie może oznaczać tylko wyborczą implozję chadecji w jedynym kraju gdzie maj jeszcze ona jakieś znaczenie, czyli w Niemczech. To byłby też koniec kariery Merkel (jeśli by jej nie zakończyła wcześniej) i możliwy kryzys polityczny w PE. 

Sytuacja jest dynamiczna, obecne wyjście jest w sumie nieciekawe, mam nadzieję, że nowa przewodnicząca okaże się bardziej aktywna niż się wszyscy spodziewają. A w każdej wersji Parlament zyskuje na władzy i znaczeniu. Chyba, że wszyscy kompletnie spaprają sprawę bo nic nie rozumieją, ale w to akurat wątpię. To ciało naprawdę nie składa się z samych Czarneckich. 

Ale na pewno to jest znaczący postęp w stosunku do Junckera.