O co chodzi z Krajową Radą Sądownictwa i asesorami?

Krajowa Rada Sądownictwa hurtem odrzuciła wnioski o nominacje na stanowiska sędziów.
Opisując dokładnie procedurę, to sędziów mianuje prezydent na wniosek KRS. Ale KRS nie robi tego z własnej inicjatywy, osoba chcąca zostać sędzią wysyła swoją aplikację do KRS. 

Aby zostać sędzią w Polsce teoretycznie istnieją różne drogi, ale w praktyce jest tylko jedna. Było to kiedyś ukończenie aplikacji, dziś Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Następnie trzeba poczekać aż się zwolni stanowisko sędziowskie i zostać zatrudnionym jako asesor sądowy. W tej roli zasadniczo robi się to samo i tak samo jak mianowany sędzia, ale bez gwarancji nieusuwalności i niezawisłości. 

Wolność wyrokowania faktycznie ograniczają oceny okresowe, opinia patrona i wreszcie nominacja sędziowska lub jej brak. 

Stąd samo istnienie instytucji asesora sądowego w obecnym kształcie jest naprawdę poważnym wyłomem w niezawisłości sędziowskiej i tym bardziej naruszeniem gwarancji procesowych.
Przez to są oni relatywnie łatwym narzędziem korupcji sądowej. Jednakże ta korupcja nie ma postaci zwyczajnego kupowania wyroku. Jeśli coś takiego się w Polsce zdarza, jest to zupełny margines. 
Możliwość manipulowania wyrokami sądowymi jest tak, że w czasie wpływu do sadu istotnej sprawy, przewodniczący przydziela do niej właściwego sędziego. Często właśnie asesora. Który w razie potrzeby manipuluje przebiegiem procesu. Jednocześnie, jeśli mówimy o wyroku, którego oczekują z jakiś powodów sędziowie wyższych instancji, to zazwyczaj też ten wyrok się utrzyma w apelacji.

Czasem strony mające sporadyczne kontakty z sądami podejrzewają, że asesor to taki "niedouczony sędzia". Akurat te podejrzenia nie mają zwykle ani grama uzasadnienia, często jest wręcz przeciwnie. Problemem asesorów, nie żadnego konkretnego, tylko tego rozwiązania ustrojowego jest własnie brak gwarancji niezawisłości.

Największy udział w tym ma oczywiście Krajowa Rada Sadownictwa, której wniosek o nominację (lub brak tego wniosku) wisi jak miecz nad głową każdego asesora. A wpływ na skład KRS mają w nieproporcjonalnie wielkim stopniu sędziowie sądów apelacyjnych. Czyli ci, którzy już wielokrotnie awansowali w tak działającym systemie.

W takich regulacja ustrojowych kilka dni temu Krajowa Rada Sądownictwa zebrała się, aby wysłać doroczną paczkę wniosków o nominacje sędziowskie do prezydenta i co robi? Nie przyjmuje żadnego zgłoszenia. Odrzuca wszystkie. 
To jest oczywiście demonstracja polityczna, nikt rozsądny temu nie będzie zaprzeczać. Po prostu członkowie KRS protestują przeciwko czemuś, zapomnieli powiedzieć czemu dokładnie.  Być może przeciw reformie sądownictwa, której się własnie sprzeciwił prezydent. A być może go po prostu nie uznają. Czy coś.

Tak czy inaczej, z błahego powodu (bo żadnego wystarczająco jasnego nie ma) 250 osób będzie asesorami co najmniej o rok dłużej. 

Co oznacza o 250-sędzio-lat więcej osób bez gwarancji niezawisłości.

Ale przede wszystkim było jednym wielkim sygnałem ze strony towarzystwa sędziów apelacyjnych do startujących w zawodzie:
Możemy robić co chcemy i nikt nam nie podskoczy.

Te dwie rzeczy oznaczają jedno:
Ci ludzie są realnym zagrożeniem dla demokracji.

Bez przyzwoitej dyskusji publicznej nie można poprawić państwa. Nie można się nawet zdecydować jak poprawione państwo ma wyglądać. Do tego potrzeba przyzwoitych mediów i wielu innych rzeczy. Ale potrzeba również gwarancji niezależności sędziowskiej, bo i sądy mogą pełnić rolę w ograniczaniu wolności dyskusji publicznej. Co w 3 RP robiły zresztą wielokrotnie.

A dziś, przy pierwszej i relatywnie słabej próbie ograniczenia wszechwładzy sędziów apelacyjnych rozpoczyna się taki cyrk.
Cyrk, który uniemożliwia uzupełnienie "zasobu" mianowanych sędziów, czyli w swej istocie jest uderzeniem w fundamenty ustroju państwa. Jednorazowo niezbyt silnym, ale jeśli to ma być kontynuowane to jest bardzo źle.
Złe jest również jeśli nie będzie kontyuowane, ale pozostanie jako precedens.

Moja konkluzja jest jedna- tych ludzi należy natychmiast odsunąć od jakiegokolwiek wpływu na władzę i stanowczo potępić. Nie w TVP Info czy innej gadzinówce, tylko po prostu powinni spotkać się ze społecznym potępieniem. Bo ta sprawa jest znacznie, znacznie groźniejsza niż się to na pierwszy rzut oka może wydawać.

I jest po prostu groźna dla stabilności Rzeczypospolitej. Bardzo ładnie by było, gdyby ustalono kto pierwszy wpadł na taki pomysł, ale skoro znalazła się większość sędziów w radzie która go poparła, to myślę, że nie ma co żałować kogokolwiek z tego towarzystwa.

A zmieniając nieco temat- ja, gdybym miał reformować sądownictwo, to bym po prostu odesłał w stan spoczynku, natychmiast, wszystkich sędziów sądów apelacyjnych i pełniących funkcje (przewodniczących wydziałów, kierowników szkoleń, etc.) w sądach okręgowych. Następnie wystarczy przez jakiś czas pomijać przy awansach sędziów, którzy kiedykolwiek byli funkcyjnymi lub odbywali aplikację lub asesurę w sądach okręgowych.

Te wszystkie grupy razem to pewnie z 3-5% ogółu sędziów i jakieś 90% problemów (przynajmniej tych problemów, które nie wynikają bezpośrednio z braku pieniędzy) Choć po usunięciu tego towarzystwa może się okazać, że i pieniądze są, tylko dotychczas znikały gdzie indziej.
Reszta sędziów to w większości przyzwoici, ciężko pracujący ludzie, którzy za niezbyt duże pieniądze pracują często po 60-80 godzin tygodniowo, często latami bez prawdziwego urlopu.

Oraz druga rzecz- wprowadzić zasadę "jeden sędzia- jeden głos" w wyborach do KRS. Szybko się zmieni na lepsze, gwarantuję. Nie trzeba tych wyborów oddawać politykom, nie potrzeba mieszać nadmiernie. Wystarczy pozbawić przywilejów drobną mniejszość jaką są sędziowie apelacyjni. Kiedy KRS zostanie wybrana przez tych ludzi, którzy naprawdę wykonują codzienną harówę w wymiarze sprawiedliwości, to oni na pewno nie wybiorą ludzi, którzy prosto z PZPR przeszli do upokarzania aplikantów. 

I mam najszczerszą nadzieje, że prezydenckie reformy będą szły w tę stronę.




Hiszpania i po Hiszpanii

Dawno temu napisałem post, w którym twierdziłem, że Hiszpania jest zbyt niespójnym wewnętrznie krajem, a relacje ekonomiczne pomiędzy regionami są zbyt patologiczne, aby ten kraj mógł na dłuższą metę zachować spójność.

W niedzielę 1.10.2017 zobaczyliśmy ważny, a jak sądzę, kluczowy akt tego procesu.

Jak wiadomo, władze Katalonii rozpisały referendum w sprawie niepodległości.

Pytanie jest jedno: czy chcesz aby Katalonia stała się niepodległym państwem o ustroju republiki?

Dla uporządkowania podstawowych faktów- tak, władze Katalonii nie mają umocowania aby rozpisać w takiej spawie referendum. Dotyczy ono ogólnohiszpańskiej kwestii konstytucyjnej i jako takie powinno być rozpisane za zgodą rządu centralnego.
Sprawa trafiła do hiszpańskiego sądu najwyższego i jak najbardziej podzielił on to stanowisko. 

To jednak zupełnie zraziło organizatorów, postanowili przeprowadzić referendum pomimo tego. rząd hiszpański zareagował bardzo agresywnie. Madryt przejął kontrole na katalońska policją, wysłał państwową policję i Guardia Civil. 
W Katalonii niekoniecznie dominowały nastroje za niepodległością, ale na pewno były i są bardzo powszechne nastroje republikańskie, czyli przekonanie o wadze głosu ludu. Opór Madrytu przeciw referendum po prostu dolewał oliwy do ognia. 
Zatrzymania lokalnych polityków (ponad 700!), przejęcie kontroli na lokalną policją i inne takie działania zjednoczyły sporą część społeczeństwa w idei przeprowadzenia referendum

W samym dniu głosowania siły porządkowe kontrolowane przez Madryt po prostu próbowały zatrzymać głosowanie, zamykając lokale, konfiskując karty i urny. 
I tu zdarzyła się rzecz najważniejsza- przysłane siły porządkowe były w stanie zamknąć mniej niż 100 lokali wyborczych. Katalońska policja wykonująca rozkazy Madrytu to dokonała jeszcze w nieco ponad dwustu lokalach. Co oznacza, że łącznie uniemożliwiono głosowanie w około 10% lokali. Zresztą nadal dwie strony podają różne liczby.

Ale nie to jest istotne. tak naprawdę istotne jest to, że Madryt próbował powstrzymać referendum siłą i żałośnie przegrał. 
Z punktu widzenia zwyczajnych negocjacji- nie chcieli rozmawiać, postawili sprawę na poziomie konfrontacji siłowej i przegrali. Obraz brutalności hiszpańskiej policji pozostanie tam na pokolenia. Ponad 700 rannych to nie są przelewki, zwłaszcza w starciu z pacyfistycznie nastawionymi zgromadzeniami. Punkty wyborcze były chronione przez ciągniki okolicznych rolników i straż pożarną. To była po prostu całkowita klęska Madrytu. Następnym krokiem może być tylko ostra amunicja. To się wydaje dziś nierealne, ale tak naprawdę rząd Rajoya nie ma zbyt wielu opcji. Raczej bym się założył, ze do tego nie dojdzie, ale nie jestem w stanie wykluczyć czegoś na kształt stanu wojennego w Kataloni.
Pole manewru rządu w Madrycie jest drastycznie zawężone. Sprowadza się ono tak naprawdę do rozmów z Katalonią i udzielenia jakiś koncesji za pozostanie w ramach jednego państwa, rozwiązania siłowego lub gry na przeczekanie, która się po prostu skończy niepodległością w taki lub inny sposób.
To jest koniec Hiszpanii. Po prostu. Zupełnie nie widzę możliwości utrzymania tego kraju w obecnym kształcie.
Rozwinięcia wymaga kwestia "jakiś koncesji w negocjacjach". Minimum akceptowalnym w Katalonii jeszcze przed referendum był status zbliżony do tego jaki ma Kraj Basków. Co oznaczałoby przyznanie językowi katalońskiemu statusu języka urzędowego. To jest drobiazg, który jednak pogrobowcom Franco z Partido Popular nie mógłby przejść przez gardło.

Franco był kastylijskim szowinistą i w ramach swojej wizji kraju starał się wykorzenić wszystkie inne języki i kultury w Hiszpanii. Dopóki rządził on i jego pogrobowcy, trwał właściwie stan wojny z Baskami. Ta wojna została zakończona. Ale mało kto sobie zdaje sprawę, że zakończyła się właściwie całkowitym zwycięstwem ETA. Tak, Hiszpania ją przegrała. 
Autonomia Kraju Basków jest taka, że lokalnym elitom władza Madrytu nie przeszkadza, bo zasadniczo jej nie ma. Przede wszystkim całość podatków jest zbierana przez rząd lokalny, a do wspólnego skarbu jest opłacana składka zależna od potrzeb w zakresie bardzo wąsko pojętych spraw wspólnych- dyplomacji, kosztów utrzymania władz centralnych i obronności. Co więcej, zakres i sposób opodatkowania uchwalają w całości władze lokalne, choć w przypadku VAT jest on oczywiście mocno zsynchronizowany. Cła stanowią przecież dochód UE, więc suwerenność Hiszpanii nad Krajem Basków jest w dużej części symboliczna. 
Taki status byłby całkowicie do przyjęcia dla katalońskich elit. Problem polega na tym, że bez pieniędzy z Katalonii centralny rząd Hiszpanii jest natychmiastowym bankrutem. 
Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, jeszcze nie wiem co się wydarzy po otwarciu giełd z hiszpańskimi obligacjami. Choć nie spodziewam się niczego przyjemnego dla rządu w Madrycie.

Tak czy inaczej- walka o rząd dusz jest przegrana. Niepodległość będzie, raczej wcześniej niż później. Może być, tak jak w przypadku Basków prawie kompletna, ale nie formalna. A może zostać po prostu jednostronnie ogłoszona w tym tygodniu. 
Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości- Katalonia jest jednym z najbogatszych regionów Europy. Hiszpania jest krajem, który po kryzysie stopniowo pogrąża się w coraz głębszej korupcji, gospodarkę zaczynają niszczyć zmiany klimatyczne, a rząd pozbawiony demokratycznej legitymacji nie ma żadnej koncepcji sprawnego rządzenia krajem.
Na to nakładamy pozostałe regiony Hiszpanii, które, jeśli odejmiemy Madryt, to mogą konkurować zamożnością z południowymi Włochami lub postkomunistyczną częścią UE. A Madryt żyje z podatków całego kraju. 
Efektywnie- z Katalonii. 
Stąd rząd Rajoya ma za plecami przepaść. To jest piękny obraz greckiej tragedii. Ale nikt nie jest tu winien bardziej niż tradycyjne madryckie elity. Partido Popular i PSOE, dwie tradycyjne partie bardzo starały się obrzydzić do siebie wszystkich Hiszpanów i jednocześnie nie dopuścić do żadnej roli politycznej nowych socjalistów z Podemos. Teraz przyszedł rachunek za to, którey Rajoy bedzie staranie ignorował. Az do końca. Jeszcze nie wiemy jakiego.
Ale każde z trzech możliwych teraz rozwiązań: porozumienie w stylu baskijskim, niepodległość lub interwencja wojskowa na pewno spowoduje jedną rzecz- gwałtowny spadek dochodów podatkowych Madrytu. 
Co dalej nakręci spiralę żądań innych separatystów: Galicji, może jeszcze jakiś? 
Tak czy inaczej- to jest początek końca. Może Hiszpania przetrwa jako kraj w obecnych granicach z faktycznie niepodległą Katalonią, a może nie. Ale od dziś nie jest spójnym krajem, tylko takim, w którym prawie 1/4 populacji kontrolująca połowę ekonomii uznaje władze centralne za brutalnych uzurpatorów. To się nie może skończyć happy endem

Zemsta naszej planety

Muszę przyznać, że ostatni zestaw katastrof klimatycznych prawie mi się podoba. Prawie robi sporą różnicę, bo nie czuję żadnej niechęci wobec ludzi których nie znam (a tym bardziej kilku osób które akurat znam na trasie Irmy). 
Ale Kiedy mówimy o miastach, które dotknęły w ciągu ostatnich kilkunastu dni pożary, powodzie i huragany to nawet mam jakby wrażenie istnienia wyższej sprawiedliwości. Choć zaraz sobie przypominam o istnieniu firm ubezpieczeniowych i już nie jestem tego tak pewien.

O jakich katastrofach mówimy?
Ta, o której już wszyscy wiedza, to zalanie Houston. W światowych mediach mniej przebiła się informacja. że znacznie bardziej zniszczone zostało miasto Beaumont. Gdzie znajduje się jeden z największych światowych ośrodków rafinacji ropy. W Houston są siedziby firm naftowych, urzędnicy oraz główny światowy ośrodek technologii wydobycia i rafinacji ropy z dziesiątkami tysięcy firm i firemek próbujących tę technologię ulepszyć.  
Co jest ciekawe i istotne, model biznesowy dla ulepszania technologii i prosperity całej branży technologicznej jest znacznie mocniejszy w czasach rządów Demokratów i prawie całkowicie rozmontowywany przy rządach Republikanów. 
Otóż wprowadzanie i egzekwowanie norm zanieczyszczeń wymusza inwestycje, których dokonują wielkie firmy, a zarabiają zwykle te mniejsze. To z jednej strony. Z drugiej napływ państwowych pieniędzy jest zwykle kierowany bardziej w stronę mniejszych i bardziej technologicznych firm. Republikańskie rządy robią to co zawsze, czyli każde pieniądze które można znaleźć, czy to w budżecie, czy w kieszeni obywateli czy w zwyczajnej destrukcji środowiska są po prostu transferowane do akcjonariuszy wielkich firm oraz czyli członków zarządów. BTW- podział jest bardzo prostu- firmy należące do oligarchów płacą prezesom zupełnie normalne pieniądze, firmy należące do klasy średniej poprzez fundusze emerytalne czy inne są zwyczajnie okradane przez obłędne wynagrodzenia zarządów. Oczywiście to właśnie ta ostatnia część najbardziej zyskuje na republikańskich reformach. I nie mówię tu o żadnym konkretnym prezydencie, bo tak jest za każdym razem co najmniej od końca pierwszej wojny światowej.
Czyli udziałowcy i prezesi Wielkiej Nafty mają się dobrze, ale biznes dookoła już nie działał najlepiej, a teraz został zdemolowany. Tak samo jak petrochemie w Beaumont. I właściwie całe to miasto. Raczej biedne zresztą. Ludzi szkoda, oni i tak niewiele mieli. Rozsądnie zrobią, jeśli stamtąd wyjadą i nie wrócą, bo huragan wróci na pewno. 
Co, miejmy nadzieję, świetnie pogorszy możliwości odbudowy i dalszego działania przemysłu naftowego. Ludzie wyjadą, zmienią pracę i zaczną żyć lepiej.
Mogą wyjechać na przykład do Kalifornii. I zostać na przykład monterami instalacji fotowoltaicznych, ta jest praca lepiej płatna niż w rafineriach. 
W Kalifornii nie ma huraganów, nawet trąby powietrzne występują dość rzadko. To co jest widać na poniższym zdjęciu. Tak wyglądała północna część Los Angeles kilka dni temu:

Relatywnie blisko (jak na rozmiary LA) od Holywood. Czyli kolejnego ośrodka biznesu, tym razem przekonywującego przez lata i to całkiem skutecznie o tym jakie to fajne i zabawne jest spalanie paliw kopalnych. Ekstremalnym przykładem tego była kariera pewnego aktora, który w nagrodę za bycie kapustą dostał robotę pilnowania aktorów, żeby za bardzo nie marudzili przy robocie dla korporacji. Następnie zatrudniony przez największego  na świecie producenta turbin do samolotów i elektrowni do wygłaszania pogadanek. Był w tym na tyle dobry, że potem cała oligarchia się zrzuciła i zatrudniła go jako prezydenta. Już nie żyje, ale dziedzictwo zostało. Nie tylko udało mu się zniszczyć na dziesięciolecia przemysł energii odnawialnej w USA i dopilnować, aby nie było prawie żadnych hamulców dla trucia przez korporacje, ale i wcześniej znacząco wspomóc stworzenie w Holywood systemu propagandy w wyłącznej służbie czołowych trucicieli.
Więc Holywood i okolic też mi nie żal. Jeśli ceny nieruchomości tam spadną, nawet tylko w stosunku do reszty LA to bedzie oznaczało, ze propagandyści relatywnie zbiednieją a zawód stanie się nieco mniej atrakcyjny, czyli nie będzie przyciągać tylu zdolnych ludzi.  Same zyski.

A kolejnym miejscem, gdzie dopiero się zbliża kataklizm w momencie w którym to piszę, jest Miami. Miasto z ładną plażą i dokumentnie niczym innym. Poza tym zostało zbudowane na bagnach, które to bagna miały niezwykle ważną rolę ekologiczną do spełnienia. Ale były tanie i była ładna plaża, więc stanowiło to świetny interes dla spekulantów gruntami i deweloperów. Tyle, że kiedy bagna zostały osuszone i wybetonowane, to już nic nie trzyma tego gruntu nad powierzchnią wody. I to wiedział i wie każdy rozsądny człowiek. Nierozsądni dali się nabrać, a cwaniaki wyniosły się z forsa. Głupie cwaniaki zainwestowały forsę w to samo miejsce, jeszcze głupsze cwaniaki weszły późno z pieniędzmi i kupiły za chore kwoty nadbrzeżne nieruchomości wtedy, gdy juz każdy wiedział o podnoszeniu poziomu morza i potężniejszych sztormach. Spowodowanych przez produkty z General Electric oraz z Houston, sprzedawanych przez propagandzistów z Holywood.
Pozostaje wziąć paczkę chipów i trzymać kciuki za to, aby Irma nie zabrała ze sobą żadnych ludzi, ale bardzo chętnie bym zobaczył jak zabiera nie tylko budynki, ale i całą mierzeję na której jest Mar-o-Lago. Kolejny głupi cwaniaczek byłby odseparowany od swojej forsy. Nie on pierwszy i nie ostatni. 
A jeśli nie teraz, to sezon huraganów jeszcze chwile potrwa. A potem będzie  następny. I następny. A za każdym razem coraz cieplejszy ocean dostarczy coraz więcej pary wodnej i energii do napędu huraganów. Aż bagna wrócą na swoje miejsce a Florydzie. Albo w ogóle ocean  to zabierze.

Ostatnia prosta

Dla przypomnienia kontekstu- Donald Trump wygrał wybory zdobywając o 3 miliony MNIEJ głosów niż NAJBARDZIEJ NIEPOPULARNY polityk startujący KIEDYKOLWIEK jako kandydat prezydencki głównej partii w USA. Tak, dokładnie tak było. 

W USA Hilary Clinton była i jest bardzo niepopularną osobą, wyobrażeniem i personifikacją najgorszych wad establishmentu politycznego. Pomimo tego, zdobyła większość głosów, co w USA jak widać nie ma związku z wygraniem wyborów. W pewnym sensie amerykański system wyborczy premiuje jak najgorsze zarządzanie i zwiększa wartość głosów w źle rządzonych stanach. Otóż w wyborach do Senatu i prezydenckich, wartość głosu jest tym wyższa, im mniej mieszkańców ma stan. Przy bardzo łatwych możliwościach przeprowadzki i dużej mobilności ludzie częściej głosują nogami i przeprowadzają się tam gdzie jest praca i pieniądze. Co powoduje relatywne zwiększenie wartości głosów tych, którzy jeszcze pozostają tam, gdzie nie ma pracy ani pieniędzy, za to jest zła i nieudolna władza. Na którą ludzie dalej głosują, czasem tylko dlatego, że opozycja bywa jeszcze bardziej antypatyczna, albo jej faktycznie w ogóle nie ma.

Trump zaczął jako niezwykle mało popularna osoba jak na prezydenta, ale miał (i w sumie nadal ma) jedną poważną zaletę- nie jest Hilary Clinton. Na proteście przeciw establishmentowi wzbudził pewne nadzieje, zwłaszcza tam, gdzie gospodarka się z rożnych powodów zawalała (różnych, czyli czasem obiektywnych zmian, ale częściej po prostu długoletnich rządów Republikanów). To był całkiem dobry punkt wyjścia do zbudowania jakiejś bazy politycznej i kreowania polityki. Ale, jak kilkukrotnie pisałem, mówimy o wzorcowym przygłupie. Ostatnie kilka tygodni pokazało to tak wyraźnie, że lepiej nie można.

Jedna rzecz to są same decyzje polityczne, która sprowadzają się do np. pozwolenia na dowolną destrukcję środowiska naturalnego w interesie firm naftowych, co, eufemistycznie mówiąc, nie wzbudza entuzjazmu u większości społeczeństwa. W tym zwłaszcza pozwolenie na wiercenia w parkach narodowych. Choć oczywiście daje nadzieję tym, którzy są w jakiś sposób zależni od górnictwa paliw kopalnych. Jednak to jest kwestia głosów biedoty z górniczych osad. Ważnych w wyborach, ale poza tym pozbawionych znaczenia politycznego i ekonomicznego. Przy okazji już zostały znacząco ograniczone środki na przekwalifikowanie byłych górników.
Ważniejsza kwestia polegała na tym, czy będzie w stanie zdobyć i utrzymać poparcie Wall Street i innych patologicznych złodziei biznesmenów. A może i z czasem także tej niewielkiej części gospodarki, która produkuje coś realnego. 

Dla tego mętnego biznesu miał całkiem dobry plan, który promował od lat, mianowicie pozbawić ubezpieczenia medycznego około 25 mln ludzi, a zaoszczędzone pieniądze przekazać udziałowcom spółek giełdowych. To, nawet nie w skrócie, tylko w całości był plan ekonomiczny Trumpa. Zupełnie oczywiście jego wybór razem z republikańską większością spowodował gwałtowny wzrost cen akcji na giełdzie (bo miały przynosić więcej pieniędzy).
Problem polega na tym, że Trump jest nieudolny. Na chwilę odstawmy jego poglądy i załóżmy, że taki plan bym oceniał neutralnie lub pozytywnie. Miał tylko go zawrzeć w ramy legislacyjne akceptowalne dla większości obu izb Kongresu. Którą to większość stanowią przedstawicie partii zgadzającej się z tym planem. Nic prostszego, prawda? Nie dla niego. 
Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę w wersji, która była nie do zaakceptowania dla Senatu. Zamiast szukać kompromisu, Trump zaczął obrzucać wyzwiskami najpierw Partię Demokratyczną (której niektórzy członkowie i tak poparli reformę) potem przywódców Republikańskich. To oczywiście spowodowało, że żadna następna wersja ani  poprawki nie były możliwe, bo ludzie, którzy byliby skłonni do kompromisu czy ewentualnego handlu takimi przestali być.

To oczywiście nadwyrężyło relacje z biznesem. Które mógł śmiało utrzymać czy poprawić, gdyby miał dwie szare komórki. Niestety przydarzył się zamach terrorystyczny w Chartlottesville. Dla tych, którzy biorą informację z TVP Info i nic nie wiedzą: Członek bojówki nazistowskiej z premedytacją wjechał w tłum, zabił jedną osobę, a 19  jest rannych. Obyło się to wszystko przy okazji i w trakcie zjazdu amerykańskich nazistów z członkami Ku Klux Klanu. Trump przez 2 dni nic nie powiedział na ten temat, potem coś powiedział o "winnych dwóch stronach". Tego nie wytrzymał prezes Merck (firmy farmaceutycznej) i zrezygnował z komisji doradczej ds. produkcji przy prezydencie. Trump zareagował po swojemu, czyli obrzucił go wiązanką na Twitterze. Zaraz potem zrezygnował prezes Intela i jeszcze kilku. Powtóka z rozrywki. Następnego dnia chodziły pogłoski, że wszyscy członkowie komitetów doradczych do spraw produkcji oraz do spraw handlu zamierzają zrezygnować. Nie zdążyli, Trump je rozwiązał. Hm.. Jakby to powiedzieć, wydaje mi się, że w ten sposób nie przekonuje się do siebie ludzi i nie zdobywa sojuszników. Zwłaszcza wśród ludzi, którym się przed chwilą nie dostarczyło zamówionego towaru.

To nie były jedyne komitety. Jest (był) jeszcze np. do spraw kultury. Jak w każdym z nich, tam też zasiadali wybitniejsi przedstawiciele świata sztuki, którzy mieli służyć radą prezydentowi. Cóż, już nie służą. Zrezygnowali wszyscy naraz, we wspólnym liście, którego pierwsze litery akapitów układały się w słowo "RESIST". Które jest zawołaniem ludzi i środowisk protestujących przeciw prezydenturze Trumpa. A przecież to byli ludzie, którzy świadomie zgodzili się współpracować z tą administracją, służyć radą i służyć jako pośrednicy między swoim środowiskiem a prezydentem. I na temat tej współpracy mają do powiedzenia już tylko to jedno słowo: "resist".

W międzyczasie Trump wygłosił z telepromtera przemówienie potępiające KKK i white supremacy. Po kolejnych dwóch dniach zaczął znów "szukać winy po obu stronach" i przy okazji nazwał pokojowy marsz antyrasistowki w Baltimore "utrudnianiem pracy policji". Marsz odbył się z okazji planownej manifestacji rasistów. Rasistów było ok 200 i sami rozwiązali swoją manifestację. Bo dookoła było ok 45 tysięcy ludzi, którzy tam przyszli pokazać, że ci pierwsi nie są większością. W istocie- nie są.

Postawienie się przez Trumpa po stronie KKK i okolic zakończyło sprawę poparcia go przez jakiekolwiek umiarkowane centrum (dzięki któremu przecież wygrywa się wybory). Pozostało jeszcze poparcie środowisk spod znaku white supremacy. Najbardziej prominentnym ich przedstawicielem w Białym Domu był niejaki Steve Bannon, właściciel, a wcześniej główny prowadzący telewizji internetowej podającej zmyślone "wiadomości" i dość popularnej w środowisku radykalnej prawicy, KKK, rasistów i okolic. Właśnie został wyrzucony z Białego Domu. 
Bannon zapowiedział, że przechodzi do zwalczania administracji Trumpa, choć nie jego samego, tylko tych strasznych przedstawicieli establiszmentu, którzy ją opanowali. 

Podsumowując te śmieszne kilka miesięcy- Trump został prezydentem bez szerszego zaplecza politycznego i z poparciem mniejszości wyborców (i kompletnej mniejszości społeczeństwa). Zamiast poszerzać swoja bazę, najpierw starannie zniechęcał do siebie wszystkie marginalne środowiska. Potem zaplecze biznesowe przekonał, że jest człowiekiem, który nie potrafi załatwić relatywnie prostych spraw. Następnie przeszedł do obrażania tegoż zaplecza. A potem poszedł na wojnę z człowiekiem, który kontroluje medium mające największy wpływ na oddanych mu fanatyków i szaleńców. 

To jest koniec. Tam pozostało jeszcze paru ludzi, którzy dla niego pracują, ale nie pozostała żadna szeroka grupa która mogłaby stanowić zaplecze władzy. 

Donald Trump nie ma już ani grama możliwości wygrania prawyborów przed następnymi wyborami, choć zwykle to jest dla urzędującego prezydenta czysta formalność. Ma jeszcze szanse, choć niewielkie, dotrwania do końca kadencji. Jestem pewien, że sugestie rezygnacji i to od poważnych osób już usłyszał. Jak widać, przynajmniej do czasu pisania tego wpisu, je ignoruje. Ze swoją mentalnością zapewne będzie ignorować do końca. 

Ten koniec może nastąpić na dwa sposoby. Jednym z nich jest impeachment, czyli usunięcie z urzędu w wyniku procesu gdzie w roli sądu występuje Senat. Na razie to jeszcze nie jest prawdopodobne. Ale w przyszłym roku są wybory, jak co dwa lata. Jeśli sondaże będą przewidywać kompletną katastrofę Partii Republikańskiej, to mogą się zdecydować i to. Za bardziej prawdopodobne jednak uważam skorzystanie z 25 poprawki do Konstytucji, na mocy której wiceprezydent oraz połowa gabinetu (rządu, w całości mianowanego przez prezydenta) stwierdzają niezdolność prezydenta do pełnienia obowiązków. Szybko, cicho, bez procesu, można dołożyć dobry pretekst medyczny, załatwione przez swoich bez awantur politycznych na widoku. Ale z drugiej strony już teraz w samym rządzie wszyscy nawzajem na siebie donoszą do mediów, gdyby ktoś przygotowywał taką sprawę, to awantura by wybuchła natychmiast i cały rząd byłby wyrzucony za pomocą Twittera.
Nie mówiąc o ubocznych skutkach politycznych, czyli powstaniu legendy wspaniałego prezydenta, którego usunął spisek skorumpowanych polityków, bo "chciał rządzić dla ludu". 

Jak będzie zobaczymy. Sytuacja na dziś jest bardzo zła i groźna, bo mamy skrajnie bezmyślnego człowieka z atomową walizką, którego trzeba bezpiecznie usunąć ze stanowiska. Bezpiecznie dla świata, bo on jest zagrożeniem dla świata. Albo przeczekać do końca, w miarę możliwości go pilnując. Co w istocie stwarza pole do prawdziwego spisku minimalnie odpowiedzialnych ludzi. 
To jest czas aby się modlić. 

Rewolucja energetyczna, oligarchia i postprawda.

Żyjemy w czasach rewolucji energetycznej, czyli w swej istocie kolejnej rewolucji przemysłowej (więcej o tym w tym tekście). Zmiana dominującego sposobu pozyskiwania energii i transportu zawsze stwarza nowych wygranych i przegranych. Ci którzy mają wygrać siedzą cicho i pracują, ci którzy mają przegrać, głośno krzyczą jak to jest świetnie, a po cichu szukają frajerów, którzy odkupią od nich biznesy, które jeszcze jakoś działają, ale świetlistej przyszłości nie mają żadnej.
Ten schemat się powtarzał nie raz. W czasach rozwoju żeglugi i możliwości taniego importu zbóż, arystokracja dzielnie trzymała się przy władzy, po cichu sprzedając majątki, a pieniądze pakując w huty i kopalnie. Ta operacja była możliwa dzięki temu, że posiadanie majątku ziemskiego łączyło się z prestiżem i/lub możliwością udziału we władzy państwowej, więc istniał na nie zbyt pomimo oczywistej nieatrakcyjności takiej inwestycji. Choć oczywiście udział we władzy i kontrola nad mediami pozwalała długo przekonywać publikę, że jednak nieruchomości ziemskie są doskonałą i dochodową rzeczą.
Identyczne procesy zachodziły przy okazji kolejnych zmian. Zapewne duże pieniądze były przeznaczane na to, aby przekonać publikę, że kanały żeglugowe mają się świetnie, kiedy cały interes już dawno zżerały pociągi i ciężarówki. Nie inaczej było cały czas z fabrykami wyposażonymi w starsze maszyny, etc.

Dziś trwa sobie nowa rewolucja energetyczna. Cały przemysł węglowy znika w odmętach przeszłości, zarówno górnictwo, jak też energetyka. Widać już dość dobrze, że bateryjne pojazdy elektryczne są zwyczajnie lepsze w olbrzymiej większości zastosowań od pojazdów spalinowych. Za tym musi przyjść spadek popytu na ropę i upadek przynajmniej niektórych z dzisiejszych producentów samochodów (zapewne większości).
Wiadomo, że energetyka odnawialna pozwala na skokowy spadek kosztów energii, tak samo jak pojazdy bateryjne. Oraz wiadomo, że mamy na świecie problem z klimatem spowodowany spalaniem paliw kopalnych, nie wspominając o "zwyczajnym" zanieczyszczeniu powietrza. Rozwiązaniem każdego z tych problemów jest przejście w całości na energetykę odnawialną i elektryfikacja transportu (i używanie biopaliw w nielicznych miejscach gdzie elektryfikacja jest niemożliwa lub zbyt kosztowna).
Rozsądna dyskusja może i powinna się toczyć na temat ścieżki likwidacji niepotrzebnego przemysłu, rozbudowy potrzebnego i zastępowania go, szans jakie to daje, mobilizacji ludzi i kapitału. W wielu miejscach się ona toczy.
Taka dyskusja powoduje jednak jedną, bardzo ważną rzecz- zarówno klasa polityczna, jak też opinia publiczna zdaje sobie sprawę, że model biznesowy oparty na paliwach kopalnych i silnikach wewnętrznego spalania jest skończony. Że fabryki działają i działać będą, ale żadnej przyszłościowej wartości nie mają, ich wartość należy wyliczać w ten sposób, ze można ich używać aż do zużycia i porzucić. Tak samo jak bezwartościowe się staną dotyczącego tego patenty, etc. To jest znacząca różnica w wycenie wszelkich firm. Zaczynając od odpowiedzi na pytane czy problemy z płynnością kopalni węgla są chwilowe i można trochę ją dokapitalizować i mieć poważny majątek, czy to tylko dziura w ziemi z której nigdy się nie wyciągnie ani grosza. 
Każde z tych pytań, a jest ich tysiące może być warte nie milion, a sto milionów. Albo kilkadziesiąt miliardów. Dolarów.

Zupełnie logiczną konsekwencją takiej sytuacji jest chęć przekonania przez aktualnie umoczonych w stary system, że absolutnie nie ma żadnej rewolucji, wszystko jest dokładnie tak samo jak było, a ci, którzy twierdzą inaczej to grupka fantastów i wariatów.

Wielki przemysł ma dość łatwo, bo opracował w ciągu dziesięcioleci metody i ma na usługach wystarczające sztaby ludzi, aby panować nad przekazem nawet przez dziesięciolecia. I ogłupić publikę do stopnia w którym nie można przeprowadzić dyskusji nad najprostszymi rzeczami. Przecież to jest zupełnie nieprawdopodobne z każdego rozsądnego punktu widzenia, że w ogóle dopuszczono do sprzedaży benzynę zawierającą ołów oraz, że nie wzbudziło to powszechnej dyskusji publicznej i refleksji przez kilka dziesięcioleci.

Dane o szkodliwości palenia tytoniu oraz badania nad siłą uzależnienia i metodami jego leczenia były jakby rozmywane i znikały z dyskusji publicznej. Dopiero procesy sądowe wykazały, że było to działanie z premedytacją prze koncerny tytoniowe, a kluczową rolę grała tu mała garstka skorumpowanych naukowców i olbrzymie budżety reklamowe, które pozwalały wpływać na linię praktycznie każdego medium o większym zasięgu.
To samo, tylko na znacznie większą skalę zostało powtórzone przy okazji debaty o zmianach klimatycznych.  Pieniądze firm od paliw kopalnych są znacznie większe, niż te o których koncerny tytoniowe mogły w ogóle marzyć.
Jedną z metod jest podważanie ustalonych faktów za pomocą pseudoinstytutów i podejrzanych uniwersytetów, które otrzymują relatywnie duże pieniądze za żyrowanie tekstów przygotowanych przez lobbystów jako prac naukowych. Następnie te rzekome prace stają się podstawą do następnych "badań naukowych". Całość treści takich badań można zawrzeć w jednym zdaniu :rozmywamy i podważamy nawet najbardziej oczywiste i wielokrotnie udowodnione fakty, które sa sprzeczne z interesami. Nie mówimy tu o żadnych kontrowersyjnych problemach. Mówimy o rozmywaniu powszechnej i znanej od stuleci wiedzy. Jak to, że metale ciężkie są śmiertelnymi truciznami, ale w mniejszych dawkach najpierw niszczą zdrowie fizyczne i psychiczne.  Następnie, kiedy już mamy "instytuty" i "badania naukowe" to możemy zacząć organizować "szkolenia". Zwłaszcza, że pieniądze nie grają roli to możemy oprócz "szkoleń" jeszcze dotować stosowne organizacje.

A kto może i powinien być beneficjentem takich szkoleń oraz dotacji? Przecież nie ten, kto rozumie na czym to wszystko polega. To jest prosty, czysty i oczywisty wróg. Beneficjentem powinien być ten kto po pierwsze nic nie rozumie, a po drugie ma lub może mieć w przyszłości wpływ na politykę. Nic nie stoi na przeszkodzie takiego kandydata wspomóc na każdym etapie kariery.

Wystarczy, że dzięki temu system utrzyma się jeszcze przez kilka lat. Wydatki na to wszystko są jedynie drobnym ułamkiem zysków. W bonusie mamy możliwość dociągnięcia przez prezesa do emerytury bez zainteresowania organów ścigania.

Na to ten schemat i metody dopracowane przez przemysł tytoniowy została dołożona druga warstwa. Dopracowane przez kremlowski reżim metody ogłupiania społeczeństwa przez tak intensywne podawanie sprzecznych komunikatów i masowe promowanie najdzikszych bzdur, że przeciętny człowiek po relatywnie krótkim czasie przestawał odróżniać prawdę od fałszu, co otwierało możliwości zupełnie bezkarnego robienia w polityce dokładnie wszystkiego, bo nikt nie był w stanie sam ocenić prawdziwości informacji, ani nawet wiarygodności źródeł.

W zakresie kształtowania opinii publicznej w interesie Rosji jest praktycznie dokładnie to samo, co w interesie zachodnich koncernów naftowych, więc kto stoi za daną częścią propagandy czasem jest trudne do odróżnienia. W końcu Rosja jest też faktycznie koncernem naftowym. W dość dobry sposób media Murdocha z Fox "News" na czele nauczyły się kremlowskich metod manipulacji społeczeństwem, a może było odwrotnie. Nikt tego nie wie, są to w końcu czasu postprawdy.
Interesy są te same, ale dla prezesa zachodniego koncernu najgorszą sprawą może być grzywna czy wyrok w zawieszeniu. Dla rosyjskich oligarchów, z prezydentem włącznie jeszcze większy spadek dochodów z ropy może oznaczać konieczność szukania państwa które im udzieli azylu.

Nie twierdzę, że każda decyzja i zawsze jest skutkiem lobbingu albo wsparcia przez stosowne koncerny kariery ludzi, którzy im pasują. Czasem rozsądny mąż stanu też podejmuje decyzje wprost w interesie określonych lobby. W niektórych przypadkach nawet długa i rozsądna dyskusja prowadzi do konkluzji, że trzeba udzielić czasowego wsparcia określonym gałęziom przemysłu. 
Czego przykładem jest polityka Niemiec, którym regularnie zarzuca się hipokryzję. I słusznie, bo odstawiając paliwa kopalne w energetyce, w przypadku transportu nieco pracują nad zmniejszeniem udziału samochodów osobowych, ale nie robią nic, co mogłoby naruszyć interesy lub choćby postrzeganie na świecie wielkich niemieckich producentów samochodów.  Którzy sami zajęli się truciem, jak zawsze, zamiast zmiany modelu biznesowego na możliwy do utrzymania w przyszłości.
Ale jedno to kompromis, czy nawet hipokryzja w ramach rozsądnej polityki, a drugie to jej kompletna negacja i działanie wprost w interesie całego tego towarzystwa.

Ten olbrzymi napływ pieniędzy i nacisk na opinią publiczną był w wielu miejscach naprawdę skuteczny.  Prezydentem USA został człowiek, który w każdym możliwym miejscu działa na rzecz lobby paliw kopalnych. 
Na szczęście przy okazji jest kompletnie nieudolny, więc działania regularnie przynoszą odwrotny efekt. Po wypowiedzeniu porozumień paryskich poszczególne stany, pod przewodnictwem gubernatorów Kalifornii i Nowego Jorku przejęły pałeczkę i zadecydowały o samodzielnym ograniczeniu emisji CO2 w na tyle przyspieszony sposób, że wykonają paryskie zobowiązania USA. Próba zniesienia sankcji wobec Rosji spowodowała to, że Kongres się obraził i sankcje przedłużył i zaostrzył. W tym wobec kolejnych oligarchów, a to własnie jest największy problem- potrzebują pieniędzy zablokowanych w ramach sankcji, gdy będzie czas zwiewać z Rosji. Najwyraźniej wielki biznes od trucia wszystkiego razem z  rosyjskimi wspólnikami w przypadku promowania Trumpa trochę przesadził. Pomysł był niezły- wziąć największego durnia, który nie będzie nic rozumiał i sterować go przez telewizor, bo z czytaniem słabo. Tylko poszło za dobrze. Dureń nie potrafi wykonać prostych poleceń.

Za  to nowy prezydent Francji nie przejmuje się niczym i zadecydował o wprowadzeniu kompletnego zakazu sprzedaży samochodów spalinowych. Za 23 lata, ale to jest konkret, z konkretnym terminem w poważnym kraju przemysłowym. Do tego czasu pozostanie jedynie dość małe zużycie paliw kopalnych w energetyce, głównie gazu, który jest potrzebny do bilansowania przerośniętej floty atomowej. Ta deklaracja to praktycznie wyrok śmierci dla biznesu naftowego. I Rosji przy okazji, oczywiście.

I na deser zostanie Polska. Kraj, który tak idealnie wpisuje się polityką rządową w interesy lobby węglowo- naftowo- rosyjskiego, że naprawdę nie wiadomo, czy to spisek i plan, czy po prostu wskazówki dotyczące polityki wprost przychodzą ze stosownych central do ministra, albo nawet bez jego pośrednictwa do departamentów legislacyjnych. Tak naprawdę nie podejrzewam, że mogą przyjść z którejkolwiek polskiej firmy, to nie ten poziom refleksji i orientacji w świecie. Ale z wielkich koncernów kontrolujących elektrownie węglowe? Jak najbardziej. Z zachodnich firm naftowych? Mniej, one w Polsce nie mają dużych interesów. Z Rosji? Ci mają. W każdej części rynku paliw kopalnych.
Teoretycznie można do tej listy dopisać jeszcze administrację Trumpa, ale wybory w USA nic w tej części polskiej polityki nie zmieniły, ta sprawa była wcześniejsza. Zapowiedzi i jasny kierunek był wskazany już przed wyborami w Polsce.
I tak samo jak Trump i Tillerson robią wszystko, co mogą w interesie Rosji, a że działają w ramach administracji i są nieudolni, to faktycznie niedużo mogą, tak działania polskiej administracji są w realizacji tychże wspólnych interesów Rosji i koncernów naftowych znacznie skuteczniejsze. 

Tak wygląda cała ta historyjka. Najpierw trzeba rozumieć fizykę i znać współczesną technologię na tyle, aby odróżniać rzeczywistość od kłamstw. Potem te kłamstwa poukładać w rządki i zobaczyć w jakie wzory się układają. Wtedy dokładnie widać w czyim są one interesie oraz bardzo dokładnie kto wspomaga ich dystrybucję. Co na przykład prowadzi nas do następnego pytania, o rolę Facebooka w ostatnich wyborach w USA. Wiadomo, że ich udział w rozprzestrzenianiu kłamstw i wpływie na wynik wyborów był nieproporcjonalnie wielki. Czego nie wiemy, to czy możemy wierzyć zapewnieniom Zucerberga, że to wszystko był uboczny skutek algorytmów dopasowujących wiadomości do osoby, czy jednak należy zadawać pytania, których nikt nie chce zadawać?


O co właściwie chodzi z reformą sądownictwa?

Było sobie w Polsce przez ostatnie dni dość potężne zamieszanie wokół reformy sądownictwa. Poprzednia władza, czyli obecna opozycja wyszła demonstrować na ulicę, jak zwykle. Tym razem jednak do demonstracji przyłączyło się wielu przyzwoitych ludzi. 
Cała sprawa jest niezwykle skomplikowana, ponieważ dotyczy w sumie olbrzymiej części sfery publicznej, a każda ze stron zamiast rozmawiać zaczęła się bawić w hasła i memy. Oraz, jak zwykle oskarżenia o destabilizację państwa w interesie partyjnym lub zewnętrznym.  Czas to trochę uporządkować.

Są trzy projekty ustaw i trzy części reformy. Jedna dotyczy sądów powszechnych, czyli rejonowych, okręgowy i apelacyjnych. Druga Krajowej Rady Sądownictwa, a trzecia Sądu Najwyższego.

Są to części tego samego systemu, ale na tyle odrębne, ze mogą, powinny i są traktowane rozdzielnie. 

Pierwsza oś sporu dotyczy kwestii czy sądownictwo w ogóle wymaga reform. PiS, jak wiadomo twierdzi, że tak. PO i .N twierdzą, ze nie, sądownictwo jest zasadniczo w porządku, może co najwyżej można jeszcze przyspieszyć postępowania. 
Jedyna partia, która poza tym ma jeszcze jakieś stanowisko w sprawie to Razem, które uważa, że reforma jest konieczna i to poważna. Czyli zasadniczo ma stanowisko takie jak PiS, jednak była w zdecydowanej większości po stronie protestujących.

Zdanie społeczeństwa, co pokazują badania opinii publicznej jest takie, że sądy cieszą się poparciem zbliżonym do przestępczości zorganizowanej, czyli, delikatnie mówiąc nie najlepszym. Co zasadniczo oznacza, że w sprawie konieczności reformy, społeczeństwo jest po tej samej stronie co PiS i Razem a przeciw PO i .N.  
Sądownictwo jako władzę trawi bardzo głęboka choroba i to jest powszechne przekonanie. Nie każdy potrafi postawić prawidłową diagnozę, mało kto wyleczyć. 
Korupcja w sądownictwie jest problemem i jest dość powszechna. Jednak absolutnie nie ma postaci kupowania wyroku u sędziego za worek ziemniaków, czy jakąkolwiek inną konkretną łapówkę. Nie słyszałem o niczym takim i był nawet zaryzykował twierdzenie, że w ostatnich latach coś takiego nie miało miejsca. 
Sprawa w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej. 
Da się zrobić tak, aby uzyskać korzystny wyrok w wątpliwej sprawie. Nie każdy sędzia wyda takowy, raczej mówimy o znikomej mniejszości. Olbrzymia większość sędziów potrafi zauważyć próby wpływania na ich zdanie o sprawie i by albo to zignorowała albo poprosiła policję o posłanie delikwenta gdzie jego miejsce. 
Jednak w niektórych grupach można szukać sędziów o zgoła innej mentalności. Po pierwsze i najważniejsze, w czasach PRL sądownictwo było oficjalnie częścią "jednolitej władzy państwowej", co w praktyce oznaczało wykonywanie przez sędziów władzy w zakresie i kierunku określonym przez inne organa władzy, w całości działające zgodnie z przewodnią rola PZPR i sojuszu ze Związkiem Radzieckim (to wszystko było, jak najbardziej, zapisane w konstytucji). Tych ludzi dobierano i uczono dla właśnie takiej pozycji ustrojowej. 
Druga sprawa to asesorzy sądowi. Czyli jeszcze nie do końca sędziowie, jak najbardziej prawnicy po ukończonej aplikacji i w pełni kwalifikowani merytorycznie do orzekania. Ale jeszcze nie mający nominacji sędziowskiej. Dla uzyskania której potrzebują dobrych wyników sądzenia (dobry przerób, mało uchylanych spraw)oraz dobrych opinii zwierzchników. Co w teorii ma związek z podejściem asesora do swoich obowiązków. A w praktyce wyłącznie z tym ile i jakich spraw dostanie. 
Tu dochodzimy do sedna sprawy. O mianowaniu i awansie sędziego decyduje w praktyce Krajowa Rada Sądownicza, na podstawie opinii, które zależą w praktyce od tego jakie się danemu sędziemu  trafiają sprawy. A o tym decyduje przewodniczący wydziału. 
Pozostaje zada pytanie kto decyduje o składzie KRS i mamy kompletną odpowiedź na pytanie kto w ogóle ma możliwości korupcji w sądach. Otóż o składzie KRS teoretycznie decydują wszyscy sędziowie. Praktycznie wybory odbywają się w cenzusach poszczególnych szczebli sądowych i są tak urządzone, że nieproporcjonalnie ważny jest głos sędziów sądów apelacyjnych. To oni w praktyce decydują o składzie KRS. 
W razie potrzeby takiego, a nie innego wyroku też żaden sędzia nie wyda orzeczenia oczywiście sprzecznego z przepisami prawa. Ale od czego są biegli. Przepisy przewidują, a orzecznictwo wyższych sądów bardzo mocno utrwaliło wszechwładzę biegłego w procesie. Do tego stopnia, że w opiniach nie raz i nie dwa można oprócz fachowej opinii także sugestię co do wyroku. Z drugiej strony biegli sądowi są skandalicznie źle opłacani. W wielu sprawach obowiązki sędziego kończą się na wybraniu odpowiedniego biegłego w procesie. Albo "odpowiedniego".
I to jest mniej więcej cały system korupcji w polskich sądach. Jego kluczowe elementy to kompletnie patologiczny system przeprowadzania dowodów z wiedzy specjalistycznej, dowolność wyboru sędziego do konkretnej sprawy oraz nieproporcjonalnie ważna pozycja sędziów wychowanych jeszcze w PRL (którzy jak przypuszczam w ogóle sędziów stanowią niezbyt dużą mniejszość) i wielokrotnie awansowanych w ramach tak działającego systemu.

Co trzeba zrobić?

Na pewno trzeba zrobić jak najszybciej dwie rzeczy. Pierwsza to pozbawienie przewodniczących prawa do dowolnego rozdzielania spraw. Druga to pozbawienie sędziów apelacyjnych tak znacznego wpływu na skład KRS. 
Trzecia, której nie da się zrobić szybko, to reforma systemu biegłych. To, zupełnie obiektywnie musi trwać lata i ten problem należy zacząć od dosypanie pieniędzy do systemu i to niemałych, a następnie zmniejszyć potrzebę i znaczenie biegłych w sprawach sądowych. 

W takim razie co było w projektach?
W zakresie reformy sądów powszechnych- pozbawienie przewodniczących wpływ na rozdział spraw i zastąpienie tego automatycznym algorytmem. Zupełnie dobre rozwiązanie, być może jedyne możliwe do wprowadzenia na obecnym poziomie organizacji państwa. 
Możliwość odwołania przewodniczących i rozliczania w razie niskiej sprawności sądów. To jest ok. Jest to jakieś narzędzie. Po pozbawieniu przewodniczących faktycznego wpływu na treść orzeczeń pozostają im obowiązki administracyjne i taki nadzór jest OK. Uprawnienie do odwołania przez pierwsze pół roku od wejścia w życie ustawy jest dość dyskusyjne i raczej mi się nie podoba. Ale z drugiej strony, jeśli mówimy o przewodniczących z zasadniczo obowiązkami administracyjnymi to nie jest to wielkim problemem.

Krajowa Rada Sądownictwa. Jest to organ konstytucyjny, którego członkami muszą być sędziowie. Za to konstytucja nie określa jak mają być wybierani. Według propozycji mieli być wybierani przez Sejm zwykłą większością głosów. Co by faktycznie oznaczało decyzję większości rządzącej, a być może wręcz wybieranie kandydatów w ministerstwie sprawiedliwości. Pomysł Prezydenta, aby ci członkowie byli wybierani kwalifikowaną większością, wymuszającą porozumienie międzypartyjne jest bardzo sensowny i tak by to mogło zupełnie dobrze działać. 

Za to projekt ustawy o Sądzie Najwyższym to była po prostu quasi-autorytarna granda. Konstytucja przewiduje możliwość przesunięcia sędziego w stan spoczynku w razie reorganizacji sądów. Wobec czego ustawa przewidywała naciąganą i niepotrzebną reorganizacje Sądu Najwyższego i przesunięcie wszystkich sędziów w stan spoczynku (czyli wysłanie na emeryturę). Do tego miejsca sprawa jest naciągana, ale powiedzmy, że dałoby się to jakoś obronić. Ale w następnej kolejności to Minister Sprawiedliwości wskazuje, którzy z sędziów jednak będą dalej orzekać. I to jest juz gruba przesada. Jeśli nawet zmniejszenie liczby sędziów jest w jakimkolwiek stopniu racjonalne (nie jestem w stanie tego ocenić) to na pewno metoda ręcznego wskazywania składu SN przez ministra rozsądna i racjonalna dla stabilności państwa nie jest. 
I tu mówimy dokładnie o działaniu i stabilności państwa. 
Nie widzę żadnych racjonalnych argumentów za reorganizacją SN, obecny podział na izby jest w większości racjonalny i działa, więc reorganizację oceniam jedynie jako pretekst do wysłania na emeryturę, czyli w swej istocie odsiania przez ministra skład SN. I to jest hucpa, niedopuszczalna w cywilizowanym państwie. 

Za to osobną kwestią pozostaje sposób prowadzenia dyskusji publicznej i sejmowej na tymi reformami. Kluczowe zmiany całego systemu sądowniczego, usunięcie ze stanowisk ludzi pełniących ważne funkcje ustrojowe w wyniku ustaw uchwalonych w ciągu 3 dni bez dyskusji publicznej to jest dno. To jest zachowanie, które powinno dyskwalifikować jego autorów z życia publicznego w demokratycznym państwie. 

Sytuacja wymaga reform, ale przecież się nie pali. Losowanie spraw można było wprowadzić bez większych kontrowersji już dawno. A nad resztą reformy dyskutować. Ja rozumiem, że dyskusja z obecną sejmową opozycją może być nieco trudniejsza niż z autystycznym kotem, ale jak się chce naprawiać państwo to po prostu trzeba. Równie dobrze, a w obecnej sytuacji nawet lepiej, zaprosić do rozmów pozaparlamentarną opozycję. Obok, czy nawet zamiast parlamentarnej. Zawsze to będzie coś przypominającego cywilizowane zarządzanie demokratycznym państwem. 

Jest jeszcze kwestia trójpodziału władzyCzęścią konceptu trójpodziału władzy jest kwestia ich wzajemnego równoważenia i ograniczania. Co oznacza ISTNIENIE WPŁYWU władzy ustawodawczej i wykonawczej na sądowniczą. I o ile wpływ władzy ustawodawczej na sądowniczą w Polsce istnieje, choć mocno ograniczony (bo konstytucja, w praktyce niezmienialna, reguluje dużą cześć), tak wpływ władzy wykonawczej zasadniczo nie istnieje i został zastąpiony samorządem sędziowskim, zdominowanym przez sędziów sądów apelacyjnych. Więc wszystko w porządku, ale jeśli mówimy o koncepcie trójpodziału władzy, to w polski realiach oznacza on ODEBRANIE obecnych uprawnień. Więc od tej strony patrząc, koncepcja reformowania sądownictwa poprzez zwiększenie uprawnień władzy wykonawczej, jeśli zostanie zachowana niezawisłość i nieusuwalność sędziów, to jest faktyczne wzmocnienie trójpodziału władzy.