Nowy lepszy rok

Przyznam, że w nowy rok patrzę z optymizmem. Można powiedzieć, że nieuzasadnionym, bo jednocześnie jestem przekonany, że będzie najgorszym, najbardziej niestabilnym i pełnym zagrożeń spośród tych, które większość osób ma w swojej pamięci.

Ale jednocześnie jestem przekonany, że to będzie dno i nikt nie zapuka od spodu. W przyszłym roku już będzie widać, jak źle było i że sprawy idą we właściwym kierunku.

Zaczynając od kwestii, która może zabić nas wszystkich, czyli zmianach klimatu. Na dziś jest taka sytuacja, że prezydent największego i najbogatszego kraju świata jest, powiedzmy to wprost, przygłupem. Który jednocześnie jest przekonany o własnej genialności oraz konieczności ochrony interesów całego biznesu paliw kopalnych. Tyle o USA
Jeden z kolejnych największych trucicieli, czyli Niemcy, w rytmie kolejnych rządów Angeli Merkel rozmontowują niemiecką Rewolucję Energetyczną, a przez sadystyczne niszczenie krajów południowej części strefy Euro, także hamują potencjalne zmiany w całym regionie.  

Na to nakładamy złe i skorumpowane rządy trzymające się stołków w RPA, ostatni przewrót polityczny w Brazylii i oczywiście Maybota i mamy dookoła świata, w kluczowych miejscach, przerażająco głupie i nieodpowiedzialne rządy, jeśli nawet nie zwyczajne bandy złodziei. Ale przede wszystkim mamy rządy kompletnie ignorujące wspólny problem całej ludzkości.

Kwestie ochrony klimatu znakomicie łączą i się nakładają na problem braku inwestycji, opisanego poprzednio, i polityków popieranych (czy wręcz wybieranych) przez oligarchów czerpiących astronomiczne zyski z dawno zamortyzowanych inwestycji. A przynajmniej mogących z nich wyciągać pieniądze na skalę wystarczającą do korumpowania polityków i wyłudzania państwowych dotacji i inwestycji w swoje interesy.  

Do tego są forsowane kolejne inwestycje konserwujące system oparty na paliwach kopalnych, zwłaszcza dotyczące gazu w Niemczech i wiele, wiele innych. Jedynym z niewielu państw realizującym sensowną politykę na poważną skalę są Chiny. Normalną, czyli inwestycji zapewniających ruch w gospodarce i inwestowania w odchodzenie od paliw kopalnych. 
Cały czas ci ludzie są przy władzy, robią swoje rzeczy, które nie wyglądają zbyt mądrze, a znacznie częściej są po prostu zwykłym, durnym, niepotrzebnym okrucieństwem. I nic nie wskazuje na to, aby się to miało w jakikolwiek sposób szybko zmienić.

Dlaczego więc jestem optymistą?

Odpowiedzią jest sztuka. Zupełnie konkretny kawałek, czyli film Mela Brooksa "The Producers". Kto nie oglądał powinien nadrobić zaległości i dopiero później wrócić do dalszej części tekstu. 
Kto nie boi się spoilerów może się nie przejmować, ale naprawdę sporo straci. 

Fabuła polegała na tym, że dwóch cwaniaków wymyśliło plan na przekręt. Zrobią sztukę teatralną, która będzie kompletną klapą, zupełnym dnem. Zrobią ją za pieniądze inwestorów, ale jeśli będzie doskonale wiadomo, z recenzji, szybkiego zdjęcia z afisza, etc., że to jest klapa, to nikt ich nie nigdy nie zapyta o budżet i wydatki. Bo wiadomo, ze stracili wszystko. Spokojnie sprzedali tysiące procent udziałów, wyciągali pieniądze jak im się podobało i pracowali nad najgorszym możliwym przedstawieniem. Nadszedł dzień premiery, pierwszy akt poszedł znakomicie, cała publiczność uznała, że to kompletny gniot, niektórzy zaczęli wychodzić, wszystko w porządku. 
Niestety, na początku drugiego aktu ktoś z publiczności krzyknął :"Ludzie, to jest śmieszne!". Percepcja się zmieniła. Przedstawienie było tak absolutnie głupie, że aż zostało odebrane jako świetna komedia. 

I właśnie ten moment nastąpił w USA. Wszyscy brali Donalda Trumpa na serio i ludzie dokładnie śledzący co się dzieje mogli tylko krzyczeć w przerażeniu. Co w sumie i ja robiłem.
Dziś sytuacja się o tyle zmieniła, że wyszła książka Michaela Wolffa o realiach Białego Domu. Dobrze udokumentowana, broniąca się nagraniami i bezpośrednimi wypowiedziami publicznymi. I pokazująca komediowy poziom braku pojęcia o realiach własnej pracy przez wszystkich Trumpów i ich otoczenie. Po prostu "Ludzie, to jest śmieszne!" Pozostało tylko poczekać krótkie kilka dni, kiedy najpierw prawnicy prezydenta negowali wiarygodność książki, w tym samym piśmie żądając przesłania jej egzemplarza a później po wydaniu, sam Donald wysłał tweeta w którym określił się jako "very stable genius". Co już chyba zostało potocznym określeniem. Książka, jak się wydaje przebiła popularnością co najmniej wszystko wydane w ostatnich latach, ale z drugiej strony to po prostu jest trochę dziennikarstwa i to wcale nie tak wysokich lotów. Jeśli komuś się wydaje, że Donald Trump jest normalnym, poważnym człowiekiem i kompetentnym politykiem, to zdecydowanie powinien ją przeczytać. Jeśli ktoś ma wrażenie, że jest ekstremalnie niekompetentnym przygłupem otoczonym bandą świrów i  złodziei to w sumie nie warto tracić czasu, bo niczego nowego się nie dowie.

Jest jeszcze jedna książka, która zmieniła politykę i świat w ten sam sposób. Tym razem obnażając krótkowzroczność i głupotę europejskich elit politycznych, zwłaszcza niemieckich.  Pokazują, że król jest nagi. I jest to książka znacznie, znacznie ważniejsza niż opowiastki Wolffa. Trump z nadętego bufona, który mógł robić wrażenie na mniej zorientowanych stał się po prostu pośmiewiskiem. I tak zostanie. Będzie tak samo głupi i niebezpieczny w swoim zdebileniu i nadal będzie prezydentem. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale jest pośmiewiskiem. Już nie tylko w lewicowej bańce, ale w głównej, zwykłej części społeczeństwa. Co oznacza, że każda kolejna rzecz którą zaproponuje nie będzie oceniana jako legitymowana polityka, tylko najpierw jako opowieści przygłupa, a dopiero potem, jeśli przez przypadek będzie mieć to sens, będzie wsparte przez ludzi i administrację. 

A wracając do niedawnej książki o Europie. Jest "Adults in the room" Yanisa Varoufakisa. Pełny (czy prawie) opis wydarzeń kiedy był ministrem finansów i tego co się działo za zwykle zamkniętymi drzwiami. Pozycja dla zdecydowanie bardziej wyrobionego czytelnika, ale zupełnie obowiązkowa, warto nawet zarywać noce, do czego i ja się przyznaję. Niezależnie od poglądów, podejścia, utożsamiania się z taką czy inną polityką, nigdzie nie można się dowiedzieć rzeczy, które opisał Vaoufakis. Ponieważ w te środowiska się wchodzi i nigdy nie wynosi żadnych informacji. Yanis to zrobił, polecam samemu dowiedzieć się dlaczego. Oczywiście w przypadku europejskich elit nie mamy nigdzie do czynienia z oczywistym przygłupem, albo przynajmniej jest to lepiej ukryte dzięki  stabilniejszym systemom politycznym. 

Ale mamy do czynienia z hipokryzją, wysokim poziomem nieodpowiedzialności i znęcania się nad słabszymi i w imię ochrony własnych drobnych interesików.  
W skrócie "król może nie jest nagi, ale jest zwykłą małostkową gnidą, a nie żadnym królem". 
W Europie nic się nie zmienia z dnia na dzień. Ale to było poruszenie lawiny. Która oczywiście może się jeszcze gdzieś zatrzymać, choć należy w to wątpić. Celem działań Varoufakisa jest uratowanie i reforma UE. Impakt jego działań na pewno będzie duży. Ale czy taki? Trudno powiedzieć. 
Na pewno można powiedzieć, że my, jako ludzkość, zachodni świata, widzimy koniec tego zjazdu w dół. Jeszcze się staczamy, ale widzimy, że kierunek trzeba zmienić i zaczynamy widzieć jak to powinniśmy zrobić. Czy zmiana kierunku nie skończy się katastrofą, to jest inne pytanie. 
Ale kompromitacja i zniknięcie obecnego systemu i układu władzy jest widoczne i bliskie. W USA wybory do Kongresu są w listopadzie. W Europie, we Francji tradycyjna klasa polityczna już wyleciała w powietrze, w Polsce właściwie też. Przecież prawie w dniu premiery książki Wolffa, w Polsce odbyło się głosowania nad obywatelskimi projektami zmian ustawy aborcyjnej. W którym opozycja parlamentarna przypomniała wszystkim dlaczego w kraju zdominowanym przez liberalne myślenie liberalne partie przegrały wybory. I dlaczego przegrają też następne. I że to wszystko pójdzie w zupełnie dobrą stronę, a na razie jest naprawdę śmiesznie. 

Na czym polegają problemy ekonomiczne świata?

Sytuacja na dziś jest tak naprawdę bardzo prosta. Firmy przynoszą zyski, ludzie się bogacą (a przynajmniej ich właściciele) i nie inwestują.

Poziom inwestycji jest żenujący. A olbrzymie pieniądze, które są, lądują na kontach i w spekulacji. Co oznacza parkowanie tych kapitałów w obligacjach skarbowych albo nieruchomościach.
Efekt jest widoczny dookoła świata. Zwyczajowe miejsca, gdzie można zainwestować kapitał i oczekiwać, ze zostanie on produktywnie wykorzystany już dawno takimi nie są. Są w najlepszym przypadku miejscem do zaparkowania, a zazwyczaj jedna wielką bańką spekulacyjna. Mieszkania, na które już nikogo nie stać, zwykłe podmiejskie działki, zabytkowe samochody i obrazy za zupełnie absurdalne ceny. Lokaty na 0% i mnóstwo innych takich rzeczy.
Kapitału jest mnóstwo, stoi i nic nie robi.
A z drugiej strony klasa średnia jest dookoła świata spychana do pracy w śmieciowych pracach, głównie usługowych. Popyt przemysłowy jest marny, prawdziwy rozwój kompletnie rachityczny. Dalej to przekłada się na brak eksportu kapitału do krajów trzeciego świata i kompletny brak produkcyjnych inwestycji tamże. Co przy jeszcze większej niechęci do inwestowania oznacza zupełny brak perspektyw dla większości społeczeństwa. I migracje.

Brak inwestycji oznacza brak solidnej ilości dobrych miejsc pracy. Jednocześnie parkowanie olbrzymich sum na rynku nieruchomości winduje ceny do chorych poziomów. W taki sposób klasa średnia jest zgniatana z dwóch stron.

Podstawowy problem to brak produktywnego wykorzystania kapitału. Ale kapitał nie chce tego robić, bo siła nabywcza masowego konsumenta znika zjadana przez koszty dachu nad głową i brak stabilizacji zawodowej.
To są dwie strony tego samego medalu. Wyjście jest przez inwestycje. Ale to też nie jest proste, bo istnieje podstawowy problem ogólnoświatowej niechęci do wydobycia i zużywania paliw kopalnych. A to są rzeczy, które od 200 lat przynoszą największe zyski. I nawet nie tyle o zyski chodzi, co o możliwość zmonopolizowania i gigantyczny próg wejścia z kapitałem. Dlatego oligarchia tego świata uwielbia inwestować w paliwa kopalne. Żaden drobny rzemieślnik nie mógł konkurować z właścicielami elektrowni. Do niedawna.
Dziś każdy może zamontować sobie panele fotowoltaiczne. Nie dla każdego, ale próg kapitału potrzebnego na elektrownie wiatrową też jest zupełnie inny, niż w tradycyjnej energetyce. Nawet przemysł samochodowy, bardzo zoligopolizowany i zamknięty, dzięki elektryfikacji staje się dostępny dla mniejszych graczy. To wszystko oczywiście dodaje niepewności i ogłupia tradycyjnych oligarchów (choć znaczące zwiększenie poziomu głupoty tej klasy społecznej chyba nie jest możliwe).

To jest jakieś jest rozwiązanie?
Jest i to tak naprawdę proste. Po prostu muszą zacząć znów działać mechanizmy transferu kapitału między kapitalistami i klasa robotniczą oraz pomiędzy państwami z permanentnymi nadwyżkami a tymi mającymi deficyty handlowe. Oraz trzeba ten kapitał wyładować ze spekulacji. Najlepiej w spokojny i kontrolowany sposób.

Jedno jest pewne- obecny system nie działa. Aby mógł działać potrzeba sensownego popytu. Aby to się mogło stać, potrzebne są inwestycje i/lub pobudzanie konsumpcji.

Jako, że oligarchia nie inwestuje, wysiłek inwestycyjny musi przejąć klasa średnia lub państwo. Klasa średnia na większą skalę nie jest w stanie tego zrobić, z powodu braku środków. I wystarczającego rozumienia problemu. Choć np. w Niemczech lat 2004- 2013 (i jeszcze częściowo do dziś) to klasa średnia inwestowała w nowoczesną energetykę, dzięki czemu uniknięto zalewu tego kapitału w produkcję bańki na nieruchomościach. A dziś przemysł korzysta z obłędnie taniej energii.

Mamy w tym wszystkim jeszcze jeden czynnik, czyli stan naszej jedynej planety, który według wszystkich rozsądnych kryteriów powinien całkowicie wykluczać jakikolwiek poważniejszy program inwestycji w wydobycie i zużycie paliw kopalnych.
Co nas sprowadza do konkluzji:
Potrzebny jest, na skalę światową i każdego państwa z osobna (tak jak i UE) program inwestycyjny, który po prostu rozwiąże sprawę  bezproduktywnego kapitału. I przy okazji może rozwiązać problem klimatyczny, bo czemu i nie?

To nie jest szczególnie odkrywcza myśl, ani nic specjalnie trudnego do wykonania. Za to jest to rzecz, która skrajnie mocno uderzyłaby w dzisiejsze interesy oligarchii kapitału. Paradoksalnie, gdyby to całe towarzystwo wyciągnęło zaskórniaki z kont i ruszyło naraz do sensownego inwestowania, to sami by też zarobili sporo więcej niż na trzymaniu londyńskich rezydencji.
Ale w obecnym nastroju inwestycyjnym mało kto widzi sens w jakiejkolwiek produktywnej działalności. W czym propaganda nie pomaga, a wręcz przeciwnie. Zdominowane przez punkt widzenia oligarchii media prezentują znakomite "inwestycje" w grunty, złoto, aż do zabytkowych samochodów. Z czego rosną już zupełnie absurdalne bańki, typu "zabytkowe" Syreny i FSO 1500 ze środkowych lat produkcji (bo rozumiem, ze PF 125 z 1968 ma swoje miejsce w muzeum, ale FSO 1500 z 1986?). Oraz jednocześnie jest dość starannie pomijana i lekceważona przez główne media każda rzecz, która może małym kosztem poprawić życie milionów, zmniejszyć zużycie paliw kopalnych i ulżyć klasie pracującej. Czyli np. powszechne wykorzystanie roweru jako środka transportu w mieście. To akurat wymaga tylko budowy infrastruktury, która jest zresztą obłędnie tania w porównaniu do tej przeznaczonej dla samochodów.

Tak samo rozwój energetyki słonecznej można sfinansować w całości oszczędnościami klasy średniej. A przynajmniej w solidnej części. Problem polega na tym, że każdy zainstalowany panelik fotowoltaiczny podgryza zyski oligarchii gazowo-węglowej. I tu mamy jeden z podstawowych konfliktów. Spada opłacalność produkcji elektryczności, paliw kopalnych, etc. Jednocześnie wielkie pieniądze lubiące się z wielką polityka usiłują to hamować, zmniejszać zyskowność, bronic status quo. Co się przekłada na pakowanie kapitału w spekulację, a nie inwestycje, bo inwestowanie w to co ma sens, zabije dzisiejszą wartość kapitału.
Co nas sprowadza do jednego z niewielu krajów, gdzie jest robione to co powinno być. Od załamania się dotychczasowego systemu w 2009 roku, Chiny przestawiły się na  inwestycje w wydajność energetyczną, czyli w energetykę odnawialną. Nikt nie poszedł za ich przykładem. Czego efektem jest to, że największa na świecie sieć szybkiej kolei jest... zgadnijcie gdzie. Największa na świecie ilość instalowanej energetyki słonecznej. Jest w tym samym kraju. Wiatrowej też. I produkcja baterii litowych także.  I produkcja pojazdów elektrycznych też. Oraz gigantyczny popyt wewnętrzny. Choć ze skłonnością chińczyków do oszczędzania- zdecydowanie za mały, aby utrzymać działająca gospodarkę.

Tyle, że w Chinach obecnie dominuje jest duma z postępów kraju i poczucie, ze jest liderem na froncie rewolucji energetycznej.

Tu możemy sobie zadać pytanie co zrobić, aby ten majtek zgromadzony przez oligarchię użyć inwestycyjnie. Wybór jest prosty. Albo namawiamy ogół kapitalistów do inwestowania, albo inwestuje państwo. A środki mogą pojawić się w budżecie tylko kosztem oligarchów, bo biedota i klasa średnia i tak jest  przyciśnięta do muru kosztami dachu nad głową i brakiem stabilizacji.
Czyli, bardzo brutalnie określając temat: droga szlachto: albo sama zechcesz zacząć zmieniać świat, albo my ten świat zmienimy za ciebie. Za wasze pieniądze, bo innych i tak nie ma.
Jedyny wybór jaki pozostaje to pytanie czy oligarchia sama wycofa pieniądze z tezauryzacji, czy zrobi to pod groźbą aparatu podatkowego czy też będzie się opierać aż do końca. Gdzie końcem dla wielu na przełomie 18 i 19 wieku był wynalazek doktora Giullotin. Co jest oczywiście kompletnie bez sensu, ale szukanie sensu w stadnych zachowaniach klasy społecznej jest jeszcze bardziej bez sensu.

A po więcej i szczegóły zapraszam na Rewolucję Energetyczną, gdzie już jest tekst rozwijający ideę Green New Deal (to jedna z nazw takich propozycji, nie jestem pierwszym, ani ostatnim podrzucającym ten pomysł). 




O co chodzi z Krajową Radą Sądownictwa i asesorami?

Krajowa Rada Sądownictwa hurtem odrzuciła wnioski o nominacje na stanowiska sędziów. asesorów sądowych.
Opisując dokładnie procedurę, to sędziów mianuje prezydent na wniosek KRS. Ale KRS nie robi tego z własnej inicjatywy, osoba chcąca zostać sędzią wysyła swoją aplikację do KRS. 

Aby zostać sędzią w Polsce teoretycznie istnieją różne drogi, ale w praktyce jest tylko jedna. Było to kiedyś ukończenie aplikacji, dziś Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Następnie trzeba poczekać aż się zwolni stanowisko sędziowskie i zostać zatrudnionym jako asesor sądowy. W tej roli zasadniczo robi się to samo i tak samo jak mianowany sędzia, ale bez gwarancji nieusuwalności i niezawisłości. 

Wolność wyrokowania faktycznie ograniczają oceny okresowe, opinia patrona i wreszcie nominacja sędziowska lub jej brak. 

Stąd samo istnienie instytucji asesora sądowego w obecnym kształcie jest naprawdę poważnym wyłomem w niezawisłości sędziowskiej i tym bardziej naruszeniem gwarancji procesowych.
Przez to są oni relatywnie łatwym narzędziem korupcji sądowej. Jednakże ta korupcja nie ma postaci zwyczajnego kupowania wyroku. Jeśli coś takiego się w Polsce zdarza, jest to zupełny margines. 
Możliwość manipulowania wyrokami sądowymi jest tak, że w czasie wpływu do sadu istotnej sprawy, przewodniczący przydziela do niej właściwego sędziego. Często właśnie asesora. Który w razie potrzeby manipuluje przebiegiem procesu. Jednocześnie, jeśli mówimy o wyroku, którego oczekują z jakiś powodów sędziowie wyższych instancji, to zazwyczaj też ten wyrok się utrzyma w apelacji.

Czasem strony mające sporadyczne kontakty z sądami podejrzewają, że asesor to taki "niedouczony sędzia". Akurat te podejrzenia nie mają zwykle ani grama uzasadnienia, często jest wręcz przeciwnie. Problemem asesorów, nie żadnego konkretnego, tylko tego rozwiązania ustrojowego jest własnie brak gwarancji niezawisłości. 

Największy udział w tym ma oczywiście Krajowa Rada Sadownictwa, której wniosek o nominację (lub brak tego wniosku) wisi jak miecz nad głową każdego asesora. A wpływ na skład KRS mają w nieproporcjonalnie wielkim stopniu sędziowie sądów apelacyjnych. Czyli ci, którzy już wielokrotnie awansowali w tak działającym systemie.

W takich regulacja ustrojowych kilka dni temu Krajowa Rada Sądownictwa zebrała się, aby wysłać doroczną paczkę wniosków o nominacje sędziowskie do prezydenta mianować asesorów sądowych i co robi? Nie przyjmuje żadnego zgłoszenia. Odrzuca wszystkie. 
To jest oczywiście demonstracja polityczna, nikt rozsądny temu nie będzie zaprzeczać. Po prostu członkowie KRS protestują przeciwko czemuś, zapomnieli powiedzieć czemu dokładnie.  Być może przeciw reformie sądownictwa, której się własnie sprzeciwił prezydent. A być może go po prostu nie uznają. Czy coś.

Tak czy inaczej, z błahego powodu (bo żadnego wystarczająco jasnego nie ma) 250 osób nie będzie asesorami co najmniej o rok dłużej. 

Co oznacza o 250-sędzio-lat więcej osób bez gwarancji niezawisłości.

Ale przede wszystkim było jednym wielkim sygnałem ze strony towarzystwa sędziów apelacyjnych do startujących w zawodzie:
Możemy robić co chcemy i nikt nam nie podskoczy.

Te dwie rzeczy oznaczają jedno:
Ci ludzie są realnym zagrożeniem dla demokracji.

Bez przyzwoitej dyskusji publicznej nie można poprawić państwa. Nie można się nawet zdecydować jak poprawione państwo ma wyglądać. Do tego potrzeba przyzwoitych mediów i wielu innych rzeczy. Ale potrzeba również gwarancji niezależności sędziowskiej, bo i sądy mogą pełnić rolę w ograniczaniu wolności dyskusji publicznej. Co w 3 RP robiły zresztą wielokrotnie.

A dziś, przy pierwszej i relatywnie słabej próbie ograniczenia wszechwładzy sędziów apelacyjnych rozpoczyna się taki cyrk.
Cyrk, który uniemożliwia uzupełnienie "zasobu" mianowanych sędziów, czyli w swej istocie jest uderzeniem w fundamenty ustroju państwa. Jednorazowo niezbyt silnym, ale jeśli to ma być kontynuowane to jest bardzo źle.
Złe jest również jeśli nie będzie kontyuowane, ale pozostanie jako precedens.

Moja konkluzja jest jedna- tych ludzi należy natychmiast odsunąć od jakiegokolwiek wpływu na władzę i stanowczo potępić. Nie w TVP Info czy innej gadzinówce, tylko po prostu powinni spotkać się ze społecznym potępieniem. Bo ta sprawa jest znacznie, znacznie groźniejsza niż się to na pierwszy rzut oka może wydawać.

I jest po prostu groźna dla stabilności Rzeczypospolitej. Bardzo ładnie by było, gdyby ustalono kto pierwszy wpadł na taki pomysł, ale skoro znalazła się większość sędziów w radzie która go poparła, to myślę, że nie ma co żałować kogokolwiek z tego towarzystwa.

A zmieniając nieco temat- ja, gdybym miał reformować sądownictwo, to bym po prostu odesłał w stan spoczynku, natychmiast, wszystkich sędziów sądów apelacyjnych i pełniących funkcje (przewodniczących wydziałów, kierowników szkoleń, etc.) w sądach okręgowych. Następnie wystarczy przez jakiś czas pomijać przy awansach sędziów, którzy kiedykolwiek byli funkcyjnymi lub odbywali aplikację lub asesurę w sądach okręgowych.

Te wszystkie grupy razem to pewnie z 3-5% ogółu sędziów i jakieś 90% problemów (przynajmniej tych problemów, które nie wynikają bezpośrednio z braku pieniędzy) Choć po usunięciu tego towarzystwa może się okazać, że i pieniądze są, tylko dotychczas znikały gdzie indziej.
Reszta sędziów to w większości przyzwoici, ciężko pracujący ludzie, którzy za niezbyt duże pieniądze pracują często po 60-80 godzin tygodniowo, często latami bez prawdziwego urlopu.

Oraz druga rzecz- wprowadzić zasadę "jeden sędzia- jeden głos" w wyborach do KRS. Szybko się zmieni na lepsze, gwarantuję. Nie trzeba tych wyborów oddawać politykom, nie potrzeba mieszać nadmiernie. Wystarczy pozbawić przywilejów drobną mniejszość jaką są sędziowie apelacyjni. Kiedy KRS zostanie wybrana przez tych ludzi, którzy naprawdę wykonują codzienną harówę w wymiarze sprawiedliwości, to oni na pewno nie wybiorą ludzi, którzy prosto z PZPR przeszli do upokarzania aplikantów. 

I mam najszczerszą nadzieje, że prezydenckie reformy będą szły w tę stronę.




Hiszpania i po Hiszpanii

Dawno temu napisałem post, w którym twierdziłem, że Hiszpania jest zbyt niespójnym wewnętrznie krajem, a relacje ekonomiczne pomiędzy regionami są zbyt patologiczne, aby ten kraj mógł na dłuższą metę zachować spójność.

W niedzielę 1.10.2017 zobaczyliśmy ważny, a jak sądzę, kluczowy akt tego procesu.

Jak wiadomo, władze Katalonii rozpisały referendum w sprawie niepodległości.

Pytanie jest jedno: czy chcesz aby Katalonia stała się niepodległym państwem o ustroju republiki?

Dla uporządkowania podstawowych faktów- tak, władze Katalonii nie mają umocowania aby rozpisać w takiej spawie referendum. Dotyczy ono ogólnohiszpańskiej kwestii konstytucyjnej i jako takie powinno być rozpisane za zgodą rządu centralnego.
Sprawa trafiła do hiszpańskiego sądu najwyższego i jak najbardziej podzielił on to stanowisko. 

To jednak zupełnie zraziło organizatorów, postanowili przeprowadzić referendum pomimo tego. rząd hiszpański zareagował bardzo agresywnie. Madryt przejął kontrole na katalońska policją, wysłał państwową policję i Guardia Civil. 
W Katalonii niekoniecznie dominowały nastroje za niepodległością, ale na pewno były i są bardzo powszechne nastroje republikańskie, czyli przekonanie o wadze głosu ludu. Opór Madrytu przeciw referendum po prostu dolewał oliwy do ognia. 
Zatrzymania lokalnych polityków (ponad 700!), przejęcie kontroli na lokalną policją i inne takie działania zjednoczyły sporą część społeczeństwa w idei przeprowadzenia referendum

W samym dniu głosowania siły porządkowe kontrolowane przez Madryt po prostu próbowały zatrzymać głosowanie, zamykając lokale, konfiskując karty i urny. 
I tu zdarzyła się rzecz najważniejsza- przysłane siły porządkowe były w stanie zamknąć mniej niż 100 lokali wyborczych. Katalońska policja wykonująca rozkazy Madrytu to dokonała jeszcze w nieco ponad dwustu lokalach. Co oznacza, że łącznie uniemożliwiono głosowanie w około 10% lokali. Zresztą nadal dwie strony podają różne liczby.

Ale nie to jest istotne. tak naprawdę istotne jest to, że Madryt próbował powstrzymać referendum siłą i żałośnie przegrał. 
Z punktu widzenia zwyczajnych negocjacji- nie chcieli rozmawiać, postawili sprawę na poziomie konfrontacji siłowej i przegrali. Obraz brutalności hiszpańskiej policji pozostanie tam na pokolenia. Ponad 700 rannych to nie są przelewki, zwłaszcza w starciu z pacyfistycznie nastawionymi zgromadzeniami. Punkty wyborcze były chronione przez ciągniki okolicznych rolników i straż pożarną. To była po prostu całkowita klęska Madrytu. Następnym krokiem może być tylko ostra amunicja. To się wydaje dziś nierealne, ale tak naprawdę rząd Rajoya nie ma zbyt wielu opcji. Raczej bym się założył, ze do tego nie dojdzie, ale nie jestem w stanie wykluczyć czegoś na kształt stanu wojennego w Kataloni.
Pole manewru rządu w Madrycie jest drastycznie zawężone. Sprowadza się ono tak naprawdę do rozmów z Katalonią i udzielenia jakiś koncesji za pozostanie w ramach jednego państwa, rozwiązania siłowego lub gry na przeczekanie, która się po prostu skończy niepodległością w taki lub inny sposób.
To jest koniec Hiszpanii. Po prostu. Zupełnie nie widzę możliwości utrzymania tego kraju w obecnym kształcie.
Rozwinięcia wymaga kwestia "jakiś koncesji w negocjacjach". Minimum akceptowalnym w Katalonii jeszcze przed referendum był status zbliżony do tego jaki ma Kraj Basków. Co oznaczałoby przyznanie językowi katalońskiemu statusu języka urzędowego. To jest drobiazg, który jednak pogrobowcom Franco z Partido Popular nie mógłby przejść przez gardło.

Franco był kastylijskim szowinistą i w ramach swojej wizji kraju starał się wykorzenić wszystkie inne języki i kultury w Hiszpanii. Dopóki rządził on i jego pogrobowcy, trwał właściwie stan wojny z Baskami. Ta wojna została zakończona. Ale mało kto sobie zdaje sprawę, że zakończyła się właściwie całkowitym zwycięstwem ETA. Tak, Hiszpania ją przegrała. 
Autonomia Kraju Basków jest taka, że lokalnym elitom władza Madrytu nie przeszkadza, bo zasadniczo jej nie ma. Przede wszystkim całość podatków jest zbierana przez rząd lokalny, a do wspólnego skarbu jest opłacana składka zależna od potrzeb w zakresie bardzo wąsko pojętych spraw wspólnych- dyplomacji, kosztów utrzymania władz centralnych i obronności. Co więcej, zakres i sposób opodatkowania uchwalają w całości władze lokalne, choć w przypadku VAT jest on oczywiście mocno zsynchronizowany. Cła stanowią przecież dochód UE, więc suwerenność Hiszpanii nad Krajem Basków jest w dużej części symboliczna. 
Taki status byłby całkowicie do przyjęcia dla katalońskich elit. Problem polega na tym, że bez pieniędzy z Katalonii centralny rząd Hiszpanii jest natychmiastowym bankrutem. 
Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, jeszcze nie wiem co się wydarzy po otwarciu giełd z hiszpańskimi obligacjami. Choć nie spodziewam się niczego przyjemnego dla rządu w Madrycie.

Tak czy inaczej- walka o rząd dusz jest przegrana. Niepodległość będzie, raczej wcześniej niż później. Może być, tak jak w przypadku Basków prawie kompletna, ale nie formalna. A może zostać po prostu jednostronnie ogłoszona w tym tygodniu. 
Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości- Katalonia jest jednym z najbogatszych regionów Europy. Hiszpania jest krajem, który po kryzysie stopniowo pogrąża się w coraz głębszej korupcji, gospodarkę zaczynają niszczyć zmiany klimatyczne, a rząd pozbawiony demokratycznej legitymacji nie ma żadnej koncepcji sprawnego rządzenia krajem.
Na to nakładamy pozostałe regiony Hiszpanii, które, jeśli odejmiemy Madryt, to mogą konkurować zamożnością z południowymi Włochami lub postkomunistyczną częścią UE. A Madryt żyje z podatków całego kraju. 
Efektywnie- z Katalonii. 
Stąd rząd Rajoya ma za plecami przepaść. To jest piękny obraz greckiej tragedii. Ale nikt nie jest tu winien bardziej niż tradycyjne madryckie elity. Partido Popular i PSOE, dwie tradycyjne partie bardzo starały się obrzydzić do siebie wszystkich Hiszpanów i jednocześnie nie dopuścić do żadnej roli politycznej nowych socjalistów z Podemos. Teraz przyszedł rachunek za to, którey Rajoy bedzie staranie ignorował. Az do końca. Jeszcze nie wiemy jakiego.
Ale każde z trzech możliwych teraz rozwiązań: porozumienie w stylu baskijskim, niepodległość lub interwencja wojskowa na pewno spowoduje jedną rzecz- gwałtowny spadek dochodów podatkowych Madrytu. 
Co dalej nakręci spiralę żądań innych separatystów: Galicji, może jeszcze jakiś? 
Tak czy inaczej- to jest początek końca. Może Hiszpania przetrwa jako kraj w obecnych granicach z faktycznie niepodległą Katalonią, a może nie. Ale od dziś nie jest spójnym krajem, tylko takim, w którym prawie 1/4 populacji kontrolująca połowę ekonomii uznaje władze centralne za brutalnych uzurpatorów. To się nie może skończyć happy endem

Zemsta naszej planety

Muszę przyznać, że ostatni zestaw katastrof klimatycznych prawie mi się podoba. Prawie robi sporą różnicę, bo nie czuję żadnej niechęci wobec ludzi których nie znam (a tym bardziej kilku osób które akurat znam na trasie Irmy). 
Ale Kiedy mówimy o miastach, które dotknęły w ciągu ostatnich kilkunastu dni pożary, powodzie i huragany to nawet mam jakby wrażenie istnienia wyższej sprawiedliwości. Choć zaraz sobie przypominam o istnieniu firm ubezpieczeniowych i już nie jestem tego tak pewien.

O jakich katastrofach mówimy?
Ta, o której już wszyscy wiedza, to zalanie Houston. W światowych mediach mniej przebiła się informacja. że znacznie bardziej zniszczone zostało miasto Beaumont. Gdzie znajduje się jeden z największych światowych ośrodków rafinacji ropy. W Houston są siedziby firm naftowych, urzędnicy oraz główny światowy ośrodek technologii wydobycia i rafinacji ropy z dziesiątkami tysięcy firm i firemek próbujących tę technologię ulepszyć.  
Co jest ciekawe i istotne, model biznesowy dla ulepszania technologii i prosperity całej branży technologicznej jest znacznie mocniejszy w czasach rządów Demokratów i prawie całkowicie rozmontowywany przy rządach Republikanów. 
Otóż wprowadzanie i egzekwowanie norm zanieczyszczeń wymusza inwestycje, których dokonują wielkie firmy, a zarabiają zwykle te mniejsze. To z jednej strony. Z drugiej napływ państwowych pieniędzy jest zwykle kierowany bardziej w stronę mniejszych i bardziej technologicznych firm. Republikańskie rządy robią to co zawsze, czyli każde pieniądze które można znaleźć, czy to w budżecie, czy w kieszeni obywateli czy w zwyczajnej destrukcji środowiska są po prostu transferowane do akcjonariuszy wielkich firm oraz czyli członków zarządów. BTW- podział jest bardzo prostu- firmy należące do oligarchów płacą prezesom zupełnie normalne pieniądze, firmy należące do klasy średniej poprzez fundusze emerytalne czy inne są zwyczajnie okradane przez obłędne wynagrodzenia zarządów. Oczywiście to właśnie ta ostatnia część najbardziej zyskuje na republikańskich reformach. I nie mówię tu o żadnym konkretnym prezydencie, bo tak jest za każdym razem co najmniej od końca pierwszej wojny światowej.
Czyli udziałowcy i prezesi Wielkiej Nafty mają się dobrze, ale biznes dookoła już nie działał najlepiej, a teraz został zdemolowany. Tak samo jak petrochemie w Beaumont. I właściwie całe to miasto. Raczej biedne zresztą. Ludzi szkoda, oni i tak niewiele mieli. Rozsądnie zrobią, jeśli stamtąd wyjadą i nie wrócą, bo huragan wróci na pewno. 
Co, miejmy nadzieję, świetnie pogorszy możliwości odbudowy i dalszego działania przemysłu naftowego. Ludzie wyjadą, zmienią pracę i zaczną żyć lepiej.
Mogą wyjechać na przykład do Kalifornii. I zostać na przykład monterami instalacji fotowoltaicznych, ta jest praca lepiej płatna niż w rafineriach. 
W Kalifornii nie ma huraganów, nawet trąby powietrzne występują dość rzadko. To co jest widać na poniższym zdjęciu. Tak wyglądała północna część Los Angeles kilka dni temu:

Relatywnie blisko (jak na rozmiary LA) od Holywood. Czyli kolejnego ośrodka biznesu, tym razem przekonywującego przez lata i to całkiem skutecznie o tym jakie to fajne i zabawne jest spalanie paliw kopalnych. Ekstremalnym przykładem tego była kariera pewnego aktora, który w nagrodę za bycie kapustą dostał robotę pilnowania aktorów, żeby za bardzo nie marudzili przy robocie dla korporacji. Następnie zatrudniony przez największego  na świecie producenta turbin do samolotów i elektrowni do wygłaszania pogadanek. Był w tym na tyle dobry, że potem cała oligarchia się zrzuciła i zatrudniła go jako prezydenta. Już nie żyje, ale dziedzictwo zostało. Nie tylko udało mu się zniszczyć na dziesięciolecia przemysł energii odnawialnej w USA i dopilnować, aby nie było prawie żadnych hamulców dla trucia przez korporacje, ale i wcześniej znacząco wspomóc stworzenie w Holywood systemu propagandy w wyłącznej służbie czołowych trucicieli.
Więc Holywood i okolic też mi nie żal. Jeśli ceny nieruchomości tam spadną, nawet tylko w stosunku do reszty LA to bedzie oznaczało, ze propagandyści relatywnie zbiednieją a zawód stanie się nieco mniej atrakcyjny, czyli nie będzie przyciągać tylu zdolnych ludzi.  Same zyski.

A kolejnym miejscem, gdzie dopiero się zbliża kataklizm w momencie w którym to piszę, jest Miami. Miasto z ładną plażą i dokumentnie niczym innym. Poza tym zostało zbudowane na bagnach, które to bagna miały niezwykle ważną rolę ekologiczną do spełnienia. Ale były tanie i była ładna plaża, więc stanowiło to świetny interes dla spekulantów gruntami i deweloperów. Tyle, że kiedy bagna zostały osuszone i wybetonowane, to już nic nie trzyma tego gruntu nad powierzchnią wody. I to wiedział i wie każdy rozsądny człowiek. Nierozsądni dali się nabrać, a cwaniaki wyniosły się z forsa. Głupie cwaniaki zainwestowały forsę w to samo miejsce, jeszcze głupsze cwaniaki weszły późno z pieniędzmi i kupiły za chore kwoty nadbrzeżne nieruchomości wtedy, gdy juz każdy wiedział o podnoszeniu poziomu morza i potężniejszych sztormach. Spowodowanych przez produkty z General Electric oraz z Houston, sprzedawanych przez propagandzistów z Holywood.
Pozostaje wziąć paczkę chipów i trzymać kciuki za to, aby Irma nie zabrała ze sobą żadnych ludzi, ale bardzo chętnie bym zobaczył jak zabiera nie tylko budynki, ale i całą mierzeję na której jest Mar-o-Lago. Kolejny głupi cwaniaczek byłby odseparowany od swojej forsy. Nie on pierwszy i nie ostatni. 
A jeśli nie teraz, to sezon huraganów jeszcze chwile potrwa. A potem będzie  następny. I następny. A za każdym razem coraz cieplejszy ocean dostarczy coraz więcej pary wodnej i energii do napędu huraganów. Aż bagna wrócą na swoje miejsce a Florydzie. Albo w ogóle ocean  to zabierze.

Ostatnia prosta

Dla przypomnienia kontekstu- Donald Trump wygrał wybory zdobywając o 3 miliony MNIEJ głosów niż NAJBARDZIEJ NIEPOPULARNY polityk startujący KIEDYKOLWIEK jako kandydat prezydencki głównej partii w USA. Tak, dokładnie tak było. 

W USA Hilary Clinton była i jest bardzo niepopularną osobą, wyobrażeniem i personifikacją najgorszych wad establishmentu politycznego. Pomimo tego, zdobyła większość głosów, co w USA jak widać nie ma związku z wygraniem wyborów. W pewnym sensie amerykański system wyborczy premiuje jak najgorsze zarządzanie i zwiększa wartość głosów w źle rządzonych stanach. Otóż w wyborach do Senatu i prezydenckich, wartość głosu jest tym wyższa, im mniej mieszkańców ma stan. Przy bardzo łatwych możliwościach przeprowadzki i dużej mobilności ludzie częściej głosują nogami i przeprowadzają się tam gdzie jest praca i pieniądze. Co powoduje relatywne zwiększenie wartości głosów tych, którzy jeszcze pozostają tam, gdzie nie ma pracy ani pieniędzy, za to jest zła i nieudolna władza. Na którą ludzie dalej głosują, czasem tylko dlatego, że opozycja bywa jeszcze bardziej antypatyczna, albo jej faktycznie w ogóle nie ma.

Trump zaczął jako niezwykle mało popularna osoba jak na prezydenta, ale miał (i w sumie nadal ma) jedną poważną zaletę- nie jest Hilary Clinton. Na proteście przeciw establishmentowi wzbudził pewne nadzieje, zwłaszcza tam, gdzie gospodarka się z rożnych powodów zawalała (różnych, czyli czasem obiektywnych zmian, ale częściej po prostu długoletnich rządów Republikanów). To był całkiem dobry punkt wyjścia do zbudowania jakiejś bazy politycznej i kreowania polityki. Ale, jak kilkukrotnie pisałem, mówimy o wzorcowym przygłupie. Ostatnie kilka tygodni pokazało to tak wyraźnie, że lepiej nie można.

Jedna rzecz to są same decyzje polityczne, która sprowadzają się do np. pozwolenia na dowolną destrukcję środowiska naturalnego w interesie firm naftowych, co, eufemistycznie mówiąc, nie wzbudza entuzjazmu u większości społeczeństwa. W tym zwłaszcza pozwolenie na wiercenia w parkach narodowych. Choć oczywiście daje nadzieję tym, którzy są w jakiś sposób zależni od górnictwa paliw kopalnych. Jednak to jest kwestia głosów biedoty z górniczych osad. Ważnych w wyborach, ale poza tym pozbawionych znaczenia politycznego i ekonomicznego. Przy okazji już zostały znacząco ograniczone środki na przekwalifikowanie byłych górników.
Ważniejsza kwestia polegała na tym, czy będzie w stanie zdobyć i utrzymać poparcie Wall Street i innych patologicznych złodziei biznesmenów. A może i z czasem także tej niewielkiej części gospodarki, która produkuje coś realnego. 

Dla tego mętnego biznesu miał całkiem dobry plan, który promował od lat, mianowicie pozbawić ubezpieczenia medycznego około 25 mln ludzi, a zaoszczędzone pieniądze przekazać udziałowcom spółek giełdowych. To, nawet nie w skrócie, tylko w całości był plan ekonomiczny Trumpa. Zupełnie oczywiście jego wybór razem z republikańską większością spowodował gwałtowny wzrost cen akcji na giełdzie (bo miały przynosić więcej pieniędzy).
Problem polega na tym, że Trump jest nieudolny. Na chwilę odstawmy jego poglądy i załóżmy, że taki plan bym oceniał neutralnie lub pozytywnie. Miał tylko go zawrzeć w ramy legislacyjne akceptowalne dla większości obu izb Kongresu. Którą to większość stanowią przedstawicie partii zgadzającej się z tym planem. Nic prostszego, prawda? Nie dla niego. 
Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę w wersji, która była nie do zaakceptowania dla Senatu. Zamiast szukać kompromisu, Trump zaczął obrzucać wyzwiskami najpierw Partię Demokratyczną (której niektórzy członkowie i tak poparli reformę) potem przywódców Republikańskich. To oczywiście spowodowało, że żadna następna wersja ani  poprawki nie były możliwe, bo ludzie, którzy byliby skłonni do kompromisu czy ewentualnego handlu takimi przestali być.

To oczywiście nadwyrężyło relacje z biznesem. Które mógł śmiało utrzymać czy poprawić, gdyby miał dwie szare komórki. Niestety przydarzył się zamach terrorystyczny w Chartlottesville. Dla tych, którzy biorą informację z TVP Info i nic nie wiedzą: Członek bojówki nazistowskiej z premedytacją wjechał w tłum, zabił jedną osobę, a 19  jest rannych. Obyło się to wszystko przy okazji i w trakcie zjazdu amerykańskich nazistów z członkami Ku Klux Klanu. Trump przez 2 dni nic nie powiedział na ten temat, potem coś powiedział o "winnych dwóch stronach". Tego nie wytrzymał prezes Merck (firmy farmaceutycznej) i zrezygnował z komisji doradczej ds. produkcji przy prezydencie. Trump zareagował po swojemu, czyli obrzucił go wiązanką na Twitterze. Zaraz potem zrezygnował prezes Intela i jeszcze kilku. Powtóka z rozrywki. Następnego dnia chodziły pogłoski, że wszyscy członkowie komitetów doradczych do spraw produkcji oraz do spraw handlu zamierzają zrezygnować. Nie zdążyli, Trump je rozwiązał. Hm.. Jakby to powiedzieć, wydaje mi się, że w ten sposób nie przekonuje się do siebie ludzi i nie zdobywa sojuszników. Zwłaszcza wśród ludzi, którym się przed chwilą nie dostarczyło zamówionego towaru.

To nie były jedyne komitety. Jest (był) jeszcze np. do spraw kultury. Jak w każdym z nich, tam też zasiadali wybitniejsi przedstawiciele świata sztuki, którzy mieli służyć radą prezydentowi. Cóż, już nie służą. Zrezygnowali wszyscy naraz, we wspólnym liście, którego pierwsze litery akapitów układały się w słowo "RESIST". Które jest zawołaniem ludzi i środowisk protestujących przeciw prezydenturze Trumpa. A przecież to byli ludzie, którzy świadomie zgodzili się współpracować z tą administracją, służyć radą i służyć jako pośrednicy między swoim środowiskiem a prezydentem. I na temat tej współpracy mają do powiedzenia już tylko to jedno słowo: "resist".

W międzyczasie Trump wygłosił z telepromtera przemówienie potępiające KKK i white supremacy. Po kolejnych dwóch dniach zaczął znów "szukać winy po obu stronach" i przy okazji nazwał pokojowy marsz antyrasistowki w Baltimore "utrudnianiem pracy policji". Marsz odbył się z okazji planownej manifestacji rasistów. Rasistów było ok 200 i sami rozwiązali swoją manifestację. Bo dookoła było ok 45 tysięcy ludzi, którzy tam przyszli pokazać, że ci pierwsi nie są większością. W istocie- nie są.

Postawienie się przez Trumpa po stronie KKK i okolic zakończyło sprawę poparcia go przez jakiekolwiek umiarkowane centrum (dzięki któremu przecież wygrywa się wybory). Pozostało jeszcze poparcie środowisk spod znaku white supremacy. Najbardziej prominentnym ich przedstawicielem w Białym Domu był niejaki Steve Bannon, właściciel, a wcześniej główny prowadzący telewizji internetowej podającej zmyślone "wiadomości" i dość popularnej w środowisku radykalnej prawicy, KKK, rasistów i okolic. Właśnie został wyrzucony z Białego Domu. 
Bannon zapowiedział, że przechodzi do zwalczania administracji Trumpa, choć nie jego samego, tylko tych strasznych przedstawicieli establiszmentu, którzy ją opanowali. 

Podsumowując te śmieszne kilka miesięcy- Trump został prezydentem bez szerszego zaplecza politycznego i z poparciem mniejszości wyborców (i kompletnej mniejszości społeczeństwa). Zamiast poszerzać swoja bazę, najpierw starannie zniechęcał do siebie wszystkie marginalne środowiska. Potem zaplecze biznesowe przekonał, że jest człowiekiem, który nie potrafi załatwić relatywnie prostych spraw. Następnie przeszedł do obrażania tegoż zaplecza. A potem poszedł na wojnę z człowiekiem, który kontroluje medium mające największy wpływ na oddanych mu fanatyków i szaleńców. 

To jest koniec. Tam pozostało jeszcze paru ludzi, którzy dla niego pracują, ale nie pozostała żadna szeroka grupa która mogłaby stanowić zaplecze władzy. 

Donald Trump nie ma już ani grama możliwości wygrania prawyborów przed następnymi wyborami, choć zwykle to jest dla urzędującego prezydenta czysta formalność. Ma jeszcze szanse, choć niewielkie, dotrwania do końca kadencji. Jestem pewien, że sugestie rezygnacji i to od poważnych osób już usłyszał. Jak widać, przynajmniej do czasu pisania tego wpisu, je ignoruje. Ze swoją mentalnością zapewne będzie ignorować do końca. 

Ten koniec może nastąpić na dwa sposoby. Jednym z nich jest impeachment, czyli usunięcie z urzędu w wyniku procesu gdzie w roli sądu występuje Senat. Na razie to jeszcze nie jest prawdopodobne. Ale w przyszłym roku są wybory, jak co dwa lata. Jeśli sondaże będą przewidywać kompletną katastrofę Partii Republikańskiej, to mogą się zdecydować i to. Za bardziej prawdopodobne jednak uważam skorzystanie z 25 poprawki do Konstytucji, na mocy której wiceprezydent oraz połowa gabinetu (rządu, w całości mianowanego przez prezydenta) stwierdzają niezdolność prezydenta do pełnienia obowiązków. Szybko, cicho, bez procesu, można dołożyć dobry pretekst medyczny, załatwione przez swoich bez awantur politycznych na widoku. Ale z drugiej strony już teraz w samym rządzie wszyscy nawzajem na siebie donoszą do mediów, gdyby ktoś przygotowywał taką sprawę, to awantura by wybuchła natychmiast i cały rząd byłby wyrzucony za pomocą Twittera.
Nie mówiąc o ubocznych skutkach politycznych, czyli powstaniu legendy wspaniałego prezydenta, którego usunął spisek skorumpowanych polityków, bo "chciał rządzić dla ludu". 

Jak będzie zobaczymy. Sytuacja na dziś jest bardzo zła i groźna, bo mamy skrajnie bezmyślnego człowieka z atomową walizką, którego trzeba bezpiecznie usunąć ze stanowiska. Bezpiecznie dla świata, bo on jest zagrożeniem dla świata. Albo przeczekać do końca, w miarę możliwości go pilnując. Co w istocie stwarza pole do prawdziwego spisku minimalnie odpowiedzialnych ludzi. 
To jest czas aby się modlić.