Ciekawe czasy

Otóż raz mam dobrą wiadomości w tych ponurych czasach. Jeśli ktoś lubi fabułę katastroficzo- dystopiczną to już nie musi szukać beletrystyki. Wystarczy że się podłączy do wiadomości z USA.
Ale żadnych więcej dobrych wiadomości nie ma.

W tym dystopijnym obrazie na pierwszy plan nie wysuwają się powszechnie znane kwesti, czyli epidemii, ekstremalnej liczby bezrobotnych, nie działającego systemu opieki zdrowotnej ani braku siatki bezpieczeństwa na złe czasy. To wszystko byłoby ponure, ale dalekie od pełnego opisania dzisiejszej rzeczywistości. Dziś, i z każdym nowym dniem to zamienia się coraz bardziej w ponury teatr bezdusznego okrucieństwa, ale też absurdu.

Na rozgrzewkę drobny, przypadkowy news: w Brooklynie sąsiedzi skarżyli się na smród dobiegający z U-Haula. Znaczy takiej ciężarówki z wypożyczalni, zwykle używanej do przeprowadzek. Przyjechała policja, otworzyła. W środku załadowana ludzkimi zwłokami, które zaczynały się poważnie rozkładać. W drugiej takiej- to samo, łącznie 40-60 ciał.
Jak się tłumaczył właściciel krematorium przy którym to się działo, nie wie dlaczego jego pracownicy tego nie rozładowali. Cóż...
Ale mam jedno zasadnicze pytanie- dlaczego mógł znaleźć więcej naczep chłodniczych? Znaczy więcej, bo tam stały już dwie, też wypełnione zwłokami. Może już brakuje chłodni do wynajęcia w okolicy Nowego Jorku? W końcu to jest jedyna część transportu która jeszcze prawie normalnie pracuje.
Jak ktoś chce bliższy opis to jest tu

A następnie mamy taki ładny obrazek, który właściwie opisuje dzisiejsze USA
Tak, to jest protest w USA. Tak, to są hasła protestu.
I nie, wygląda na to, że nikomu nic się nie pomyliło. Otóż odbywają się protesty przeciwko ograniczeniom kwarantanny. I tak, jak najbardziej pod hasłami wysłania ludzi do obozów pracy, gdzie mają realną szansę nie przeżyć tego doświadczenia.
I tak, rasiści mówią to otwartym tekstem.
A tak dokładniej chodzi o zakłady mięsne, niezupełnie rzeźnie, ale takie firmy, gdzie się rozbiera półtusze lub kurczaki. Praca tam wygląda tak, że jest linia produkcyjna i wzdłuż niej stoją, najczęściej ramię w ramię pracownicy i każdy odcina jeden, zawsze ten sam kawałek.
I tak przez całą zmianę, nawet bez możliwości zasłonięcia ust przy kichaniu czy kaszlu, bo by pomięli kawałek do odcięcia.
Po opisie można się domyślić, że praca ta nie cieszy się specjalnym powodzeniem u ludzi mających jakąkolwiek alternatywę.
I dość oczywiście takie miejsce jest dość dobrym rozsadnikiem wszelkich infekcji. A COVID-19 bardzo dobrym.
Oczywiście, jak większość miejsc pracy także i to można zrobić nieco bezpieczniejszym: zrobić większy dystans pomiędzy stanowiskami pracy, dać środki ochrony osobistej, pilnować dystansu w szatniach, etc. Ale nie zrobiono w tym zakresie nic, przynajmniej w olbrzymiej większości tych zakładów. Które zresztą należą w tejże olbrzymiej większości do zaledwie kilku koncernów.

Nie zrobiono nic, więc w kolejnych zakładach wybuchają epidemie i kiedy sytuacja już jest nie do opanowania, to są zamykane. Więc na inne zakłady w koncernach jest nakładana presja szybszej pracy, w większym zagęszczeniu. I tak to się rozwija. I żeby było śmieszniej, w wielu z tych miejsc oficjalnie nie ma żadnej epidemii, bo z jednej strony większości z tych ludzi i tak nie stać aby pójść do lekarza czy szpitala, zresztą może żadnego nie być w okolicach gdzie są takie zakłady. Bo ludzie co prawda są, ale i tak ich nie stać na opiekę medyczną w żadnych czasach. A lepszej pracy nie ma, bo gdyby była, to zakłady mięsne by nie mogły działać z braku pracowników.
A zresztą to są zazwyczaj bezpiecznie Republikańskie okolice i administracja stanowa się nie przejmuje żadną epidemią i po prostu nie ma testów. A rząd federalny nie przejmuje się okręgami bez znaczenia dla wyniku wyborów, więc nie ma żadnych testów.
Za to przejmuje się tym, aby tego typu firmy mogły działać. Więc republikański (oczywiście) gubernator Iowa zadeklarował, że kiedy firma ogłosi że pracuje, to kto nie zgłosi się do pracy ten traci prawo do zasiłku dla bezrobotnych. I nieważne jaka jest sytuacja epidemiczna.
Kolejni republikańscy gubernatorzy robią to samo. W Teksasie ogłoszono po prostu uruchomienie gospodarki, kto się nie stawi, traci zasiłek.

Oczywiście nie ma tam żadnych przesłanek, że epidemia się kończy, nie ma żadnego powszechnego testowania, ani weryfikacji kontaktów, kwarantanny, niczego. Za to w stanach, gdzie gubernatorzy starają się panować nad epidemią i rozsądnie ją przetrwać oraz uruchamiać wszystko jak się będzie dało, to odbywają się manifestacje jak na obrazku. I choć hasło jest wybitne, to jedna rzecz jest nietypowa- protestująca ma maseczkę, to akurat jest mało spotykane w tym towarzystwie. No, chyba że to prowokacja i pani przyszła ich trollować. To IMO jej wyszło.

I zacząłem od opisu dystopii, to mogę i tak skończyć. Otóż żona gubernatora Massachusetts jest Koreanką. Nic nadzwyczajnego, ale w tej sytuacji ona użyła swoich kontaktów i stan kupił w Korei 500 tys testów. Ale zabawniejszy był transport. Mianowicie na polecenie Jareda Kushnera (zięcia Trumpa, jakby ktoś nie pamiętał) federalni jeżdżą po kraju i konfiskują należące do stanów transporty rzeczy przydatnych do zwalczania epidemii. Nikt nie wie co się z nimi dalej dzieje, bo rząd ich nie rozdaje nikomu. Może sprzedaje kolegom, a może po prostu niszczy.
Więc tenże gubernator jest Republikaninem, więc wie na co stać to towarzystwo, ale najwyraźniej nie ma ochoty w tym uczestniczyć. Więc zorganizował to tak: ładunek przyleciał koreańskim samolotem (aby był poza jurysdykcją federalną) i to bezpośrednio na lotnisko w Massachusetts , aby nie przekraczał granic stanowych (bo wtedy może paść w łapy federalnych. A na lotnisku czekała zmobilizowana na te okazję stanowa Gwardia Narodowa. Tak, stan musiał wysłać swoje siły zbrojne, aby chronić się przed rządem federalnym.
A zakup tak wyglądał, bo wcześniej rząd federalny zrobił to tak, aby stany i miasta się wzajemnie licytowały o ochłapy dostępnych testów i środków ochronnych. A potem i tak przejmował ten kupiony towar.

To znaczy od słabszych. Bo po pierwszych takich przypadkach gubernator Kalifornii publicznie przypomniał federalnym ile kasy płynie z Kalifornii do Waszyngtonu. Tonem sugerującym, że wcale nie musi płynąć.

Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak!!!

W USA Donald Trump najpierw rozmontował system ochrony epidemiologicznej w USA i zamknął amerykańskie laboratoria monitorujące potencjalne nowe epidemiczne wirusy. Jedno z tych laboratoriów było w Wuhan, tak, tym samym. Zamknięte w kwietniu zeszłego roku. Potem, poinformowany przez wywiad w listopadzie 2019 o nowym wirusie po prostu to zignorował, a obecnie sposobem zarządzania pomógł doprowadzić do światowego załamania gospodarczego oraz prawdopodobnie jesteśmy na początku najbardziej śmiertelnej epidemii w historii USA. 
Wzrost bezrobocia pobił wszystkie rekordy i przy okazji dowiedzieliśmy się jaka jest łączna pojemność systemów zgłaszania się po zasiłek dla bezrobotnych we wszystkich stanach. Jest to 6,6 mln tygodniowo. Z wyjątkiem pierwszego tygodnia, tylu ludzi się rejestruje. Inni nie mogą się dodzwonić i próbują w następnym tygodniu.

Kongres przegłosował bailout. Zresztą nie jedyny, bo faktycznie już go prowadzi FED. Który nazwał żabę rybą i uznał, że obligacje które miały poziom inwestycyjny przed kryzysem, nadal go mają i choć wprost nie może kupować obligacji śmieciowych to to robi. Dzięki temu ostatni miesiąc przetrwał Ford Motor Company, parę firm naftowych i im podobnych.
W legalnym bailoucie dano obłędną ilość kasy dla wielkich korpo, część Tump wyda bez żadnej kontroli, ale był też fundusz dla małych firm i 1200 usd na głowę dla obywateli. I zgadnijcie co? Kasa dla małych firm się już skończyła. I właściwie nie wiadomo dlaczego, bo nikt nic nie dostał i nikomu jeszcze nic nie zatwierdzono. 
Ale z tymi 1200 usd jest jeszcze śmieszniej. Najpierw Trump powiedział, żeby wstrzymać druk czeków, bo on chce, żeby był na nich jego podpis. Totumfackie, ale niegroźne. Oprócz oczywiście tego, że dziesiątki milionów ludzi czeka na tą kasę aby mieć co do garnka włożyć i nie wylądować na ulicy. Otóż nie. To bydle by nie było sobą, gdyby oprócz tego nie odwaliło jeszcze jakiego świństwa. Otóż jednocześnie zdecydował, że banki przez które przejdą te czeki mogą je zatrzymać na poczet długów. Efektywnie opóźnieniem tej wypłaty wpędził ludzi w długi i potem pozwolił na zatrzymanie ostatniej kasy na przeżycie za te długi. W skrócie zrobił to tak, aby w miarę możliwości nic nie trafiło do potrzebujących. 
Do tego Partia Demokratyczna już wygrała wybory. Udało się pozbyć Sandersa. Teraz mogą spokojnie poczekać do zaprzysiężenia Trumpa na drugą kadencję. 

Zwykle Republikanie do ciężkiej recesji doprowadzali dopiero w drugiej kadencji, ale tu Trump też przebił wszelkie rekordy. Z głupoty, nienawiści, rasizmu i chciwości doprowadził do ruiny swój kraj i zapewne do nędzy i cierpienia większą część świata. Czy może być cokolwiek gorszego niż jego druga kadencja? 

Otóż odpowiedź jest. I niestety, ale jest ona pozytywna.

Pamiętacie jak po wyborze Bolsonaro na prezydenta Brazylii napisałem, że teraz to wszyscy będziemy mieli przej.....? No to mamy. 
Trump zniszczy tylko ekonomię i światowy system wymiany towarów, krążenia pieniądza, etc. i doprowadzi do nędzy setki milionów ludzi dookoła świata. Bo tyle może jako prezydent USA. Niestety prezydent Brazylii może więcej. Może zniszczyć dużą część światowego ekosystemu. 
I to robi. Od czasu objęcia urzędu rozmontował większość nie tylko hamulców, ale nawet monitorowania stanu wylesiania. Chodzi przede wszystkim o Amazonię, ale nie tylko. To się dzieje w całym kraju.

I wszędzie proces jest ten sam. Jeśli wytniesz las, to drastycznie spada parowanie i jest mniej wilgoci do kondensacji i następnych opadów. Kiedy robi się to na skalę kontynentu, to i klimat się zmienia na skalę kontynentu. I w tym względzie Bolsonaro osiągnął już sukces porównywalny z ekonomicznymi i epidemiologicznymi osiągnięciami Trumpa. Tylko w ważniejszej kwestii.
Otóż to parowanie z Amazonii i centralnej części Brazylii jest poważnym, czy może prawie jedynym źródłem opadów i wody w dorzeczy Parany. Jednej z największych rzek świata, której dorzecze w tej chwili żywi setki milionów ludzi. Głupim i złym przemysłowym rolnictwem i destrukcją gleb soją i glifosatem, ale żywi. 
Albo żywił. Sytuacja jest teraz taka, że tam po prostu nie pada. Wody nie ma.  W na większości biegu Parany jest rzeka ma około metra głębokości, a w wyższym biegu, nieco poniżej wodospadów Iguacu, ale już jako Parana ma dziś oszałamiające 10 cm głębokości. Od wczoraj spadło o 5. Opadów nadal nie ma, nic ich szybko nie zapowiada. Nic ich szybko nie zapowiada bo właśnie się tam kończy pora deszczowa i zaczyna się sucha. Nie nie pomyliłem się. Pod koniec pory deszczowej w jednej z największych rzek świata praktycznie nie ma wody. 

Nie ma co panikować, to nie cała Argentyna ani Brazylia. Nawet Paragwaj, najbardziej narażony mimo wszystko miał względne opady. Co prawda dotyczy to większości terytorium Brazylii, ale tej mniej zagospodarowanej. W końcu chodzi o to że jest właśnie karczowana. A w Argentynie to jest region lasów i tylko częściowo pampy, gdzie woda idzie raczej bezpośrednio znad oceanu. 
Ale Bolsonaro nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ma prawie 3 lata do końca kadencji i może być ponownie wybrany. 
Jeśli Trump wygra reelekcję to zniszczy do szczętu amerykańską i światową gospodarkę. Ale jeśli wygra Bolsonaro to zniszczy światowy ekosystem. I będziemy się zastanawiać jak mogliśmy się przejmować takimi drobiazgami jak jakaś ekonomia. I wtedy będziemy mieć naprawdę przej...

Wybory w USA, przełomowy dzień

Minęły już trzy prawybory, w Iowa, New Hampshire, Newadzie oraz Południowej Karolinie . W pierwszych trzech największą liczbę głosów zdobył Sanders. Dla pokazania perspektywy- to się nigdy nie zdarzyło. To, znaczy zdobycie największej liczby głosów we wszystkich trzech pierwszych prawyborach przez kandydata. Z którejkolwiek partii. To pokazuje skalę poparcia dla Sandersa.

Ale ciągle w Iowa nie zdobył największej ilości delegatów. I to w ogóle były bardzo ciekawe prawybory. Ciekawe, ponieważ aplikacja, która miała pomagać w liczeniu zawaliła się. 
Zanim przejdę do szczegółów, to trzeba podkreślić skalę wyzwania. Otóż tam było zorganizowanych nieco poniżej 2 tys. obwodów głosowania. I z każdego miano przesłać wyniki pierwszego ustawienia wyborców, ostatniego oraz ilość delegatów. Czyli trzy rekordy, każdy po 4-7 zestawów liczb, zwykle dwucyfrowych. Licząc ze sporym zapasem, 8 liczb 16-bitowych każda, razy 3, razy 2048 (dla okrągłego rachunku) to daje .. z całego stanu. Tyle danych w ogóle trzeba było zebrać. Zajęło to.... tydzień. Aplikacja specjalnie zaprojektowana do tego zadania wysypała się od razu. Zapasowy kanał, czyli telefony były tak zorganizowane, ze nie dało się dodzwonić i przekazać informacji. Co w sumie nie miało aż tak wielkiego znaczenia, ponieważ reguły głosowania były tak sformułowane, że wiele z osób organizujących te głosowania sama ich nie rozumiała. A szkoleń wcześniej zaniedbano. 
Dla uzupełnia obrazu, ten soft kosztował coś ponad 150 tys usd., zapłaciła za niego oczywiście Partia Demokratyczna Ohio. Ale tylko w części. Resztę dorzuciła partia z Newady i...... sztab wyborczy Buttegiega. Prawie zaraz po rozpoczęciu liczenia, jak już się okazało, że cały system się zawalił, nikt nie zna wyników i nie wiadomo kiedy będą, co zrobił kandydat Buttiegieg? Ogłosił że wygrał. WTF?

I żeby było śmieszniej, po tygodniu, jak już czegoś tam się względnie doliczono (choć dokładnie tego chyba w ogóle nie zrobiono) okazało się, że najwięcej głosów zdobył Sanders, ale najwięcej delegatów Buttegieg. Prorok jaki czy co?

Południowa Karolina to następny interesujacy przypadek. Podobnie jak na całym Południu, Partia Demokratyczna tam prawie nie istnieje, czasem ma jakieś lokalne sukcesy, ale w polityce stanowej nigdzie tam się nie liczy. Nie ma członków, nie ma działaczy, jest garść ludzi wspominających dawne sukcesy, czyli czasy, kiedy rasiści byli związani z Demokratami, a nie Republikanami, jak dziś. Ale głosy delegatów na konwencji są tak samo ważne jak z Kalifornii. 
W 2016 roku w stanach, gdzie Partia Demokratyczna faktycznie istnieje, działa i liczy się w polityce to Sanders otrzymywał olbrzymie poparcie. Ale głosy z Południa poszły w całości na Clinton, podobnie jak aparatu partyjnego. 
Dziś mamy podobną sytuację. Z drobnymi poprawkami- poparcie dla Sandersa jest wyższe niż wtedy, a aparatczycy głosują dopiero w drugim podejściu. Czyli jeśli na konwencji będą delegaci przynajmniej 3 kandydatów i nikt nie uzyska większości w pierwszym głosowaniu. 

Ale Buttegieg już zrezygnował, Warren się nie liczy, reszta tym bardziej. Jest Biden, na którego stawia aparat partii, który, jak już pisałem, zdecydowanie woli przegrać wybory z Bidenem niż wygrać z Sandersem. 
I jest republikański miliarder, rasista i kolega Trumpa. Zaraz, zaraz, przecież mówimy o prawyborach w Partii Demokratyczej. No tak... Skoro Clinton mogła najpierw doprowadzić do bankructwa partię, a potem faktycznie ją przejąć, to dlaczego miliarder nie może sobie jej kupić?
Na szczęście jeszcze była debata, na którą go zaproszono. Zresztą tylko dzięki zmianie regulaminu w ostatniej chwili, czyli też pewnie za drobną dotacją. Ale Bloomberg, bo tu o nim mowa w debacie wypadł tak doskonale arogancko i niekompetentnie, że to akurat zostanie zapamiętane na długo. 

Tu wypada przypomnieć o jeszcze jednym drobiazgu: próg wyborczy do podziału delegatów wynosi 15%. I obowiązuje zarówno w hrabstwach jak też całym stanie, więc kandydat, który otrzymuje pomiędzy 15 a ok. 20% ma szansę dostać nieproporcjonalnie mały udział. 
Więc aby mogła być konwencja z trzema kandydatami, każdy z nich musi regularnie uzyskiwać przynajmniej te 15-20%. Biden tyle na Południu uzyska, często dużo więcej. Ale aby powstrzymać Sandersa, ktoś musi dostać głosy i mandaty poza Południem. I co więcej, bezpieczne 20% głosów, bo jeśli to będzie mniej niż 15%, to faktycznie przypadną najsilniejszemu. Czyli Sandersowi.

I w tej, niesamowicie ciekawej sytuacji, czekamy na wtorek. Wtedy 3.03 odbędą się prawybory w kilkunastu stanach. W tym Kalifornii i Teksasie. W Kalifornii wygra Sanders, na Południu Biden. I po raz pierwszy będzie też Bloomberg, który nie startował w ogóle w pierwszych czterech. 
Jeśli Bloomberg dostanie swój solidny udział delegatów, to gra jeszcze potrwa, będzie ciężka dla wszystkich, ale w końcu wygra pewnie Biden. 
 Następne pytane zależy czy ktoś wyraźnie wygra w Teksasie. Jeśli Biden, to gra trwa dalej, ale nadal ze wskazaniem na Sandersa. Jeśli Sanders, to prawybory można uznać za zakończone. Jeśli będzie coś w okolicach remisu, to Biden i tak jest na straconej pozycji. 
Ale wiecie co może być najśmieszniejsze? Że Bloomberg i Biden wzajemnie sobie poodbierają głosy i w kilku stanach mogą nawzajem się pozrzucać poniżej 15%

I zupełnie serio. Niezwykle rzadko się zdarza, że można powiedzieć, że zaraz będzie dzień, który zadecyduje o losach świata. Ale właśnie taki będzie. Stawką jest demokracja i socjalizm lub wyzysk przez oligarchię i zamordyzm. I kolejne 4 lata przyspieszonej erozji instytucji w USA może być nie do odrobienia przez wiele dziesięcioleci. 
Wam życzę obgryzania chipsów we wtorek, bo ja chyba będę obgryzać paznokcie....

Prezydent Bernard Sanders

Kiedy to piszę, prawybory się jeszcze nie rozpoczęły. Ale jest sporo sondaży z kluczowych stanów.
Jeszcze z pewną dozą niepewności, ale bym zaryzykował twierdzenie że jest posprzątane.
To znaczy ta doza niepewności to jest kwestia utrzymania trendów. Tyle że nic minimalnie prawdopodobnego nie wskazuje aby mogły się odwrócić.
Sanders od początku kampanii jest w pierwszej trójce, ostatnimi czasy zwykle jest remis. Ale co ciekawe w niektórych ze stanów głosujących w pierwszej kolejności to jest remis z Bidenem, a w innych z Butegiegiem. 

Można zadać pytanie dlaczego to prawybory w Partii Demokratycznej są w takim centrum zainteresowania. Odpowiedź jest prosta: Donald Trump przegra prawie z każdym. I tak samo byłoby w 2016, ale Partia demokratyczna została przejęta przez jednego z najbardziej niepopularnych polityków w historii oraz uosobienie establishmentu. W sytuacji w której nierówności społeczne dochodzą do rewolucyjnego poziomu jedna z partii prezentuje kandydata będącego synonimem polityki umacniającej te nierówności, a druga kandydata który deklaruje, że idzie "oczyścić bagno". W miarę oczywiste kto wygrywa, pomimo tego, że ten od czyszczenia jest zawodowym oszustem z długą historią kłamstw wszelkiego rodzaju. 

Ale mamy następne wybory.  I w Partii Demokratycznej prowadzi kandydat, który jest również spoza elit, od dawna je krytykuje i w tym jest wiarygodny. Drobny problem polega na tym, że właściwie cały układ biznesowo-polityczny zbudowany wokół Partii Demokratycznej straci sens w momencie przejęcia władzy przez Sandersa i nie ma to żadnego związku z wynikiem samych wyborów prezydenckich. A jeśli komuś się ta teza wydaje dziwną to już ja śpieszę wyjaśnić: otóż w USA to kandydat na prezydenta decyduje o kształcie całej partii i nie ma znaczenia czy obejmie urząd czy nie. Dziś w Partii Demokratycznej rządzi Hilary Clinton i tak pozostanie do końca prawyborów. 
Jeśli Sanders zostanie nominowany, nawet jeśli przegra wybory, to układ milionowych dotacji za usługi polityczne zostanie po prostu przecięty, a partia zwróci się w stronę masowego wolontariatu i drobnych dotacji, czyli efektywnie wpływu ludu na politykę. Dokładnie tak jak robi to Sanders w swojej kampanii. Oraz większość progresywistów w samej partii. Przy okazji w najlepszym przypadku ignorowanych i zostawianych bez wsparcia, a często aktywnie zwalczanych przez Partię Demokratyczną aka sitwę Hilary Clinton.

Teraz już zaczyna być jasnym o co chodzi. O utrzymanie dotychczasowego modelu władzy. I to wcale nie władzy Partii Demokratycznej. Po głosowaniu w Senacie w sprawie impeachmentu (jak to piszę jeszcze go nie było, ale wynik znamy) widać, że USA jest w tej chwili po prostu dyktaturą, i to w stylu trzeciego świata. Prezydent ordynarnie kradnie, za co nie dotknie go nawet prasa, a przy ekstremalnym użyciu aparatu i finansów państwa do prywatnego celu parlament służy wyłącznie do zacierania śladów. 

W tym układzie pozostaje jedno pytanie- czy jeszcze jest możliwa zmiana tej i takiej władzy przez wybory? 

To wydaje się kolejnym głupim pytaniem, przecież wybory w USA odbywają się regularnie, co 2 i 4 lata od dobrze ponad 200 lat. To by było niewyobrażalne, aby prezydentem został ktoś nie wybrany, albo wybory się po prostu nie odbyły. 

Ale to nie jest scenariusz bez precedensu.
Przypominam, że w reelekcji Georga W. Busha, w 2004 roku, głosów W OGÓLE NIE POLICZONO i ogłoszono zwycięzcą Busha, choć jest prawie pewnym że przegrał wybory. Nie, że uzyskał mniej głosów, jak Trump, po prostu przegrał zgodnie z zasadami wyborczymi USA. 

Tak samo jak trudno sobie było wcześniej wyobrazić cyrk jaki Republikanie w Senacie zrobili z impeachmentu. A jednak to się stało. Ostatnie konstytucyjne zabezpieczenie przed dyktaturą zostało po prostu wyrzucone do kosza. 

Ale na teraz mamy sytuację, taką, że Sanders jest na najprostszej drodze do uzyskania nominacji Demokratów. Dla drobnego przypomnienia- wybory odbywają się w taki sposób, że partia w każdym stanie wybiera swoich delegatów i wysyła na konwencję krajową. Ale w przydziale delegatów uczestniczą tylko ci kandydaci, którzy uzyskają ponad 15% w danym stanie. I jak na razie wygląda na to, że Sanders jest jedynym kandydatem, który uzyska delegatów z każdego stanu. I to właściwie zamyka sprawę, nikt inny w tych warunkach nie jest w stanie uzyskać większości. Ale nie jest to niemożliwe. Są jeszcze superdelegaci, którzy mogą się włączyć do gry jeśli na konwencji nadal będzie 3 kandydatów (przy 2 nie mogą, to są nowe reguły po 2016). I potencjalnie przepchnąć Bidena lub innego konserwatystę.

Bo pamiętajmy o jednej rzeczy- rządy Trumpa są bardzo złe dla USA i świata, ale w sumie zupełnie OK dla obecnej Partii Demokratycznej. Pieniądze na opozycję płyną szerokim strumieniem, Trump robi to co i tak jest korzystne dla oligarchów, itd. 
To zwykli ludzie mają w tym systemie przechlapane i obecnie podnoszą bunt. Który jest skierowany przeciw systemowi partyjno-korupcyjnemu, czyli też obecnej Partii Demokratycznej, ale jego trybunem i przywódcą jest Berni Sanders. 

Z tej układanki wyłania się dość prosty obraz: Sanders jest śmiertelnym zagrożeniem dla obecnej Partii Demokratycznej. 

I na teraz są nieco zaskoczeni, bo to towarzystwo jest cały czas przekonane że im się należy. Ale wkrótce (może już jutro) rzeczywistość się z nimi spotka i zapanuje panika.

Już teraz są głosy wewnątrz establishmentu mówiące, że Biden się nie nadaje i niepotrzebnie konkuruje z Sandersem, że potrzeba prawdziwej mobilizacji zasobów (znaczy kasy) i mocnego kandydata. Problem polega na tym, że ludzie nie chcą nikogo kojarzącego się z obecnymi elitami, nawet najbliższych współpracowników przyzwoitego faceta jakim jest Obama. 

W takiej sytuacji pojawił się Michael Bloomberg. Już wcześniej zapowiedział, że nie będzie kandydować, ale cóż, Sanders jest wystarczającego kalibru koszmarem dla Wall Street, ze można zmienić zdanie. I zmienił, w ciągu mniej niż miesiąca wpompował w kampanię w prawyborach ponad 250 mln usd własnej kasy. To są kompletnie niesłychane sumy. I większe niż w podobnym czasie wydawane w samych wyborach. Za taka kasę uzbierał kilka procent, ale co ważniejsze, może dotrze do końca jako 3 kandydat i pozwoli przepchnąć kogokolwiek byle nie Sandersa z pomocą superdelegatów.

Albo sobie otwiera drogę do innego scenariusza, całkiem prawdopodobnego. Otóż jeśli nominację uzyska Berni Sanders, to wystartuje trzeci kandydat. Z poparciem całego zaplecza biznesowego obecnych Demokratów. Wall Street i Silicon Valley.  I oczywiście, że nie wygra. Nie o to chodzi. Ale zdobędzie w wyborach 5-10% głosów i to głównie obecnych wyborców Partii Demokratycznej. Co może wystarczyć do tego aby wtedy kandydat Sanders przegrał. Czyli efektywnie do zapewnienia reelekcji Trumpa. Dzięki czemu wszystko zostanie po staremu. 

Prawybory w USA i niewidzialna rewolucja

Popularność Donalda Trumpa trzyma się w okolicach 40%. W miarę od początku kadencji. Po dość przypadkowo wygranych wyborach, dość szybko spadła do tego poziomu i się trzyma. Więc dla zrozumienia sytuacji w USA trzeba się nieco pochylić nad tym wynikiem.
Donald Trump jest z zawodu oszustem, od wielu lat współpracownikiem rosyjskich służb i co za tym idzie człowiekiem zawsze działającym na korzyść lobby naftowego, które i w USA jest silne.
Ale do tego jest zatwardziałym rasistą. Nie od wczoraj, tu jest długoletnia historia jego decyzji politycznych i biznesowych. I nienawiść rasowa jest jedyna rzecz, co do której z całą pewnością można stwierdzić, że ceni bardziej niż pieniądze. Bo podejmował decyzje biznesowe, które były ekonomicznie bez sensu i przynosiły tylko straty, ale przynajmniej mogły upadlać osoby o innym kolorze skóry. Jak prezydent kontynuuje tę linię, codziennie udowadnia, że w kategorii niszczenia życia, upadlania i mordowania hiszpańskojezycznych, Indian i czarnych nie ma dla niego hamulców ani kosztów nie do poniesienia.

I to gwarantuje mu około 20% elektoratu, w tym wygraną w większości południowych stanów. To jest elektorat, którego nie interesują żadne inne sprawy i Donald Trump jest dla tej grupy jednym z najlepszych prezydentów w historii. Prawie porównywalnym z Andrew Johnsonem. Który swoją drogą też był podmiotem impeachmentu i też mu się udało (też, bo zakładam, że Trump zostanie uniewinniony).

Jak widać ma jednak jeszcze jakiś zwolenników w reszcie elektoratu. Co też nie jest niczym dziwnym, patrząc na to, że największa stacja telewizyjna nie zatrzyma się przed żadną manipulacją, aby tylko go wybielać. Oraz na to, że tak naprawdę to Partia Republikańska istnieje w całych USA i w sporej części ma monopol na władzę, bo Partia Demokratyczna zwyczajnie się wycofała i w dużej części jej nie ma, ani na Południu, ani na Midweście, na południowym Zachodzie istnieje częściowo. Wobec tego, ludzie są otoczeni przez zwolenników jednej partii i zmonopolizowanego przekazu medialnego.

I w takich warunkach Trump buja się w okolicach 40% poparcia. Przy amerykańskiej ordynacji wyborczej, w końcu przygotowanej po to, aby zwiększyć wartość głosów właścicieli niewolników to jest sporo, ale jednak za mało aby wygrać wybory.

W USA jest dość łatwo zdobyć reelekcję, ale akurat Trump ma sporą szansę być wykopanym z urzędu po pierwszej kadencji. I dołączyć do sporej części swoich współpracowników w federalnych zakładach odosobnienia, bo właściwie całe jego towarzystwo już tam jest i to jest największe nagromadzenie kryminalistów w administracji od czasów Reagana. Choć akurat część tych którzy siedzą to są prominenci z czasów Reagana, których wtedy zapomniano zamknąć.

Tak wygląda sytuacja. Na to się nakłada poziom nierówności społecznych rosnący już powyżej komicznego do rewolucyjnego i skala korupcji w gospodarce i polityce zabijająca innowacyjność i spójność społeczną. W skrócie- bogaci się dalej bogacą, biedni biednieją, a klasa średnia jest w fazie przyspieszonego zaniku. I to powoduje zanik mobilności społecznej, perspektyw dla dzieci i wzrost pospolitej przestępczości.

W takiej sytuacji społecznej polityka kontynuacji i popierania status quo jest po prostu niepopularna. Spotyka się w najlepszym przypadku z apatią. I właśnie apatia jest najważniejszym uczestnikiem wyborów w USA. Która jest jeszcze wspomagana przez manipulacje wyborcze. Jedno i drugie to są po prstu dwie częsci tej samej akcji politycznej, czyli zmniejszania liczby głosujących. Co bardzo starannie, od lat robi Partia Republikańska.  Konkretnie był to pomysł Richarda Nixona, aby przekonać do zmiany szyldu białych rasistów z południa USA i za wierne głosowanie pozwolić im pozbawiać praw wyborczych czarnych. To zadziałało i zostało twórczo rozwinięte w reszcie USA. W międzyczasie wielki biznes naciskał (po prostu nie finansując) na Partię Demokratyczną aby ta wycofała się z mniejszych stanów. Farmerskie regiony Środkowego Zachodu i tak były zawsze matecznikiem Republikanów, więc łatwo poszło. Ale konsekwencją tego było oddanie Senatu już właściwie na stałe w ręce Partii Republikańskiej.
Która była oczywiście częścią establishmentu i jako taka straciła poparcie i legitymację polityczną po 2009 r.
Więc w 2016 roku starła się kandydatka zadowolonego centrum i kontynuacji, co powodowało zwycięstwo apatii i kandydat obiecujący zmianę, a jednocześnie powrót do polityki rasizmu.

Najbliższe wybory będą trochę inne, ale tylko trochę. Trump zachowa swoje 40% poparcia i ma całą machinę partyjną do dyspozycji. Wygra wybory na Midwescie i na Południu. Jeśli nawet na Południu by nie wygrał, to jego partyjni koledzy tam liczą głosy, a mianowani przez niego sędziowie rozpatrują odwołania. Do tego wystarczy, że wyborcy kontrkandydata po prostu będą mieli tak dość, że nie pójdą na wybory. W zaledwie kilku kluczowych miejscach.

W takim zarysie odbywają się prawybory w Partii Demokratycznej. Tam trwa dokładnie taki spór- czy szukać stabilności, kontynuacji i stopniowej poprawy, czy jednak jest czas na poważną zmianę zarówno w partii jak też reorganizację państwa i społeczeństwa w stronę modelu europejskiego, dość ewidentnie lepiej działającego.

Oczywiście kontynuacja dotychczasowego jest zawsze łatwiejsza, a przede wszystkim każda większa organizacja broni się przed zmianą rękami i nogami, bo nawet jeśli cała działalność organizacji straciła jakikolwiek sens, to comiesięczny przelew dla jej pracowników ma nadal całkowity sens, przynajmniej z ich punktu widzenia.

Więc biurokracja Partii Demokratycznej tak intensywnie jak może wyciąga i promuje kandydatów Wielkiej Kontynuacji. W pierwszej kolejności to jest Joe Biden, na początku przedstawiony jako oczywisty zwycięzca prawyborów, które powinny być wyłącznie formalnością. Same wybory pewnie też by były formalnością, bo Trump mógłby bez trudu przedstawić Bidena jako promionentnego członka elit, które doprowadziły przeciętnego Amerykanina do dziadowskiego miejsca gdzie się obecnie znajduje. Choć to akurat byłaby narracja zupełnie niepodobna do Trumpa, bo w dużej części prawdziwa.

Widząc żałosną słabość Bidena, dość szybko zleciało się całe stado różnych kandydatów, wszystkich z nich chyba nikt nie zna, a pewnie mało kto nawet ich dokładną liczbę. I całkiem istotna część z nich stała się w jakimś stopniu rozpoznawalna, mogła mniej lub bardziej podjąć walkę. Choć mimo wszystko raczej skazaną na porażkę. Ale uzyskując poważny wynik w podzielonym konwencie wyborczym zawsze można coś utargować.

Na deser do tej zabawy włączył się Bernie Sanders. I wywrócił stolik. Bo z grubsza rzecz biorąc zaproponował, aby po pierwsze zrobić normalny system opieki zdrowotnej, taki jak w Europie. Po drugie wszystkich ludzi traktować jak ludzi, w tym zlikwidować niewolnictwo i po trzecie rozpocząć program inwestycji w celu odstawienia paliw kopalnych, czyli Green New Deal.

To w dość oczywisty sposób szkodzi bardzo wielu interesom, w szczególności ekstremalnie skorumpowanemu i wpływowemu lobby medycznemu, ale przecież nie tylko. Nafciarze, lobby zbrojeniowe, tradycyjni producenci samochodów, a nawet monopoliści z Krzemowej Doliny. W skrócie prawie cały biznes. Czyli przy okazji media też.

Co według tradycyjnych zasad polityki w USA oznacza, że Sanders nie ma żadnych szans i nie jest poważnym kandydatem. Tyle że ta dawna Ameryka, ze swoimi regułami gry poszła w p... w 2009 roku i jej nie ma. Istnieje jako wyobrażenie, bo brak jest nowego systemu i wszyscy próbują się jakoś orientować, więc udają, że stary świat się nie zawalił.

Sanders doskonale zdaje sobie z tego sprawę i działa stosownie do tego. Jest więc zwolennikiem odcięcia dopływu wielkich pieniędzy do polityki. Oczywiście zwolennikiem można sobie być wszystkiego, tu kwestia polega na tym, że nie tylko nie przyjmuje pieniędzy od biznesu (których i tak by nie dostawał), ale przede wszystkim zorganizował alternatywny sposób finansowania. Rozpoczął to już w 2016, ale po zakończeniu kampanii wyborczej nie zaprzestał tworzyć organizacji. W dużej części alternatywnej wobec Partii Demokratycznej.
I to jest absolutnie najważniejsza rzecz w całych tych prawyborach, będzie w wyborach i bym zaryzykował twierdzenie, że:


 zdefiniuje politykę na najbliższe dziesięciolecia

Tak, dziesięciolecia.

Organizacja Berniego Sandersa robi całkiem sporo, ale nie na darmo oligarchia tak modyfikowała system polityczny i wyborczy, aby liczyło się tam cokolwiek innego niż pieniądze. Do pewnego stopnia można pieniądze uzupełnić pracą wolontariuszy, ale tak naprawdę liczy się kasa.

I to co ma prawdziwe znaczenie, to to, że Sanders zhakował ten system. Jego nie finansuje oligarchia, ale ma pieniądze. I istnieje realna szansa, że będzie mieć ich wystarczająco. Pod względem ilości zebranych środków na kampanię jest pierwszym miejscu i reszta stawki daleko za nim. Nawet Biden.

Jak to zrobił?

Prosto- jest sobą, proponuje wprowadzić niesamowicie popularne pomysły do organizacji państwa, jest w tym wiarygodny, nie negocjuje idei, polityki, ani ustaw za forsę i buduje dokładnie taką markę.
Nazywa to rewolucją (ach, ten amerykański przesadyzm na każdym kroku) i prosi o drobne wpłaty. Znaczy naprawdę drobne. Średnia wielkość wpłaty na kampanię w 2016 wynosiła 27 USD. W tej kampanii wynosi obecnie 18 USD i jeszcze ma szansę spaść.
Ale za to w obecnej kampanii wpłaciło około 5 milionów ludzi. 5 milionów!! Jest to ilość dość spektakularna. I raczej się nie pomylę, jeśli powiem, że nigdy w historii, żadna kampania polityczna nie była finansowana przez taką ilość darczyńców. A to jest dopiero etap prawyborów!

I właśnie ten sposób finansowania, bezpośrednio przez klasę średnią/robotniczą definiuje tę kampanię i zdefiniuje politykę amerykańską najbliższych lat.

Ponieważ Sanders już teraz wprowadził do oceny kandydatów kryterium liczby sponsorów i ich średniej kontrybucji. To zostało zaakceptowane przez same władze partii i jest prezentowane jako wyznacznik popularności kandydatów wśród szerokiego elektoratu. 

Co ma ten zabawny efekt, że Pete Buttigieg ogłosił "konkurs" dla wpłacających. Jego warunki są tak ustawione, aby uzyskać jak najniższe wpłaty. Oczywiście to jest absurdalne, ale pokazuje siłę już dziejącej się zmiany i chęć mimikry przez dotychczasowy system. Burmistrz Pete, jak się go nazywa, jest całkiem poważnym kandydatem, trzymającym się na mocnym czwartym miejscu i ma sporo zalet. Pierwsza z nich do niedawna byłaby wadą: nie był i nie jest ani senatorem ani gubernatorem, a to normalna odskocznia do Białego Domu. Ale dziś tradycyjni politycy są "trochę" skompromitowani jako klasa i oligarchia, jeśli chce znaleźć kogoś kto będzie robił to co zawsze, to przynajmniej musi mieć trochę inne pochodzenie. Pete jest młody, sympatyczny i jest burmistrzem małego miasta na zadupiu, więc wygląda jak przeciętny Amerykanin, a nie jak oligarcha. 
I jeśli o oligarchach mowa, do wyścigu włączył się też Michael Bloomberg, obecnie 9-ty najbogatszy człowiek świata, a wcześniej burmistrz Nowego Jorku. Na tle Giulianiego niewątpliwie przyzwoity i kompetentny, ale jest oczywistym, że reprezentuje interesy swoich kolegów z Wall Street, co nie jest ani tym, czego USA i świat potrzebują, ani tym, czego wyborcy oczekują. I pomimo wywalenia 200 mln USD w miesiąc na reklamy, sondaże nie odbiły od zera.

I to już prawie wszyscy istotni. Został Andrew Yang, bardzo ciekawa postać. Też milioner sam finansujący kampanię, kompletnie bez doświadczenia politycznego. Jednak prezentujący program który można streścić jako egalitaryzm we współczesnej techno-wersji. Powszechny dochód gwarantowany i te okolice. Niekoniecznie dokładnie właściwe rozwiązanie problemów, ale na pewno bardzo, bardzo ciekawy głos w dyskusji. Czy o tym i o nim słyszymy w mediach? Ta..... W amerykańskich mediach, a za mini i światowych, słyszymy o Bidenie Buttegiegu i Bloombergu, choć żaden z nich nie ma nic konkretnego do przekazania.

Uważni Czytelnicy zauważą że pozostał jeden kandydat. Elisabeth Warren. Bardzo ważna osoba w tej układance, choć politycznie jest to całkiem prosta. Jest to po prostu Sanders-light. 
Powszechne ubezpieczenie zdrowotna- raczej tak, ale może nie od razu, polityka zagraniczna- trzeba poprawić, ale właściwie to kontynuujmy, etc. 
Efekt takiego kandydata jest bardzo, bardzo ciekawy. Otóż przez jakiś czas była pompowana przez media, zapewne w nadziei, że może złagodzić przekaz Sandersa, albo jednocześnie przejąć jego zwolenników, trafić do centrum i dogadać się z oligarchią. Cóż, oligarchia przejechała się na tym pomyśle koncertowo. Warren nie tylko nie przejęła wyborców Sandersa, ale dołożyła nowych, kiedy centrum przekonała do skrętu w lewo. Jednocześnie licząc na wypromowanie zamiast Sandersa nie wystawiali swoich kolegów i pozostał nieudolny Biden.
Trudno to ocenić, ale ja sądzę, że start Warren był i jest częścią jej porozumienia z Sandersem, miał na celu odwrócenie uwagi wielkiego kapitału i to zadanie wykonał. W części, bo jeśli Warren uzyska dobry wynik, to będzie świetnym pretekstem do mianowania jej jako wiceprezydenta, albo odwrotnie, z jej nominacją wice będzie Sanders.

A tymczasem schemat finansowania lewicowej (na warunki europejskie to byłaby centrowa) polityki zapoczątkowany przez Sandersa rozprzestrzenia się jak pożar i już w 2018 spowodował znaczny dopływ ludzi nie finansowanych przez korporacje do polityki i to się na pewno pogłębi, to jest po prostu rozpoczęty proces, na razie bez możliwości spowolnienia ani odwrócenia.

I to już wygrał Berni Sanders i jego ruch. Niezależnie od wyniku wyborów w tym roku, jeśli następne się w ogóle odbędą w mniej-więcej wolny sposób to po prostu wygra je europejskiego stylu zielony-socjalista. A może już te.




Rewolucja w Chile

Od kilku tygodni w Chile trwają zamieszki. Tak eufemistycznie rzecz ujmując. Zginęło już ponad dwadzieścia osób, w kraju jest stan wyjątkowy, kraj jest całkowicie sparaliżowany i zasadniczo nic nie działa, parlament został ewakuowany ze stolicy.

W skrócie to wygląda jak rewolucja.
Drobne zajawki się pojawiają gdzieś tam w mediach, ale ogólnie temat jest dla większości świata nieistotny. A niesłusznie, bym powiedział że to jedno z najciekawszych obecnych wydarzeń (a czasy przecież obfitują w ciekawe wydarzenia...)