Ogłoszenie- można nawet zarobić

Tym razem ja płacę. Otóż potrzebuję designu drobnego urządzenia AGD. Do konkretów- kasę proponuję na poziomie- bardzo przyzwoitym dla studenta lub osoby chcącej sobie dorobić, dla kogoś kto usiłuje z tego żyć na poziomie „dobra psu i mucha”- czyli też w miarę istotną, choć bez fajerwerków.
Od strony designu sprawa jest bardzo ciekawa- gdyż struktura cen jest tu (w Argentynie) zupełnie inna- przyzwoite drewno czy nawet skóra potrafi kosztować mniej niż plastik, więc można nieco poszaleć. Od strony inżynierskiej i technologicznej także jest dość duże pole manewru. Dla wyjaśnienia- potrzebuję tylko zewnętrznego designu, ograniczonego oczywiście funkcjonalnością
Moje wymagania:
Co do projektu- estetyka, łatwość wykonania małoseryjnego, a następnie masowego. Oczywiście niezgodność z ograniczeniami od strony funkcjonalnej lub inżynierskiej projekt dyskwalifikuje
Co do projektanta:
Zasadniczo- brak. Nie interesują mnie żadne papiery. Jednak z przykrością informuje, że ze względu na pewną poufność projektu, nie ujawnię specyfikacji osobie zupełnie anonimowej.

Dalsza współpraca jest jak najbardziej możliwa i przeze mnie oczekiwana, choć nie przewiduję możliwości zapewnienia nawet najlepszemu projektantowi stałych dochodów w najbliższym czasie. W nieco dłuższej perspektywie- czyli powiedzmy, przyszłego roku jest to całkiem realne.

Zasady są konkursowe- znaczy płacę najlepszemu, ewentualnie za 2-3 znakomite i wyrównane prace. Nie mam najmniejszego zamiaru płacić za każdy rysuneczek przysłany, jakość oceniam osobiście ja, według mojego gustu i rozpoznania rynku. Za to daję słowo, że nie wykorzystam w żaden sposób pracy, za którą nie zapłacę. Czyli zapłacę za każdą pracę, która zostanie wykorzystana.
Co do technicznej strony- potrzebuję rysunków z wymiarami i opisem matriałów. Nie ma większego znaczenia czy będzie to skan rysunku, czy projekt możliwy do odczytania na zwykłym komuterze.
To tyle- co do wątpliwości i wyjaśnienia nieścisłości w tekście- proszę komentarze (jak zwykle zresztą), co do szczegółów- tylko mail.

Peak Oil – raz jeszcze, tym razem podstawy

Peak Oli, przypominając, to jest teoria, zgodnie z którą wydobycie ropy naftowej w miarę upływu czasu wzrasta, osiągając maksymalny pozim, a następnie zaczyna spadać. Wynika ona z obserwacji, iż właśnie tak zachowuje się każdy pojedynczy odwiert a z sumy odwiertów wychodzi taka sama krzywa dla złoża. Ekstrapolując, taką samą krzywą można narysować dla całego świata.
To jest właśnie ta krzywa, zgodnie z teorią, spadek wydobycia odbywa się w podobnym tempie jak uprzedni wzrost.

Zresztą- każdy pojedynczy odwiert produkuje początkowo znaczne ilości ropy, a następnie produkcja tylko spada, początkowo szybko, potem wolniej. Całe złoże zachowuje się inaczej- z bardzo prostego powodu- kolejne odwierty nie są oddawane do użytku w tym samym czasie. W wypadku poszczególnych krajów- pierwsze odkrycia są zwykle największe, następne kolejne mniejsze i trudniej dostępne- a nawet jeśli odkrycia są w innej kolejności, to i tak wydobycie zaczyna się oczywiście od najłatwiejszych i największych złóż.
Własciwie tyle w skrócie wystarczy- mam wystarczająco wysoką opinie o moich czytelnikach, aby dalej nie mędzić.
Osobiście jestem przekonany, co właściwie zaczyna być rzeczą powoli docierającą do powszechnej wiadomości, że peak oil mamy już za sobą- lub jesteśmy właśnie na szczycie. Więc teraz czeka nas długiii zjazd- przynajmniej jeśli chodzi o ropę. Ale ropa to jest najważniejsze światowe źródło energii, a subsytucja (gdzie jest możliwa) powoduje, że pozostałe nosniki energii także wariują w swych cenach.
Ale- mamy obecnie (od ok. 2004-2005 r.) taką sytuację, że wydobycie ropy naftowej nie rośnie, a od 2-3 lat wydaje się spadać. Na szczęście mamy wciąż w miare wolny światowy rynek i reakcja jest zdrowa- gwałtowny wzrost cen. Na wzrastające ceny reakcja za to jest skomplikowana- na najniżyszym poziomie- próby oszczędzania. W ogólniejszym poziomie gospodarki, czy statystyki, jak kto woli, oznacza to, że cały kraj/kontynent/świat zużywa mniej energii. A że aktywność gospodarcza w nierozłączny sposób łączy się ze zużyciem energii (ponieważ każdy produkt i usługa ją zawiera) to w warunkach wolnej gospodarki oznacza to zmniejszenie aktywności gospodarczej- co się nazywa kryzys. Kryzys też dziwne stworzenie- jeśli, przykładowo popyt na usługi restauracji spadnie o 10% (czyli sporo) to teoretycznie wystarczy aby 10% restauracji znikło z rynku, a pozostali nie zauważą różnicy. Prawda- na prawdziwym rynku większość zauważy ubytek klientów, niektórzy zbankrutują, a drobna część zacznie opowiadać o nieprawdopodobnej koniunkturze.
Ale wracając do tematu- problemem nie jest ropa, problemem jest energia i infrastruktura do jej wykorzystania. Ludzie potrzebują jedzenia i ciepła w zimie (tu oczywiście piszę o Polsce). To właśnie jest energia. W końcu parę lat temu, jak ceny węgla już zdążyły poszybować w górę, a zamienników jeszcze nie, opłacało się palić owsem w piecach. Optymistycznie- mamy, przynajmniej według dzisiejszych cen, całkiem przyzwoite źródło energii, czyli panele fotowoltaiczne. Ale- tu pojawia się właściwy problem- przebudowy całej infrastruktury. Dotychczasowy transport, oparty na ropie musi się zmienić, energetyka i produkcja, oparte na węglu, ropie i gazie misi się zmienić. To wymaga niesamowitych nakładów kapitału, czyli energii- która jest przejadana na utrzymanie dzisiejszego stylu życia. I tak jak jestem optymistą przy odpowiedzi na pytanie- czy to jest możliwe, tak jestem niestety pesymistą przy odpowiedzi na pytanie- czy to zrobimy (znaczy jako ludzkość i dzisiejsza cywilizacja). A tak naprawdę na czym polega problem- właśnie na tej przebudowie infrastruktury- dziś potrzeba dowieźć miliony ton żywności i opału do wielkich miast, miliony ton węgla do elektrowni i ropy do rafinerii. I z drugiej strony- jest kompletnie niemożliwym zmiana sposobu życia całej ludzkości na nowe źródła energii w krótkim horyzoncie czasowym. Po prostu- tego się nie da wyprodukować, przecież najpierw trzeba zaprojektować, potem wypromować, a dopiero wtedy produkować. Trzeba mieć maszyny i właśnie- energię. Z dzisiejszej perspektywy- taniego prądu w gniazdkach trudno sobie to wyobrazić, ale tak naprawdę właśnie największą przeszkodą dla rozwoju sił wytwórczych ludzkości była i jest energia pierwotna. (jak to się ładnie nazywa). Skoro zaczyna jej brakować, zaczyna się kryzys. Nawet niekoniecznie brakować, ale brakuje energii przetwarzanej w postać użyteczną dla ludzkości. W obliczu pierwszej wojny światowej, kiedy węgiel stawał się coraz trudniejszy do wydobycia a jego cena rosła- było mnóstwo właśnie dziś potrzebnej ropy naftowej- ale brakowało infrastruktury do jej wydobycia i wykorzystania.
Dziś sytuacja jest zbliżona- choć, moim zdaniem dużo gorsza- świat jest uzależniony od ropy i gazu w niesamowity sposób, a technologii dla przetworzenia tego co mamy jak na razie faktycznie jest brak. Dlatego właśnie jestem pesymistą, co do przetrwania cywilizacji jaką znamy. Ale- oczywiście można powiedzieć, zaoszczędzi się trochę tu, trochę tam, wszyscy zacisną pasa i jakoś to będzie. Niestety- uważam, że nie będzie. Dlaczego? Bo nawet jeśli w samej Polsce 5 mln nowych bezrobotnych przesiądzie się z samochodów na rowery to i tak w którymś momencie coraz większa część społeczeństwa będzie miała problem z podstawowymi zakupami- bo żywność do miast trzeba dowieźć, bo do jej wyprodukowania potrzeba paliwa, bo trzeba się w zimie ogrzać. Nie trzeba proroka, aby przewidzieć, że rosnące koszty ogrzewania doprowadzą do bankructwa wiele rodzin, a dalej spółdzielnie mieszkaniowe.
Więc- to czego się, całkiem cynicznie, spodziewam, to stopniowe grzęźnięcie w bagnie, przy najdziwniejszych próbach wyjścia, aż do etapu wybuchu społecznego. Co do tego ostatniego- nie mam zielonego pojęcia gdzie jest granica. Sądzę, że nikt nie ma. Ale- najważniejsza rzecz- jest pewna ilość energii, która jest potrzebna na samo utrzymanie dzisiejszej infrastruktury. To nie chodzi tylko o koszty utrzymania dróg- ale także, co znacznie ważniejsze, koszty dostarczania paliwa do stacji benzynowych, jego wcześniejszej destylacji i najzwyczajniejsze koszty życia kierowców ciężarówek dowożących to paliwo- jak też tysiąc innych tego typu wydatków.
Więc- prawdziwy problem polega na jednoczesnym utrzymaniu dotychczasowej infrastruktury, społeczeństwa i spokoju, przy jednoczesnym dostosowywaniu się do do nowych źródeł energii.
Niestety- uważam, że w wypadku większości krajów świata jest to zwyczajnie niemożliwe. Możliwe jest pod warunkiem posiadania wystarczających zasobów energii na przetrwanie okresu przebudowy i utrzymanie infrastruktury w tym czasie. To jest oczywiście pewien zakład, o przyszłość naszą i naszych dzieci.

O merdiach, a dalej ponuro

Pewien czas zajęło mi zweryfikowanie tych informacji, więc wiem o czym piszę. Możecie, drodzy czytelnicy obejrzeć ostatnie wiadomości z Syrii. Tylko drobiazg- to wszystko jest jeden wielki BS. Mieszkanie w wielkim mieście ma swoje zalety- ma się dostęp do ludzi z rożnych krajów i kultur- w tym też do takich, którzy mogą przekazać na żywo wiadomości z zapalnych regionów świata- więc umiejętnie słuchając wie się sporo więcej, niż z zadupia Polski. Tym razem miałem przyjemność poznać pewną Syryjkę z pochodzenia. Informacje, które uzyskałem sprowadzały się do tego, że społeczeństwo syryjskie wciąż popiera prezydenta i istnieje powszechne przekonanie, że obecne rozruchy są w całości sponsorowane przez obce siły. Po dalszym dopytywaniu się, uzyskałem informację o przekonaniu, że te obce siły to są amerykańskie i izraelskie. Czyli- podsumowując- w opinii zwykłego mieszkańca Syrii obecne rozruchy to inspirowana i sponsorowana przez USA i Izrael akcja przeciwko całkiem znośnej władzy. Jeszcze jeden drobiazg- jest to władza określona jako ciesząca się wysokim poparcie w porównaniu do Argentyny, gdzie La Presidenta uzyskała coś około 65% głosów w wyborach w zeszłym roku- czyli wnioskując tam naprawdę musi istnieć prawdziwe poparcie dla władzy. Tak, wiem, że z polskiej perspektywy prawdziwe poparcie dla rządu brzmi jak bajka o żelaznym wilku, ale takie rzeczy naprawdę istnieją. Też drobna zasłyszana z innych ust anegdota, acz zupełnie autentyczna- kilka tygodni temu mąż zadzwonił do swojej zony przebywającej u rodziny w Damaszku, bo w telewizji (w innym arabskim kraju) widział potężną demonstrację akurat w okolicy, gdzie ona przebywała u swojej rodziny. I został mocno zaskoczony informacją, że żadnych demonstracji tam nie ma. To był w całości fake.
I teraz dalej- o co chodzi? Oczywiście o ropę i Izrael- czyli jedyne dwie rzeczy które naprawdę interesują głównego rozgrywającego na naszej pięknej planecie- czyli USA. Jakby ktoś zapomniał- jedynej planecie jaką mamy. Otóż Syria z obecnym reżimem jest bliskim sojusznikiem Iranu, a przy okazji sąsiadem Izraela. Czyli, mówiąc precyzyjnie- obecny rząd syryjski jest główną przeszkodą przed atakiem na Iran.
I właśnie, moim zdaniem, należy się modlić za utrzymaniem obecnego rządu syryjskiego. Dlatego, że atak na Iran to jest kompletne szaleństwo, które ma realną szansę zniszczyć przynajmniej sporą część obecnej cywilizacji. W najgorszym, choć zupełnie realnym wypadku to będzie spełnienie tego opisu:


Sytuacja na świecie przestaje być zabawna. Peak Oil został przekroczony, a atak na kolejnego producenta ropy będzie oznaczać kolejne zmniejszenie zasobów energetycznych świata i kolejne zmniejszenie możliwości wytwórczych i transportowych ludzkości. W którymś momencie energii będzie na tyle mało, że nie będzie możliwe utrzymanie dotychczasowej infrastruktury.
A dalej- atak na Iran realnie grozi wybuchem wojny światowej- pomiędzy Chinami a USA. Tylko chińczykom się nie spieszy, za to Stanom- jak najbardziej. Istniejąca, wciąż znaczna, przewaga militarna i polityczna USA dość szybko się zmniejsza, a i Chiny mają swoje problemy po załamaniu gospodarki opartej na eksporcie w 2008. Dla wielu przywódców jedyną realną opcją pozostała wojna. A tak naprawdę bardzo chciałbym się mylić, lub choćby zobaczyć załamanie i rozpad jednego z tych mocarstw w stylu końca ZSRR. Dla mieszkańców nie będzie to przyjemne, ale przynajmniej reszta świata będzie mogła odetchnąć z ulgą.
A, jeśli się niestety nie mylę to pewnego dnia Mad Max będzie opisywany jako kultowe proroctwo. Tylko ja dziękuje za takie proroctwa- choć cała seria to świetne i warte obejrzenia filmy.

ACTA i protesty w Polsce

Będzie zabawniej. Przyznam, że jednym z powodów dla których mnie w Polsce nie ma (w końcu zaledwie od paru miesięcy) jest przekonanie, że ten kraj upada. Wygląda jak odmalowana fasada ruiny i to odmalowana na kredyt. Oglądając południową półkulę, pomimo innych problemów- cieszę się, że mnie na północnej nie ma.
Ale- skoro Ojczyzna wzywa....
Donald i reszta zapiszą się w historii całkiem niezłym osiągnięciem- zjednoczeniem sporej części wokół konkretnej sprawy- jak mi się wydaje, tą sprawą zaczyna być koniec „kapitalizmu kompradorskiego”.
W pewnym stopniu podsumowując- obecnie wk... zirytowani obecnym stanem państwa są zorganiwani kibice, kierowcy (nie tylko dojeżdżający do pracy- ale przecież firmy transportowe także), obecnie zwykli użytkownicy internetu, do tego oczywiście należy dołożyć ludzi domagających się rzetelnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jak pokazały ostatnie demonstracje- jest to już pewna masa krytyczna. Nie wiem, czy ruszyła kula śniegowa, ale podejrzewam, że już tak. Jeśli będzie tak dalej- władza nie ma odwrotu. Jeśli to jest początek- będzie też rozwój i koniec. W obecnej sytuacji- będzie to „MY albo WY”.
Zauważam jedną rzecz- patrząc na zasoby społeczeństwa i władzy- władza nie ma żadnych oprócz brutalnej siły- ale też w limitowanym zakresie. Ostatnie wydarzenia pokazały, że ludzie potrafią zorganizować się i wyrazić sprzeciw. Pokazały także, że władza ma ich gdzieś. Dopóki czuje się silna nic nie zrobi. Ale- najważniejsze- władza jest silna wyłącznie dostępem do informacji i możliwością zastosowania ZOMO (czy jak się to teraz nazywa).
Więc- moja propozycja- zorganizujcie się (siebie w to nie wliczam- mnie nie ma). Jak? Korzystając z doświadczeń ludzi, którzy dotychczas nie mieli sobie prawie nic do powiedzenia. Przecież „kibole” (w nawiasie- bo nawet nie wiem, czy to nie obraźliwe) wiedzą jak zorganizować zadymę, jak skutecznie spalić radiowóz i zniknąć, a tez wykręcić się od odpowiedzialności. Ostatnie demonstracje pokazały, że istnieje logistyka pozwalająca na zorganizowanie kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu tysięcy ludzi w krótkim czasie. Jednak ludzi nie mających takiej wiedzy i doświadczenia jak kibole. Teraz przechodząc dalej- oczywiście władza ma możliwości ściągnięcia oddziałów policji z większego regionu. Ale- nie przejmujmy się- przecież wiadomo, gdzie są garnizony ZOMO (czy jak to się teraz nazywa). Być może, aby dojechać do miasta, muszą przejechać most. Ale przecież wystarczy aby na tym moście dwóm ciężarówkom zabrakło paliwa. W obecnej sytuacji nie będzie trudno znaleźć właściciela ciężarówki wystarczająco niezadowolonego z sytuacji, aby właśnie wtedy wysłać tam samochody. To jest tylko kwestia organizacji i zaufania.
Kolejna sprawa- której znów należy się uczyć od kiboli. Władza znaczną część informacji czerpie z telewizji. To po prostu są w dużej części idioci. Zarówno władza, jak i też dziennikarze tzw. mainsteamu. Tylko- mają w swojej ręce aparat dostępu do informacji, z którego zresztą władza korzysta. Recepta na to jest prosta- nie rozmawiać z przedstawicielami TVN, Gazety Wyborczej, itp. Odmawiać zgody na publikowanie wizerunku, konsekwentnie pozywać za jakąkolwiek publikację. Odciąć władzę od informacji. Na tym się opierają. Kolejnym źródłem są policjanci i agenci w cywilu wmieszani w tłum. Obowiązkowo należy ich identyfikować, publikować dane i wizerunki. Przypominam także, że Policja nie ma prawa nikogo zatrzymać ani aresztować bez przynajmniej okazania legitymacji i wskazania przyczyny. Są to oczywiście wymogi absolutnie minimalne patrząc na cywilizowane standardy, ale nawet one nie są przestrzegane. Przyponę więc, że zgodnie z kodeksem postępowania karnego każdy ma społeczny obowiązek zatrzymać (w tym oczywiście obezwładnić) osobę dopuszczającą się czynów przestępczych. Osoba bez munduru policyjnego, atakująca inną osobę oczywiście dopuszcza się czynu przestępczego- społecznym obowiązkiem jest kogoś takiego zatrzymać, w razie potrzeby obezwładnić z zastosowaniem siły.
To by było na tyle. Tym razem „MY” mamy przewagę zarówno liczebną jak też, w wielu miejscach, technologiczną. Rozczarowując nieco- nawet jeśli odejdą „kolesie” nic się w Polsce nie zmieni. Przynajmniej nie szybko. Ale może istnieć duma z własnego narodu, państwa i władzy. To jest dużo. A to obecna władza, a nie poprzednie rządy jest pośmiewiskiem na arenie międzynarodowej (a przynajmniej tu- w Ameryce Łacińskiej)- akurat zastrzegam- informacje mam z poufnych źródeł.
Teraz może pytanie o moje motywacje- najprościej- mężczyzna ma matkę i żonę. Matki się nie wybiera- to jest właśnie dla mnie Polska, może być zła i okrutna, ale chcę dla niej jak najlepiej. Teraz jestem emigrantem, moją „zoną”, którą mogłem wybrać jest Argentyna. Nie żałuję, ale zawsze będę Polakiem. I jestem przekonany, że obecna władza, powiązana z mediami i oligarchią jest bandą szkodników. Ale- z racji zawodu, a tez prywatnie miałem możliwość nieco obracania się w tym środowisku. Są to bardzo różni ludzie- od autentycznych patriotów, korzystających ze swoich możliwości z nadzieją rozwoju kraju, przez bezrefleksyjnych oportunistów, po ludzi szczerze nienawidzących Polski i polskości (choć oczywiście oportunistów jest najwięcej).
Z mojej strony- do Europy nie wracam, polskie prawo prasowe mnie w praktyce nie dotyczy (w końcu publikuję na serwerze w USA pisząc z Argentyny), więc można, jak najbardziej w komentarzach publikować informacje o miejscach położonych pomiędzy garnizonami ZOMO (czy jak to się teraz nazywa) a centrami miast, które łatwo zablokować, czy inne takie. Jak ktoś ma inne odczekiwania co do w miarę bezpiecznego serwera- mail. A co do ACTA- przecież to nie ma już dziś żadnego znaczenia.

Baltic Dry Index, czyli proszę zapiąć pasy

BDI jest dziś na poziomie 862 punktów. Zaczynając od tego co to jest. Nazwa by sugerowała jakiś związek z rejonem Bałtyku i wytrawnym alkoholem. Następne skojarzenie z wytrawnym alkoholem z rejonu Bałtyku to wóda. Cóż- nie jest to poprawne skojarzenie.
Chodzi o giełdę czarteru masowców (czyli dry cargo ships), która to historyczne była związana z transportem zboża z Bałtyku (czyli w największej części z Gdańska) do Europy Zachodniej. To już dawno minęło, ale nazwa została (piękna brytyjska tradycja- bo giełda oczywiście jest w Londynie).
A wracając do rzeczy- wskaźnik ten obrazuje koszty czarteru masowca. I co z tego wynika? Otóż na początkowym etapie produkcji wszystkiego zawsze gdzieś jest masowiec. Ponieważ trzeba przewieźć rudę, węgiel, zboże, granulowany plastik, czy cokolwiek innego. W wypadku masowców, gdzie ładunek zazwyczaj jest całostatkowy, koszty czarteru i frachtu to w praktyce jest to samo (w teorii różnica jest zasadnicza, ale nie ma potrzeby wchodzić w dywagacje o odpowiedzialności i roszczeniach, skoro od ekonomicznej strony nie ma to żadnego znaczenia)
Kolejny drobiazg- armatorzy, czy właściciele statków (to nie zawsze jest to samo!) to są przedsiębiorstwa, które mają zarabiać. Aby zarabiać trzeba najpierw pokryć koszty, zaczynając od eksploatacji statku- czyli paliwa, załogi i remontów bieżących, przez kapitałowe- spłata kredytów zaciągniętych na zakup czy budowę aż do zysku dla właścicieli.
Jako pewne przybliżenie można powiedzieć, że indeks na poziomie 1500 punktów oznacza dla przeciętnego armatora pożegnanie z zyskami, a poniżej 1000 to jest granica dokładania do bieżącej eksploatacji. Tu co prawda jest drobna możliwość- im statek wolniej płynie, tym zużywa mniej paliwa na pokonanie tej samej odległości- a z kosztów eksploatacyjnych paliwo jest jedną z ważniejszych pozycji. Więc względnie nowoczesna jednostka jest w stanie zarobić na koszty swojego użytkowana nawet poniżej 1000 pkt.- co z tego, jeśli względnie nowoczesna jednostka oznacza spory kredyt? Przy takich stawkach po prostu 80-90% armatorów dokłada do interesu.
Więc co się dzieje? Wypada tu przypomnieć rzecz oczywistą- ale istotną- statku nie kupuje się jak samochodu- czyli nie można (zazwyczaj...) pójść do stoczni i wziąć gotowy egzemplarz. Stocznie budują na zamówienie i to po prostu trwa, w zwyczajnej sytuacji 2-3 lata.
Jest więc strona popytu na przewozy, która w największym stopniu decyduje o stawkach. Właśnie dlatego ten indeks jest ciekawy. Obrazuje z 2-4 miesięcznym wyprzedzeniem realną sytuację w światowej gospodarce- dlaczego takim?- ponieważ tyle czasu mija od surowców do gotowych produktów, tak też schodzą łańcucha produkcji zamówienia detalistów (najpierw towar nie schodzie w sklepie, sklepikarz mniej zamawia z hurtowni, ta nie zamawia u importera, i tak dalej, aż do kopalni). I teraz czas odpowiedzieć na pytanie- dlaczego właśnie BDI. Przyczyna też jest prosta- jest to jeden z bardzo nielicznych zagregowanych wskaźników dla których nie ma żadnych instrumentów pochodnych i spekulacji fałszujących rzeczywisty stan rzeczy. Tak po prostu- nie ma. Dalej- pośrednio pokazuje on dochodowość całości jednego z ogniw łańcucha produkcji. Nie ma żadnych racjonalnych przyczyn, aby przypuszczać, że dochodowość pozostałych się znacząco różni, lecz oczywiście jest przesunięcie czasowe. 
Co prawda jest jeden kontrargument- niektórzy twierdza, że w czasie "boomu" lat 2003-2007 armatorzy złożyli zamówienia na zbyt duzo statków w stosunku do realnych potrzeb i teraz wskaźnik ten jest z definicji zaniżony- jak statki te dostarczono i brakuje ładunków, ale ja się z tą teorią nie zgadzam. Istotna liczba armatorów zbankrutowała nie będąc w stanie obsługiwać kredytów, silniejsi kapitałowo skorzystali z okazji i kupili nowe statki w cenie zbliżonej do złomu, gdzie się znalazły starsze (choć jeszcze nadającce się do użytku). Po prostu spekulacja spowodowała odmłodzenie floty, a rynek pozostał jakim był. 
Tak więc- przypominając, że poprzednio BDI poniżej 1000 pkt spadł chyba tylko raz, na przełomie 2008 i 2009 r., myślę że należy zapiąć pasy i przyjąć pozycje bezpieczną- na sprawdzanie kamizelek ratunkowych i spadochronów już za późno....

Co kto widzi w Buenos Aires?

Pewna część czytelników zna, a nawet poleca blog FerFala i czerpie z niego wiedzę o Argentynie. Otóż- chciałem wyjaśnić mój stosunek informacji tam przekazywanych.
Zacząć należy od tego, że blog ten jest pisany z perspektywy osoby która ma niezbyt dużo doświadczenia życiowego (a w trakcie opisywanego załamania w 2002 była nastolatkiem), nie za wiele podróżowała i daleko jej do znajomości świata.
Teraz- drobna dygresja, Buenos Aires jest miastem OLBRZYMIM. Oficjalnie aglomerację zamieszkuje ok. 13 mln ludzi, faktyczna liczba jest zapewne gdzieś pomiędzy 15 a 17 mln (w końcu mnie też tu nie ma :)). Jak na aglomerację tej wielkości jest to miasto dość bezpieczne (choć nie bardzo bezpieczne) Wskaźnik zabójstw, włamań i rozbojów jest na poziomie europejskim i dobrze poniżej tych samych wskaźników z USA. Jak wszędzie- tutaj też są lepsze i gorsze dzielnice, choć z racji tego, że dominuje wysoka i gęsta zabudowa, odległości pomiędzy nimi są relatywnie niewielkie- więc i przestępcy mogą się względnie łatwo przemieszczać. Są też (choć wbrew propagandzie nie tak dużo- villas, czyli slumsy) – tam oczywiście nie zapuszcza się ani policja, ani normalni ludzie. Jak w każdym mieście tej wielkości- trzeba po prostu wiedzieć, gdzie jest jaka dzielnica- i oczywiście można znaleźć zarówno salon Ferrari, jak też kompletną nędzę.
Wracając- FerFal mieszkał w zdecydowanie marnej dzielnicy i opisywał rzeczywistość go otaczającą- nic dziwnego, że chciał się wynieść- też bym chciał na jego miejscu. Z tym, że ja bym się wynosił zaledwie 20 km.....
Przestępczość- tu mogę mieć nieco spaczony ogląd, bo jestem białym z północy Europy (czyli tak z 15 cm wyższym niż tutejsi) i przy okazji jakiś czas trenowałem różne dalekowschodnie sztuczki- co dla wprawnego oka jest widoczne choćby w sposobie poruszania się (a rozbójnicy mają wprawne oczy). Więc oprócz kieszonkowców (niestety ponoć najlepszych na świecie) w normalnych miejscach nic mi tu specjalnie nie grozi- choć z kieszonkowcami też nie miałem nieprzyjemności spotkania się. Zresztą 95% populacji to są biali, a blisko 100% przestępców to Metysi - ponoć głównie Peruwiańczycy- wystarczy na takich uważać.
Oczywiście- z racji wielkości populacji, zabójstwa, rozboje i napady zdarzają się tu codziennie lub prawie codziennie. Z racji wielkości miasta i gęstości zabudowy- przestępca nie złapany (albo zastrzelony) od razu zwykle uchodzi bezkarnie. Ale to są pochodne wielkości miasta. 
Odnosząc do porównań pomiędzy Buenos a USA- tam miał okazję znaleźć się w dobrych dzielnicach, gdzie trawniki były przystrzyżone i wszystko wyglądało ładnie-plastikowo. To może się podobać bardziej na pierwszy rzut oka, ale ja też tam byłem. Są różnice- na pierwszy rzut oka USA wyglądaja lepiej, na drugi lepiej wygląda Argentyna. Porównując marnie zarabiającego mieszkańca USA i Buenos Aires- ten pierwszy pracuje na nowy komputer 3 dni, ten drugi miesiąc- tyle że- dla tego pierwszego poważna choroba to wyrok śmierci, a angina może się skończyć bankructwem, a dla drugiego stoi otworem bezpłatna opieka medyczna, jedna z lepszych na świecie (nie przesadzam- co najmniej cała Ameryka Łacińska się tu zjeżdża na leczenie). Ten pierwszy żre junk food, bo na nic innego go nie stać, ten drugi odżywia się zdrowo i normalnie. To kto do cholery żyje lepiej???
Druga sprawa- Argentyna się bogaci- to jest widoczne zarówno w statystykach, jak i na ulicach. Ubocznym skutkiem jest drobiazg- koszt życia wyrażany w dolarach dość gwałtownie rośnie. Dla osoby zarabiającej w USA (jak FerFal na sprzedaży książki), siła nabywcza zarobków dość szybko maleje. Niezbyt przyjemna i frustrująca sytuacja- zdecydowanie pogarszająca ogląd kraju.
W tej chwili tutaj jest ogrom możliwości dla każdego, kto posiada jakieś umiejętności techniczne lub dobre kontakty na północnej półkuli.
To by było na tyle- jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć, czytajcie krytycznie wszystkie źródła. Ja akurat tu się czuję znakomicie, FerFal tego kraju nie znosi- ale weźcie też pod uwagę, że straszenie katastrofą to po prostu jego biznes. Ja nie mam żadnego- gdyby ktoś się pytał- nie ściągam imigrantów, nie potrzebuję żadnego więcej polskiego towarzystwa.

Przyjemnie się żyje w liberalnym państwie

Jedną z rzeczy, które można usłyszeć od ludzi odrobinę znających Amerykę Łacińską jest to, że istnieje tu niespotykany w Europie czy USA poziom wolności. To jest jak najbardziej prawda. I zdecydowanie wzmacnia to poczucie przyjemności i lekkości życia. Choć jest to tylko jedna strona medalu. Drugą jest naprawdę drakońska odpowiedzialność jak się komuś swoim działaniem zaszkodzi.
Dla przykładu- nawet w stolicy żaden policjant nie zareaguje jak się przechodzi na czerwonym świetle, nawet lawirując pomiędzy pędzącymi samochodami- skoro ja ryzykuję swoje własne życie- to co go to obchodzi? To nie jest tylko jakiś zwyczaj, czy coś- jakiś czas temu tutejszy Sąd Najwyższy orzekł, że zakaz posiadania i używania narkotyków jest niezgodny z konstytucją, ponieważ konstytucja zakazuje karania za rzeczy, które nie szkodzą innym. Po takim wyroku, resztę możecie sobie dopowiedzieć sami- na pytanie „czy tu można robić ….......”, odpowiedź brzmi- dopóki kogoś nie skrzywdzisz, pies z kulawą nogą się tobą nie zainteresuje. Ale oczywiście jest też druga strona medalu- nikt się tobą nie zainteresuje jak śpisz na ulicy.
I teraz do rzeczy- taki system, jak zupełnie słusznie zauważają ortodoksyjni konserwatywni liberałowie może funkcjonować tylko z naprawdę drakońską odpowiedzialnością za naruszenia paru prostych zasad. Cóż- powiem, że nie chciałbym i mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w takiej sytuacji.
Dla pewnego zobrazowania i dość łatwego porównania z Polską. Otóż w Buenos Aires kilka lat temu (w 2004 r.) wydarzyła się spora tragedia- spłonęła dyskoteka, w trakcie koncertu. Zginęły 194 osoby, kilkukrotnie więcej zostało rannych. Tragedia, z zachowaniem proporcji, ale dość podobna w charakterze do pożaru w Hali BHP Stoczni Gdańskiej. Zasadnicza różnica istnieje w zakresie odpowiedzialności.
Więc- w po pożarze w Gdańsku postępowanie sądowe trwało 16 lat i zakończyło się skazaniem jednej osoby (kierownika hali) na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu.
Po pożarze w Republica Cromanon (tak się nazywał tenże klub w Buenos) właściciel generalnie cały swój majątek przeznaczył na odszkodowania, co zresztą i tak nie jest dla niego problemem, bo sąd raczył zdecydować, że przez następne 20 lat za wyżywienie i mieszkanie będzie płacić mu rząd. Manager klubu i (miejski) inspektor przeciwpożarowy się udali na 18- letnie wakacje, po wznowieniu procesu członkowie grającego wtedy zespołu (6 osób) zmieniło ubrania i fryzury na 11 lat. Inni pracownicy klubu i miejscy urzędnicy udali się na sporo krótsze wakacje. Pożar ten wydarzył się prawie dokładnie 10 lat po gdańskim, za to postępowanie sądowe zakończyło się rok wcześniej (za wyjątkiem wznowionego wobec członków zespołu).
Można powiedzieć- medialna sprawa, ale słyszałem też od znajomego historyjkę, jak to wskutek wypadku, spowodowanego przez kogo innego, zginęła pasażerka samochodu wynajętego z kierowcą. Sprawa była nieco bardziej skomplikowana- bo samochód ten musiał się zatrzymać na poboczu autostrady wskutek awarii i został uderzony przez inny, który w niekontrolowany sposób zjechał na to pobocze. Skończyło się bez odsiadki, ale potężnym odszkodowaniem od właściciela samochodu.
Inny przykład- jeśli policjantowi zdarzy się w Polsce zastrzelić bandytę to może się spodziewać upokarzającego dochodzenia i wsparcia psychologa. W Argentynie- premii i ewentualnie medalu. Ale nie słyszałem o przypadku postrzelenia niewinnych osób tutaj- może się zdarzają, w Polsce to na pewno jest częstsze (mimo tego, że w Argentynie policji jest, a przynajmniej widać, dużo więcej)
Więc- przykłady dobrane subiektywnie, mam nadzieję, że wyjaśniłem o co mi chodzi. Tu naprawdę jest zdecydowanie więcej wolności, ale jej granica jest zakreślona bardzo wyraźnie i lepiej się nie znaleźć po drugiej stronie.  

Litwa i lity a euro

Ciekawe wiadomości dochodzą stamtąd. Otóż w ramach samobójczego planu wprowadzenia euro rząd litewski utrzymuje stały kurs lita do euro. Najwyraźniej kurs wymiany to już jest mocne przewartościowanie lita, bo ponoć Litwini jeżdżą na zakupy do Polski, kupując wszystko- od spożywki po meble. Dalej- litewski bank centralny skupuje obligacje rządowe- kiedyś to się nazywało po prostu drukowaniem pieniędzy. Będzie zabawnie. Skoro ja nie mam akurat żadnej możliwości zrobić tego na większą skalę, nic nie stoi na przeszkodzie, aby Czytelnicy skorzystali z całkiem dobrej okazji zarobienia paru złotych- jeśli akurat ktoś może. To długo trwać nie może, za pewien czas ten kurs się po prostu załamie. Należy się więc spodziewać dość nagłego załamania- im dłużej będą bronić dzisiejszego, nierealnego kursu, tym mocniejszy będzie spadek. Da się ładnie zarobić, czego oczywiście Czytelnikom życzę.
Jeśli ktoś może zaciągnąć pożyczkę w litach to oczywiście należy to zrobić, jednak najpierw trzeba sprawdzić poziom rezerw litewskiego banku centralnego.  

O polityce i demokracji

Właśnie minęło 10 lat od rezygnacji prezydenta De La Rua. To wydarzenie zmieniło Argentynę.
Dzięki rozmowom tutaj (w Argentynie, jakby ktoś nie wiedział) zobaczyłem coś, czego w Polsce nie ma. Dostrzeganie, że rząd nie jest idealny- ale rządzi dla dobra kraju i w imieniu jego mieszkańców. Co więcej i najważniejsze- ludzie są święcie przekonani, że kiedy rząd zacznie rządzić w imieniu Wall Street, ościennych mocarstw, itp.- będzie to koniec tego rządu. Koniec- bo ulica go odwoła. Rozmowy się odbywały tak z okazji 10-lecia rezygnacji, ale od tutejszych przebijała wiara, że rząd, choć jest to oczywiście złodziejska oligarchia, nie posunie się nigdy do zdrady państwa i narodu. A jeśli to zrobi- zobaczy gniew ulicy, a wszyscy wiedzą, kto może kogo odwołać.
Wybory, pierdoły, partie- to nie ma znaczenia. Znaczenie ma, czy istnieje jakiś ostateczny hamulec przed podłością władzy. Ku mojemu zdziwieniu ten hamulec zobaczyłem dopiero tutaj. Aż nasuwają jako paradoksalne porównanie słowa Tow. Generała o „granicach których przekraczać nie wolno”.
Tak jak podkreślałem- podobieństw pomiędzy Polską a Argentyną jest sporo- tu znów taka jest. Właśnie wspominaliśmy 30 rocznicę wojny polsko- jaruzelskiej, która jasno wytłumaczyła narodowi co rząd myśli o próbach zmian. Tu właśnie mija 10 rocznica tego, kiedy naród powiedział rządowi co myśli o jakości jego pracy. W trakcie zamieszek w 2001 roku zginęło bodajże 28 osób, ale najwyraźniej nie była to ofiara która poszła na marne. To dało narodowi siłę i wiarę w możliwość zmiany- kiedy nadchodzi taka potrzeba. Na co dzień oczywiście świetnie działa fasadowa demokracja- ale ta prawdziwa też istnieje. Teraz sobie dopiero uświadomiłem jak bardzo w Polsce było mi tego brak.
A co jest interesujące- to zobaczcie to zdjęcie:
Wystawa fotografii z zamieszek jest na Plaza de Mayo, placem przed pałacem prezydenckim w Buenos Aires. I najbardziej charakterystyczne- zdjęcie prezydenta ewakuującego się helikopterem przed nieco wkurzonym tłumem wisi na tym samym pałacu prezydenckim. Oczywiscie za wiedzą i zgodą La Presidenty, która sama najwyraźniej chce pamiętać, albo przypomnieć swoim współpracownikom „że są granice, których przekraczać nie wolno.
Choć tak naprawdę De La Rua był przypadkowym kozłem ofiarnym- prawdziwym architektem i zarządzajacym gospodarka Argentyny lat 90-tych był minister finasów, Cavallo- taki tutejszy Balcerowicz, o zresztą prawie identycznych poglądach i pomysłach. Carlos Menem, który firmował jego reformy żyje w Argentynie i ma się dobrze, ciesząc się majątkiem szacowanym na ponad 100 mln dolarów (ok- to słyszałem od Argentyńczyków, więc zapewne nalezy to podzielić przez 4, ale i tak wychodzi niezła kwota)- oczywiście większości dorobił się w trakcie prezydentury. De La Rua prezydentem był bardzo krótko i mógł nawet startować w ostatnich wyborach bez obawy linczu, choć uzyskał chyba jakieś 3% głosów.
A pewną dygresją historyczną- w I Rzeczypospolitej dokładnie taką role pełniły konfederacje- ostatecznego hamulca dla króla. Zdelegalizowała je Konstytucja 3 Maja (Zamach Stanu 3 Maja?).
I tak można jeszcze sobie snuć dywagację- cóż tym razem są to pierwsze przemyślenia demokratycznego neofity- może Szanowni Komentatorzy coś dołożą? Choć ostrzegam- pomimo słowa „polityka” w tytule, w wypadku zaangażowania się w bieżące zabawy polskiej polityki- komentarz czasem mogę wyrzucić.

Feliz Navidad!

Kolejna rocznica narodzin Zbawiciela. I przypomina o najważniejszej rzeczy, jakiej możemy się spodziewać jako Łaski Boskiej i którą Zbawiciel może nam dać- Nadziei.
To są moje życzenia dla czytelników. Starczy. Każdy potrzebuje nadziei, aby żyć godnie. Każdemu jest potrzebna- mając ją można bardzo wiele.
Można dalej żyć, kiedy w faszyzującym się państwie całkiem lubiany przeze mnie zawód prawnika tracił jakikolwiek sens. Bo jest Nadzieja. Dziś pisze te życzenia z miejsca, które łatwo uznałem za nową ojczyznę. Nie dlatego, że przychodzi mi to w ogóle łatwo- ale dlatego, że ten kraj daje nadzieję na normalne życie. Łatwość tego życia- a jednocześnie istnienie do pewnego stopnia prawdziwej demokracji- daje nadzieję- na to, że też będzie dane żyć przyjemnie, zamożnie i bezpiecznie (o demokracji w Argentynie jeszcze się rozpiszę). Choć czasem dziwnie- jak wtedy kiedy świeta Bożego Narodzenia wypadają w najdłuższe i najcieplejsze dni w roku....
Nadzieja daje siłę i ta prawdziwa zmusza do działania. Siedzenia „na dupie” i „manie nadziei”, że coś się zmieni, Nadzieją nie jest. Nadzieja jest początkiem drogi i siłą którą nas po niej prowadzi. Tego wam właśnie życzę, a nie szatańskiej imitacji „bo może coś się zmieni”. Samo nic się nie zmieni- ale do zmiany potrzebujemy Nadziei.

Jak upada imperium

Dla w miarę uważnych obserwatorów widać, że mocarstwowość USA jest u schyłku. Co ciekawe- schemat według którego przebiega upadek jest taki sam, jak zawsze. Naprawdę na świecie nie dzieje się nic nowego. 
Każde imperium zawsze składało się z terytorium bezpośrednio kontrolowanego przez rząd, pewnej ilości struktur politycznych państw klienckich i istotnych wpływów w zasięgu realnych możliwości komunikacyjnych. Poza imperium pozostawały jedynie państwa wystarczająco silne do prowadzenia samodzielnej polityki- co zazwyczaj oznaczało tworzenie sojuszy i szachowanie wpływów imperialnych połączone ze znaczną izolacją własnego terytorium.
Kolejne imperia w przeszłości powstawały i upadały. Utrzymywały w innych krajach swoje wpływy, a ambasador imperium bywał człowiekiem potężniejszym niż lokalne władze.
W fazie upadku- prowincje i państwa klienckie były bezlitośnie drenowane z zasobów, koniecznych dla utrzymania potężnej armii, zmuszonej do coraz częstszych interwencji, zazwyczaj gdzieś na obrzeżach strefy wpływów- tam gdzie lokalni kacykowie, lub gra interesów pretendujących mocarstw wystawiała siłę i możliwości imperium na próbę. Oczywiście wraz z drenowaniem zasobów, samo imperium w swej strefie wpływów, a władze i elita polityczna na własnym terenie są coraz bardziej znienawidzone.
Witanie barbarzyńców jako wyzwolicieli przez wyczerpaną biurokracją i podatkami ludność Zachodniego Cesarstwa- takie samo witanie turków przez mieszkańców Wschodniego Cesarstwa tysiąc lat później, liczne marsze i poparcie dla Gandhiego i reszty w trakcie rozpadania się Imperium Brytyjskiego, czy druzgocąca przegrana PZPR w wyborach w Polsce 1989, Polsce wyczerpanej ekonomiczne wspomaganiem gospodarki i zbrojeń zdychającego Związku Radzieckiego.
Jednym z objawów choroby zdychającego lwa jest też walka z własnymi obywatelami- mniej lub bardziej brutalna. Dziś mamy ruch Occupy Wall Street (and everything else) doskonale wpisujący się w ten schemat- konfrontacji z władzami.
Mamy więc zawsze ten sam przebieg- konflikty na obrzeżach, z którymi potężna (jeszcze) machina militarna sobie jakoś radzi, wewnętrzna protesty, stopniowe uniezależnianie się dalszych i mniej wartościowych państw klienckich i trzymane strachem „bliższe imperium”. Następnym etapem jest implozja. Może pozornie wyglądać jak związana z relatywnie drobną porażką militarną- jak wyczerpanego do cna I w.ś. Imperium brytyjskiego porażka w 3 wojnie z Afganistanem (OK- to z pewnością nie miało większego znaczenia, ale ładnie pasuje do narracji), porażka Związku Radzieckiego w Afganistanie, i jak na razie tylko „brak strategicznego przełomu” Stanów Zjednoczonych w Afganistanie. Zresztą, jak mi się wydaje, ostatnia skuteczna okupacja tego terytorium udała się Aleksandrowi Macedońskiemu, więc i USA nie wróżę sukcesu.
Zwłaszcza, że ostatnie dni przyniosły wiadomości, które są już prawie zwiastunem klęski- Pakistan zabronił tranzytu wojska i materiałów wojskowych przez swoje terytorium, USA odpowiedziały groźbami, Chiny stwierdziły, że „ochrona stabilności władzy w Pakistanie jest ich żywotnym interesem państwowym”, czy coś takiego i zagroziły wojną USA. To już nie są żarty. Teraz USA jest uzaleznione od.... Rosji, nawet dla ewakuacji wojska.
Z bliższego mi obecnie podwórka- czyli państwa, leżącego, zgodnie z doktryną Monroe, w strefie wpływów, ale mającego niewiele ropy, jakąś marynarkę wojenną i solidnych i silnych sojuszników- czyli Argentyny. Otóż tutejszy rząd, jak już pisałem stara się odejść od dolara w handlu, zarówno wewnętrznym, jak też międzynarodowym- co jest dość trudne. Ale- z największymi partnerami handlowymi- czyli Chinami i Brazylii zawarto porozumienia SWAP, na mocy których banki centralne mają trzymać wystarczające rezerwy do handlu bezpośrednio w walutach zainteresowanych krajów, z pominięciem dolara.
Poza tym drobiazg, ale znaczący- rząd Argentyński udzielił azylu politycznego Kurtowi Sonenfeld. Był to oczywiście akt „nieco” wrogi rządowi amerykańskiemu- dla dodania smaczku jeszcze w trakcie wizyty G.W.Busha w Buenos Aires, argentyńskie służby specjalne wywiozły p. Sonenfelda w bliżej nieznane, acz z pewnością odległe miejsce na czas kiedy się tu włóczyły setki agentów SS (znaczy Secret Service) i innych takich z immunitetem dyplomatycznym, a on sam (co wiem od wspólnego znajomego- bezpośrednio go nie miałem okazji poznać) poważnie się obawiał, że zostanie po prostu porwany, a w USA skazany na podstawie zmontowanego oskarżenia o morderstwo.
Więc patrzę- i przyznam, że z przyjemnością kibicuję wszystkim, którzy mogą dołożyć swoją cegiełkę do upadku rządu federalnego USA. Do takich należą ostatnio chyba nawet Szwajcarzy.

A gdyby ktoś sobie chciał poczytać jak amerykańskie elity wysysają własnych mieszkańców- tu jest link do pozwu, który złożył stan Masachusets przeciwko największym bankom. Lista przytoczonych tam nadużyć mnie nie dziwi, ale wierzących w USA jako państwo prawa powinna obudzić.
Upadek USA oznacza stabilność i prosperity w Argentynie- więc też mój własny portfel...


Nie znasz nikogo- jesteś w grobie jedną nogą

Widzę z komentarzy i prywatnych odpowiedzi, że moje posty o Argentynie pisane stąd zalatują hurraoptymizmem i brzmią prawie jak naganianie do przybycia do tego kraju.
Więc, zanim ktoś sprzeda wszystko, pożegna się ze znajomymi i kupi bilet :), niech lepiej przeczyta uważnie. Po pierwsze, to są moje prywatne odczucia. Zawsze czułem się lepiej w krajach południowej Europy i w tej kulturze, niż gdziekolwiek indziej, jak też zwyczajnie- nie znoszę polskiej zimy, braku słońca i szarości do takiego stopnia, że czasem w zimie potrzebowałem w Polsce wybrać się na solarium dla zwyczajnego zachowania zdrowia i nie popadnięcia w depresję. I naprawdę nie myślcie „ja też nie lubię szarej jesieni”, bo ja zwyczajnie lepiej się czuję pod palącym słońcem w 40 st upale niż w 20, czy 25 stopniach. Tak, wiem, że pisanie tego dla czytelników w Polsce na początku grudnia zakrawa na sadyzm, ale cóż....
Dalej- kompletnie mi nie przeszkadza niesłowność i ściemniactwo Argentyńczyków. Po prostu tu nie należy planować na styk, ale akurat ja tego nie lubię i w Polsce też raczej nie robiłem. Wolałem zawsze mieć rezerwę czasową i nawet z klientami porozmawiać o rodzinie, czy ogólniejszych sprawach. Więc znów- tu czuję się lepiej- bo właśnie tak się postępuje i wszyscy tego oczekują.
Ale to są drobiazgi- najważniejsza rzecz- załatwianie wszystkiego (a przynajmniej bardziej skomplikowanych rzeczy) opiera się mniej lub bardziej na znajomościach. Jeśli potrafi się je zawierać, utrzymywać i przekonać do siebie innych ludzi- nie jest źle. Choć zawsze trzeba zacząć od kogoś, kto cię poleci i wprowadzi w towarzystwo. Jeśli nie znasz nikogo- jesteś w grobie jedną nogą. Nie zrobisz w tym kraju dokładnie nic. Znaczy nie aż tak- możesz pracować dla korporacji, jeśli znajdziesz pracę przez rekrutera za granicą....
Wbrew pozorom ten system działa. Nikt nigdzie nie poleci osoby, co do której zachowania ma wątpliwości. Jeśli masz problem, wspomnisz znajomym- rozwiązanie się z czasem znajdzie. Ale jeśli się naciska, spieszy i próbuje zrobić „na siłę”- można zrazić znajomych- a wtedy- patrz na tytuł.
Podsumowując ten kawałek- jeśli jesteś osoba punktualną, słowną, oczekujesz tego od innych i brak ci cierpliwości- zwyczajnie tu zginiesz. Z dużą szansą na zawał, co w tutejszym wyluzowanym społeczeństwie będzie medialnym newsem- tak na pocieszenie....
Dalej idąc- zamiłowanie do ściemniania- do tego niestety ja też się musiałem po prostu przyzwyczaić i uznać za część inwentarza. Argentyńczyk powie co myśli i dotrzyma słowa, tylko wtedy jeśli przez przypadek jest to dla niego korzystne. Trzeba to po prostu brać pod uwagę, dotrzymywanie umów nie leży w tutejszym zwyczaju, a potem z włosko-hiszpańskim wdziękiem pytają się w czym problem. Drobny przykład- wsiadam do taksówki, widać mnie jako turystę z daleka, zresztą rozmawiam z kolegą po polsku- taksówkarz rusza i wiezie nas w dokładnie odwrotną stronę niż podany adres- na pytanie gdzie jedzie odpowiedział: „aaa, pomyliło mi się” i nagle mu się przypomniało gdzie jest podana przeze mnie ulica.
Kolejna rzecz- w Buenos relatywnie sporo osób mówi po angielsku. Co prawda dla imigranta to żadne pocieszenie- są to głównie osoby związane z biznesem turystycznym, tu możliwości pracy i biznesu nie jest wiele- bo konkurencja imigrantów z UK i USA jest spora. Bez hiszpańskiego prawie nic się nie da zrobić (zresztą mówiąc „czystym” hiszpańskim też nie tak wiele- tutejsza odmiana hiszpańskiego się różni od mówionego w Madrycie- choć są wzajemnie zrozumiałe- ale słychać, że się nie jest stąd).
Z lepszych wiadomości- to jest, podobnie jak w USA, społeczeństwo imigrantów, więc relatywnie łatwo w nie wejść i być ocenianym przez to jakim się jest człowiekiem, a nie przez pryzmat faktu, że się skądś przyjechało. Należy też pamiętać o tutejszej dumie narodowej- znów- dla mnie jest to łatwe. Autentycznie doceniam ten kraj, jego osiągnięcia i sposób działania. Nawet- też zupełnie autentycznie, popieram politykę rządu (zresztą kilka dni temu miałem gorąca dyskusję z antyrządowym Argentyńczykiem, upierając się, że polityka ograniczania obrotu dolarowego w kraju jest w rzeczywistości przykładem światłego myślenia o przyszłości, choć wkurza większość zwykłych ludzi).
Kolejny drobiazg- to co lubię- wolność, ale trzeba ją rozumieć. Tu nie interesujesz państwa, państwo się tobą nie interesuje i w większości miejsc biurokracja wygląda na sporą, ale zwyczajnie nie działa. Potrzeba jakichś pozwoleń na prowadzenie biznesu- można bez, tylko trzeba wiedzieć co można, a co nie. Jest to stos niepisanych reguł- jeśli się zrozumie sposób myślenia i działania tutejszych- jest naprawdę łatwo- jeśli nie- cóż, wracamy do tytułu tego postu.... Znów- ja to w miarę chwytam i zdecydowanie bardziej rozumiem niż polski burdel.
I to by było na tyle- przyjemności życia, południowego i latynoskiego braku pośpiechu nic nie zastąpi, ja lubię przedkładanie relacji z ludźmi, doskonałej jakości jedzenie i świetne wina nad jakiś wyścig szczurów, a zresztą pieniądze i tak jakoś same tu przychodzą. Tylko jeszcze raz- przeczytaj uważnie i najczęściej dojdziesz do wniosku, że się tu nie nadajesz.