Standing by Standing Rock

Obecnie dzieje się w USA sprawa która będzie mieć całkiem istotne konsekwencje w przyszłość. Otóż jest planowany, a właściwie już na zaawansowanym etapie budowy rurociąg z terenów formacji roponośnej Bakken w okolice Chicago, gdzie będzie się łączyć z systemem rurociągów dostarczających do rafinerii w okolicach centrów populacji.

Rura ma przesyłać dziennie 450 tys. baryłek, czyli ilość zbliżoną do np. zużycia w całej Polsce.

Inwestorzy zebrali pieniądze, pozwolenia poszły szybko i rozpoczęli budowę. Północna Dakota to generalnie jest miejsce w którym nic nie ma, więc i nie było specjalnych przeszkód.

Aż do czasu, gdy te przeszkody się zaczęły. Zacznijmy od drobnego uporządkowania kwestii terytorialnych. Od najprostszej- wodami płynącymi w USA zarządza rząd federalny przez US Army Corps o Engineers. Oni wydają pozwolenia na korzystanie z wód oraz na budowanie przepraw, etc, w tym przekroczenie rurociągu przez rzekę.
A sam rurociąg ma przekroczyć Missouri w pobliżu granicy Dakoty Północnej i Południowej. Dla firmy i urzędników nie stanowiło żadnego problemu, że przy okazji ma być zakopany dokładnie na świętym terenie i cmentarzu indiańskim. 
Co też jest ciekawe, to w ogóle nie jest teren Stanów Zjednoczonych!!! Otóż plemię Sioux (Lakota), jak większość innych, zawarło kolejne traktaty z rządem federalnym USA. Zasadniczo są to po prostu traktaty międzynarodowe. Określały one zakres jurysdykcji terytorialnej, czyli po prost granicę pomiędzy USA i państwami indiańskimi. Te granice były następnie regularnie naruszane przez białych, następnie zawierano kolejne traktaty, ograniczające terytorium Indian, etc. Ale akurat Sioux ostatni traktat zawarli w 1851 roku i od tego czasu uznali, że nie mają zamiaru cedować więcej do USA. Oczywiście taki drobiazg zupełnie nie przeszkodził osiedlaniu się białych rolników i górników, wpisywaniu własności terenu do rejestrów USA, etc. Co miało "legitymację" w postaci aktów Kongresu. Taka sama sytuacja dotyczyła wszystkich innych terytoriów indiańskich i rząd federalny w 1944 roku podjął próbę załatwienia problemu; w ten sposób, że  nowa granica byłaby wytyczona według faktycznej linii osadnictwa, a Sioux otrzymaliby 100 mln USD. Ta oferta nie została przyjęta, rząd federalny nie ma najmniejszego zamiaru zwracać ziemi, nawet tej opuszczonej przez rolników i przejętej- co zresztą nakazał sąd federalny.... Więc pieniądze powędrowały na wydzielony rachunek, na którym są do dziś i zbierają odsetki. Stąd istnieje pewna rozbieżność co do zasięgu obecnych granic rezerwatów, a granic według traktatów. 
Rura ma przebiegać kilkaset metrów od obecnej granicy. 
Ale protest rozpoczął się i trwa pod hasłem ochrony wody. Co ma mnóstwo sensu, bo Missouri jest dopływem Missisipi, ale też jedynym źródłem wody dla Indian, miast w dole rzeki i rolnictwa. Każdy rurociąg w końcu się rozszczelni, a jak pokazuje praktyka, te budowane i eksploatowane w USA taki los spotyka dość szybko. W samej Północnej Dakocie w zeszłym roku było około 200 mniejszych i większych wycieków z rurociągów. 
Indianie rozpoczęli protest, są to mieszkańcy prerii, więc po prostu założyli obóz, taki sam, z jakim wędrowali przez stulecia za stadami bizonów. Ten akurat w miejscu budowy rurociągu.

Wtedy pojawiła się policja Północnej Dakoty. Z pojazdami pancernymi, snajperami i całą resztą sprzętu zmilitaryzowanej policji. To są obecne standardy w USA, więc nic szczególnie dziwnego. 
Protest trwa od miesięcy, główne media go starannie ignorują, lub powielają oświadczenia policji. W sumie też jak zwykle.

Niedawno zaczęły się dziać rzeczy sugerujące, że może jednak jesteśmy już w 21 wieku i może przynajmniej częściowo amerykański system działa lepiej niż demokracja w stylu radzieckim.
Po pierwsze: internet przełamuje blokadę informacyjną. Jeśli dzieje się coś naprawdę ważnego i kompletnie ignorowanego przez oficjalne media, to mimo wszystko ma szanse przebić się do opinii publicznej. 
Drugim elementem było pojawienie się z poparciem na terenie obozowiska, a następnie zorganizowanie demonstracji przed Białym Domem przez senatora Bernigo Sandersa. Czyli człowieka, który potrafił porwać tłumy i który, gdyby nie machloje urządzane przez oficjeli Partii Demokratycznej, zapewne byłby dziś prezydentem-elektem.
To włączyło sprawę do zainteresowania opinii publicznej. Choć jeszcze nie mediów. Te nie interesują się nadal. 

Wtedy zmilitaryzowana policja postanowiła pokazać kto tu rządzi i spacyfikować część Indian. Użyto do tego dział dźwiękowych, gumowych kul, granatów ogłuszających, czyli normalnego zakresu przeciw cywilom. Ale z jednym przesadzili- przy całkiem sporym mrozie użycie armatek wodnych to już było barbarzyństwo. 
O którym w normalnych warunkach nikt by się nie dowiedział, bo to tylko Indianie i żadne media nie są zainteresowane. Ale internet i wcześniejsze nagłośnienie sprawy trochę zmieniły. Co najmniej kilkaset tysięcy, a raczej miliony ludzi wiedziało co to za sprawa i zobaczyło nagrania z interwencji policji. 

Za to niejaki Wes Clark jr, syn generała Wesleya Clarka, rozpoczął zupełnie nową rzecz. Mianowicie wpadł na pomysł ściągnięcia weteranów, byłych żołnierzy, na sam protest. Nie do końca w celu stania w tłumie, ani z drugiej strony żadnej zmilitaryzowanej formacji.
Idea polega na tym, że ludzie, którzy przyzwyczajeni do ryzykowania życia pojawią się jako zwarta formacja, ale całkowicie nieuzbrojona. Po prostu żywe tarcze. I to już nie będą jacyś Siuxowie, zwyczajni podludzie, tylko koledzy z wojska tych, którzy stoją po drugiej  stronie. Bo oczywiście policja, zwłaszcza zmilitaryzowane oddziały, składa się w sporej części z byłych żołnierzy.
Pomysł to pomysł, ale odzew był zaskakujący, nawet dla samych organizatorów. Najpierw założyli oni dwa konta dla zbierania pieniędzy, jedno na koszty sprzętu i transportu, drugie na koszty prawne, czyli grzywien, kaucji i obrońców. Bardzo szybko pojawiły się wpłaty, a co więcej, śmiesznej wielkości wpłatami uzbierały się setki tysięcy dolarów. A także pojawili się ochotnicy. W niespodziewanej ilości. Plan polegał na tym, że kilkudziesięciu weteranów pojawi się na kilka dni, pokaże swoją solidarność, wystawi się na pierwszej linii na potencjalny atak policji, a następnie proza życia nakaże większości z tych ludzi wyjechać. Jako, że Corps of Engineers wysłał wezwanie do opuszczenia terenu do 5 grudnia, to Wes Clark zaplanował zebrać weteranów na 4 grudnia. 
W skrócie- zgłosiło się wystarczająco, aby zorganizować brygadę według wojskowego wzoru, razem ze służbą medyczną, etc. A że na miejscy niespecjalnie jest możliwość i potrzeba obecności więcej niż tysiąca osób na raz, to wygląda na to, że obecność weteranów będzie raczej długotrwała. Stawiałbym na to, że po prostu permanentna, do końca protestu.

Ktoś się zapyta- OK, tysiąc czy ileś tam osób, byłych żołnierzy, wybiera się na kompletny koniec świata, posiedzieć parę dni w obozie indiańskim. I co z tego?
Otóż to, jaki był entuzjazm wśród tych ludzi. A dokładniej- kim są. Są to obywatele USA, którzy chcieli służyć krajowi i zaciągnęli się do wojska. Zazwyczaj ambitni ludzie z najbiedniejszych rodzin i dzielnic, dla których armia jest jedynym sposobem wyrwania się z rasistowskiego społeczeństwa. I gdzie wylądowali? Zazwyczaj na wojnie rozpętanej przez prezydenta- idiotę w interesie swoich kolegów- nafciarzy. W trakcie takiej służby, ci którym zależało na kraju i społeczeństwie, cóż, wykonywali rozkazy, ale chcieli i woleliby robić coś, walczyć, w imieniu i dla narodu, o poprawę życia, a nie dla koncernów naftowych. 
I dziś zostali wezwani. Aby stanąć bez broni, ryzykować zdrowie (choć raczej nie życie) przeciwko tym samym koncernom naftowym, w obronie wody i współobywateli. Patrząc z tego punktu widzenia- entuzjazm jest zrozumiały. Informacja i dłuższe teksty przeleciały przez chyba wszystkie media sprofilowane pod opuszczających armię.

Kolejną ciekawostką w tym konflikcie jest kilka następnych rzeczy. Dakota Północna to jest miejsce gdzie nie ma nic. Oprócz złóż ropy, które w ostatnich latach stały się możliwe do masowej eksploatacji, dzięki nowym metodom frakingu. Po to jest potrzebny rurociąg. Swoją drogą, ropa jest dziś transportowana pociągami i ciężarówkami, ale gaz ziemny- nie. Jest zwyczajnie spalany we flarach i nikt nie ma zamiaru go pożytecznie używać, czy transportować gdziekolwiek. Zapewne, gdyby ten rurociąg miał służyć go transportu gazu ziemnego, sprzeciw byłby znacznie słabszy. Nie mieliby specjalnego powodu do protestu nawet radykalni ekologowie, bo po dostarczeniu do sieci, gaz byłby użyty zamiast węgla. Gaz nie jest aż tak wielkim ryzykiem dla wody i ekosystemu. 

Nie ma nic, więc i budżet stanu nie jest za duży i siły policji też nie. Utrzymywanie nawet kilkudziesięciu policjantów ze sprzętem w środku niczego przez miesiące już nadwyrężyło budżet stanu, bo na samo utrzymanie policji w miejscu budowy poszło jż 15 mln dolarów. Co rozwiązano na dwa sposoby- emitując obligacje, które bez problemów znalazły nabywców oraz korzystając z systemu do wzywania wsparcia z innych regionów. System ten służy do koordynacji pomocy przy klęskach żywiołowych, ale w oczach gubernatora Siuxowie na budowie rurociągu najwyraźniej się na to kwalifikują. 

Jak zwykle w takich sytuacjach szeryfowie z okolicznych hrabstw wysłali kogo mogli. Wtedy zaczęło się dziać śmiesznie, bo otrzymywali spore ilości mail, czy telefonów z opisami i filmami z opisem i wyglądem spraw pod Standing Rock.  Szeryf z Gallatin County w Montanie także wysłał wsparcie i po doinformowaniu się w sytuacji zwyczajnie zawrócił swoich podwładnych z drogi. Siły z innych hrabstw były wycofywane przed czasem, albo zupełnie odwrotnie, stanowiły aktywne wsparcie z pełnym obrazem sytuacji. Jak np. w Minneapolis, gdzie po wysłaniu sił gubernator otwartym tekstem potępiała działania szeryfa. Co przekłada kryzys na politykę wewnętrzną innych stanów.

Najważniejsza w tym wszystkim jest dynamika kryzysu. Corps of Engineers już wydał oświadczenie, że nie ma zamiaru usuwać protestujących siłą. Gubernator był po tym tyleż zabawny, co bezczelny. Wydał nakaz ewakuacji (tylko takie narzędzie prawne mu pozostało) z powodu "zagrożenia życia i zdrowia". No tak, mrozy na prerii to nic przyjemnego. Tylko, że jakby tego nie zauważał, gdy podległe mu siły polewały wodą ludzi na mrozie. Może pod wpływem tych wydarzeń nabrał wrażliwości.

Sytuacja jest taka, że dla dalszej budowy albo gubernator, albo prezydent będzie musiał po prostu wydać rozkaz szturmu na obóz i chroniąca go brygadę weteranów. 
Obecny prezydent takiego rozkazu nie wyda. Unika całej sprawy i umywa ręce, ale na pewno nie wyda rozkazu użycia siły w interesie nafciarzy.
Gubernator to inna sprawa. Zrobiłby to bardzo chętnie, ale zaczyna być za słaby i czas działa na jego niekorzyść, choć zapewne liczył, że zima sama załatwi sprawę. 

Nie załatwi. Ostatnią faktycznie istniejącą możliwością jest prezydent Trump. Jeśli protestujący dotrwają do 20 stycznia, to zapewne zobaczą Gwardię Republikańską. Znów- ich byłych kolegów z wojska, z rozkazem prezydenta.

A wiecie co jest najlepsze? Donald Trump jest udziałowcem w tym rurociągu.

I reakcja społeczeństwa USA na użycie siły przez prezydenta w obronie jego własnej inwestycji, przeciwko pokojowym protestującym będzie prawdziwym testem tego, jak źle jest. A może jak dobrze?

Oczywiście jest też teoretyczna możliwość, że Obama zauważy jakiś problem i po prostu cofnie zgodę na budowę przepustu pod rzeką, co Corps of Engineers jak najbardziej mogą zrobić. Nie raz pokazał, że przy odpowiedniej ilości hałasu robi to czego oczekują dowolni protestujący.

P.S.

Zaledwie chwilę po opublikowaniu, życie dopisało następny rozdział. Jednak decyzją prezydenta Obamy, CoE zawiesiło zgodę na przepust pod Missouri i przeprowadzi analizę zagrożeń dla środowiska. Co potrwa co najmniej kilka miesięcy, upłynie czas na który został wynajęty sprzęt do budowy rurociągu i jeśli zostanie zbudowany, to dużo wyższym kosztem. Choć wtedy zapewne rozpocznie się dalsza część blokady.

P.P.S.

Z punktu widzenia klimatu może się wydawać, że transport ropy rurociągiem jest lepszy niż ciężarówkami. Oczywiście, że jest. Ale problemem nie jest transport. Ta ropa, skoro została wydobyta i tak zostanie gdzieś spalona, co za różnica gdzie. Problem polega na tym, że powinniśmy my wszyscy, jako ludzkość, całkowicie zakończyć wszystkie inwestycje w paliwa kopalne, na każdym szczeblu. Jeśli kapitał i polityce tego nie rozumieją, to dobrze by było, aby rozumieli to przynajmniej ludzie. Nie tylko brak nowego rurociągu, ale też nie zbudowanie kolejnej stacji benzynowej, a nawet zaprzestanie budowy wagonów do transportu węgla sprawia, że cała ta niszcząca naszą planetę infrastruktura staje się mniej wydajna oraz pozostaje więcej kapitału na potrzebne inwestycje.

Trzy problemy

Świat ma dziś tak naprawdę trzy problemy, wzajemnie ze sobą połączone i w rożnych natężeniach i proporcjach występujące prawie wszędzie. I własnie one powinny definiować dzisiejszą politykę.

Pierwszy, najpoważniejszy i dotyczący wszystkich problem to zmiany klimatu. Każdy jeden mieszkaniec naszej planety dostanie w kość. Działając indywidualnie nie zrobimy dużo, za to jeśli byśmy potrafili współdziałać wszyscy razem, jesteśmy całkowicie w stanie ograniczyć zakres problemów. Problemy już są, będą coraz większe. Za milionem Syryjczyków zaraz do europejskich drzwi zastuka dziesięć milionów Turków kiedy pustynia dotrze i tam. Wtedy będzie mniej śmiesznie. Ceny żywności wzrosną, jej jakość spadnie i poziom problemów zdrowotnych spowodowanych śmieciową żywnością będzie rósł. Malaria i denga w nowych miejscach,  regularne susze lub nienaturalnie mroźne zimy (tak!), itd., itp.. Zapłaci każdy, ograniczyć problem możemy jedynie razem. Każdy, kto mając władzę działania w celu ograniczenia degradacji klimatu blokuje, sabotuje lub nawet tylko spowalnia, niezależnie czy z powodu prywaty czy ignorancji jest po  prostu antyludzką, antycywilizacyjną gnidą i określenie to uważam za dość łagodne.

Drugi problem to są czyste zagrożenia dla bezpieczeństwa, których ośrodkiem w największym stopniu są agresywne dyktatury. Niektórzy z dyktatorów są zagrożeniem tylko dla własnego społeczeństwa, inni także dla sąsiednich krajów, a nawet całej ludzkości. Takie kraje praktycznie zawsze generują chaos w swoim otoczeniu, a często również dezinformację co do stanu swojego państwa i zamiarów. Dopóki chodzi o Wenezuelę, gdzie rząd pomógł rozkraść i przejeść bogactwo naftowe to jeszcze pół biedy. Ale kiedy zaczynamy mówić o Rosji, to sprawa wygląda zupełnie inaczej. Rosja jest krajem, który odziedziczył mnóstwo sprzętu wojskowego, ma całkiem sporą populację i dochody z ropy. To jeszcze nie czyni go zagrożeniem dla świata. Zagrożenie stanowi dopiero w połączeniu z nieudolnością władzy i rozbiciem społeczeństwa w państwach z nią sąsiadujących. Każdy, kto nie rozumie podstawowych mechanizmów tego zagrożenia i albo histeryzuje, albo bagatelizuje, albo jest tak głupi, że pomaga w sianiu chaosu i rozbijaniu społeczeństwa powinien zniknąć z życia publicznego, polityki i mediów. Natychmiast.

Trzecia sprawa to nierówności społeczne. Zapewne nigdy nie było kompletnie egalitarnego społeczeństwa i zapewne nigdy nie będzie. Jakiś poziom nierówności wspólnocie nie szkodzi. Nawet duże nierówności majątkowe też mogą nie być problemem. Problemem są duże nierówności dochodów. Luksusowa konsumpcja w społeczeństwie, w którym każdy ma możliwość bezpiecznego funkcjonowania w ciepłym domu, normalnego wychowania dzieci i życia bez troski o jutrzejszą zawartość lodówki nie jest problemem. Luksusowa konsumpcja w społeczeństwie ludzi walczących co dzień o zwyczajne, biologiczne przetrwanie jest przepisem na problemy. Najpierw dla miłośników kawioru, oczywiście. Czasem się okazuje, że to właśnie oni byli problemem i dalej jest w miarę OK. Częściej jednak prawdziwe problemy dla wszystkich dopiero się zaczynają. I po co w ogóle zaczynać ten cykl? Nie lepiej mieć normalne społeczeństwo w którym nie ma głodnych? Bo dziś nie musi ich być. A przede wszystkim współczesna technologia pozwala każdemu spokojnie pracować i mieć czas na swój rozwój, rozrywki i samorealizację. Albo na rozumienie spraw państwowych. 

To są poważne sprawy. Takie, które mogą zniszczyć życie nasze i następnych pokoleń. Lub w skrajnym przypadku, tych następnych pokoleń może nie być. Wszystkie inne sprawy są drugorzędne. 

To jest po prostu lista minimalnych wymagań, jakie musza spełniać dziś członkowie elit państwowych i społecznych, aby społeczeństwu i państwu wróżyć pozytywną przyszłość. We właściwie wszystkich pozostałych sprawach można mieć stanowisko takie lub inne, niezależnie od emocji, czy interesów jakiś grup. 

Władza, która nie realizuje działań we wszystkich z tych punktów się do niczego nie nadaje. Po prostu skutki takich rządów będą złe. W ten czy inny sposób będą prowadzić do chaosu i zmniejszenia efektywności państwa. 

Drobny problem dzisiejszego świata polega na tym, że ludzi rozumiejących tę podstawową listę jest niewielu. Oraz, jeszcze większy problem polega na tym, że krótkoterminowe zyski wielkiego kapitału mają najczęściej dokładnie odwrotne interesy. Wydobycie i spalanie paliw kopalnych, dojenie obywateli aż do granicy nędzy i współpraca z możliwe skorumpowanymi reżimami. 

Nawet jeśli ktoś ma tak mały rozumek, aby utożsamiać interes swój i społeczności z wielkim, oportunistycznym kapitałem, to w żadnym przypadku taka osoba nie powinna decydować o losie społeczeństw. A jeśli społeczeństwo jest zorganizowane w taki sposób, że nikt inny nie może o nim decydować? Bo wśród elit nie ma ludzi wystarczającej przyzwoitości i wiedzy? Cóż. To jest pewien problem....

Niestety, lista państw rządzonych przez polityków rozumiejących te trzy problemy jest dość krótka. Ale istnienie elit je rozumiejących można bardzo łatwo zidentyfikować po tym, że są to państwa radzące sobie zdecydowanie lepiej niż ich najbliższe otoczenie. 

I pamiętajmy o jednym- zarówno te problemy są powiązane, jak też określone działania mogą rozwiązywać wszystkie z tych problemów naraz. Elektryczny transport zasilany energią odnawialną nie tylko załatwia sprawę emisji CO2, ale też nadmiaru władzy wielkich koncernów oraz funduszy na zbrojenia dyktatur. Zmiana gospodarki może i powinna odbywać się z wykorzystaniem kapitałów klasy średniej, która dzięki inwestycjom w energetykę wiatrową i słoneczną może zwiększać swą samodzielność finansową.

Chodzi mi też o to, że pozostałe sprawy, te drugorzędne, nie zawsze są tymi, które można pominąć, odpuścić. Mogą być i często są ważnymi dla poszczególnych ludzi czy grup społecznych. Ale dla cywilizacji, nas wszystkich, sukcesu, czy wręcz przetrwania nie mają żadnego znaczenia. 
Ludzie, którzy nie widzą tych rzeczy, nie kierują się tymi trzema punktami w ogóle nie powinni zajmować się sprawami publicznymi. Brak rozumienia kwestii klimatycznych i ich konsekwencji, zagrożeń geopolitycznych i wynikających z nadmiernych nierówności społecznych po prostu dyskwalifikuje polityków, publicystów i wszystkie osoby usiłujące kierować dyskusją publiczną. 
Trochę głupio wychodzi, że w wielu krajach świata, a już prawie wszystkich postkomunistycznych, po takiej dyskwalifikacji nie bardzo zostaje ktokolwiek. Ale cóż- to właśnie jest poziom elit. I takie są i będą efekty ich rządów.







Z okazji Dnia Niepodległości


Cele polityki zagranicznej nowej administracji USA są zupełnie jasne. Jest m.in. to maksymalne napchanie kieszeni oligarchów naftowych. Nie zostało to sformułowane w ten sposób, ale dokładnie to jest cel. Oczywiście bankowych i pozostałych też, o czym świadczą prawdopodobne nominacje.

Aby to osiągnąć należy  załatwić dwie sprawy- jak najbardziej ułatwić wydobycie w USA i każdym innym miejscu pozwalającym transferować zyski do amerykańskich koncernów oraz spowodować podwyższenie i utrzymanie wysokich cen ropy. To wszystko. Reszta jest lipą dla utrzymania władzy. Ale ta lipa będzie mieć kształt klasycznego faszyzmu. Budowa infrastruktury finansowana długiem, służąca wyłącznie prywatnemu interesowi lub nie służąca niczemu i nikomu. Raczej to pierwsze, bo już w zapowiedziach pojawia się Partnerstwo Publiczno- Prywatne. To taka ładna nazwa dla budowania prywatnej infrastruktury za państwowe pieniądze. Oczywiście to będzie oznaczać jakiś ruch w biznesie, jakieś nawet względnie przyzwoitych miejsc pracy. Nic, co może mieć znaczenie w przyszłości, ale coś co może mieć znaczenie w wyborach w 2020 roku. A to jest ważne, bo 4 lata polityki Trumpa świat jakoś przeżyje. 8 to może być za dużo. 

Sytuacja na światowym rynku ropy wygląda tak, że jest nadprodukcja. Więcej wydobycia niż klientów, nikt nie chce dobrowolnie obniżyć wydobycia, OPEC nie potrafi się porozumieć. Do tego nałożyło się zdjęcie sankcji z Iranu i szybko zwiększająca się tam produkcja. 

Aby doprowadzić z powrotem do cen w okolicach 100 USD za baryłkę trzeba poczekać na wzrost światowego zużycia i nie zwiększać wydobycia aż rozładuje się glut. Zapewne i tak by się to stało za 2-3 lata i ceny ropy zaczęłyby nieco rosnąć.

Druga możliwość to pomóc tym zjawiskom. A jeśli jednocześnie chce się zwiększać wydobycie, to trzeba im bardzo pomóc.

W wersji pokojowej oznacza nagły i szybki wzrost ilości pojazdów spalinowych i ich zużycia paliwa. Na dziś jest to raczej nierealne, teoretycznie możliwe jedynie w Chinach, które właśnie rozpoczynają zakrojony na chińską skalę plan zastępowania pojazdów spalinowych elektrycznymi. Zanim będzie działać na pełną skalę zużycie paliw płynnych będzie rosnąć, więc i tak pewnie lata 2019-20 będą i byłyby w każdym przebiegu wydarzeń czasem drogiej ropy, ale to na zasadzie łagodnego wzrostu i relatywnie krótkotrwałego odbicia. 

Ale "making America great again" oznacza dominację USA na rynku nafty tu i teraz, a nie średnie ceny za 2 lata.
Aby to osiągnąć, potrzebne są inne metody.
A konkretnie eliminacja części produkcji i/lub dostaw na rynek międzynarodowy z jednej strony, oraz zwiększenie popytu z drugiej.
To pierwsze można osiągnąć przez: sankcje dla Iranu lub innego państwa naftowego. Zbombardowanie pól naftowych i destabilizacja dowolnego państwa naftowego. 
Na to drugie jest sprawdzona metoda- wojna. A jak jeszcze doprowadzi do sankcji wobec państwa naftowego to jeszcze lepiej. Nawet zostało wprost wskazane, że chodzi o zerwanie porozumienia z Iranem i sankcje wobec Arabii Saudyjskiej.

Choć wcale nie jest wykluczona, a nawet bardzo prawdopodobne, że wobec wprost wyrażonej groźby ataku militarnego zarówno KSA, Iran, jak też inne państwa Zatoki natychmiast zgodzą się na ograniczenie wydobycia. I to bardzo poważne.

A teraz druga, ale powiązana sprawa związana z nowym rządem USA. Pierwszą linią obrony Polski jest Ukraina i państwa bałtyckie. Jeśli one będą bezpieczne i niepodległe, Polsce nic nie grozi. Ukraina na razie się broni, ale jeśli ceny ropy wzrosną powyżej 100 USD za baryłkę, to relacja sił pomiędzy Ukrainą i Rosją będzie zupełnie inna. I albo obecny rząd się załamie, społeczeństwo popadnie w marazm i wróci do wybierania prorosyjskich złodziei, tak jak to się stało w Gruzji albo po prostu nastąpi inwazja w pełnej skali, bo Rosja będzie bezkarna. 

Dla Polski jest to pierwsza linia obrony. Która zależy nie tylko od siły militarnej, ale też od dyplomacji. Pierwsze w obecnych warunkach ma dużo wspólnego z ceną ropy. Dyplomacja to oczywiście realne gwarancje bezpieczeństwa dla państw bałtyckich i sekowanie, usuwanie ze wspólnoty międzynarodowej każdego, kto w ogóle odważy się kwestionować ich niepodległość. Bo Polska jest następna w kolejności. Kto dziś kwestionuje prawo do istnienia Litwy, Łotwy czy Estonii jednocześnie niszczy pierwszą linie obrony Polski. Obowiązkiem każdego polskiego patrioty jest takie osoby wskazywać i w miarę swoich możliwości zwalczać. Szumne słowa, ale mówimy już wprost o niepodległości



A teraz cytacik:  “Estonia is in the suburbs of St. Petersburg. The Russians aren’t gonna necessarily come across the border militarily. The Russians are gonna do what they did in Ukraine,” he said. “I’m not sure I would risk a nuclear war over some place which is the suburbs of St. Petersburg. I think we have to think about what does this stuff mean.”
Estonie to przedmieścia St. Petersurga. Rosjanie niekoniecznie przekroczą granicę zbrojnie. Zrobią to, co zrobili na Ukrainie. Raczej nie będziemy będziemy ryzykować wojny nuklearnej o jakieś miejsce na przedmieściach St. Petersburga. Myślę, że powinniśmy jeszcze się zastanowić jakie to wszystko ma znaczenie."
To jest podważanie niepodległości Estonii dokładnie i wprost. Zielone światło dla Rosji. Likwidacja pierwszej linii obrony polskiej niepodległości.
Autorem tych słów jest Newt Gingrich, przyszły Sekretarz Stanu (Minister Spraw Zagranicznych) USA. Kurtyna.


Mamy praktyczną pewność bardzo aktywnej polityki USA dla zrobienia wszystkiego, aby w budżecie Rosji były duże pieniądze oraz zdjęcie gwarancji militarnych USA wobec naszych kluczowych sojuszników i kwestionowanie ich niepodległości. 
Czy może być gorzej? Na dziś chyba nie. Jutro- tak. 

Nie ma złych wiadomości.

Po wyborach w USA nie ma złych wiadomości. Serio. Żadna z konkluzji powyborczych nie jest zła. 

Najpierw mamy dobrą wiadomość- Hilary Clinton nie wygrała wyborów. Nikt jej nie lubi, jest w pewnym sensie uosobieniem establishmentu, którego wszyscy mają dość. OK. Gdyby wygrała, nadal by nikt jej nie lubił, ale były drobne szanse na to, że prowadziłaby dobra politykę i bardzo duże prawdopodobieństwo, że przeciętnie- złą, typową dla elit politycznych USA. Nie będzie prezydentem, więc istnieje nawet szansa, że Demokraci w kolejnych wyborach będą wystawiać kandydatów akceptowalnych dla społeczeństwa. 

Druga wiadomość, bardzo niepokojąca jest taka, że prezydentem USA zostanie Donald Trump. Gwiazda tanich programów rozrywkowych bez żadnego doświadczenia politycznego i oprócz rasizmu, nieznanych poglądów. Bardzo niepokojące, ale to jeszcze nie jest zła wiadomość.

Następna wiadomość jest tak, że mniej- więcej wiadomo, kto będzie członkiem Gabinetu (czyli na nasze- mamy giełdę kandydatów na ministrów). Nazwiska, czyli polityka i poglądy tych ludzi którzy się tam pojawiają nie są złe. 
Są absolutnie, cholernie, czachorozwalająco przerażające.

Aby to zrozumieć, trzeba na chwilę spojrzeć na gospodarkę USA. 

Na dziś większość tej gospodarki to jest konsumpcja, której w miarę wysoki poziom jest podtrzymywany przez deficyt rządu federalnego. Ale bez realnej gospodarki to wszystko nie mogłoby zbyt długo działać. I ta realna gospodarka jest. Składa się na nią kilka sektorów:
1. Zbrojeniówka. Nie mam tu na myśli krajowych zakupów w USA, tylko eksport. Te produkty generalnie są podobnej jakości jak inne zachodnie, albo niższej, a prawie zawsze droższe. Gospodarka pracuje i zarabia, ale daleko tam do prawdziwej wiedzy i innowacyjności, a sprzedaż i napływ pieniędzy ma związek głównie z potęgą polityczną i militarną samych Stanów Zjednoczonych.
2. Rolnictwo. Wydajne, oparte na olbrzymim zużyciu chemii i degradacji gleb, produkujące głównie produkty masowe typu soja i zboża. Konkuruje na rynkach światowych.
3. Rolnictwo w Kalifornii i mniejszym stopniu na Florydzie-  wyspecjalizowane niszowe produkty o dużej wartości dodanej, oparte na technologii oraz nisko płatnej pracy imigrantów. 
4. Przemysł naftowy i petrochemiczny. Skoncentrowany w Teksasie. Nawet nie tyle samo wydobycie, co wszystkie światowej klasy firmy usługowe, badania i rozwój, etc. Oraz produkcja, w tym eksportowa mnóstwa różnych wyrobów petrochemicznych.
4. Przemysł przetwórczy- skoncentrowany w Rust Belt oraz Południu- niskie technologicznie montownie i wytwórnie, prawie w całości na rynek wewnętrzny, głównie motoryzacyjne. Niskie pensje, niekonkurencyjne koszty i jakość. Niezbyt duża ilość działów projektowych i rozwojowych Forda i GM. 
5. Przemysł lotniczy i kosmiczny- zarówno na rynek krajowy, jak też poważny przemysł eksportowy. Skoncentrowany na Zachodnim Wybrzeżu. Wysokie pensje, światowa jakość.
6. Przemysł medialny, IT, robotyki, nowoczesnych technologii. Praktycznie w całości skoncentrowany w Kalifornii, zależny od otwartego światowego rynku, zależny od dobrej jakości edukacji i/lub łatwej imigracji inżynierów
7. Przemysł finansowy. Skoncentrowany w Nowym Jorku, gdzie obsługuje lokalny rynek oraz banksterskie manipulacje dookoła świata oraz w Kalifornii, gdzie jest częścią wyspecjalizowanej infrastruktury finansowania nowych przedsięwzięć technologicznych i medialnych. Te dwie grupy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Po co to wyliczenie?

Otóż postawmy granicę na górach Sierra Nevada, czy trochę na wschód od nich, na granicy pustyni. Na zachód od tej granicy jest przede wszystkim Kalifornia, poza tym Waszyngton, Oregon, Hawaje i Alaska i zależy jak ustalimy, również kawałek Newady i Nowego Meksyku. 
Na wschód od tej linii mamy wyłącznie montownie dla lokalnej konsumpcji, przemysł obsługujący potrzeby imperialne (zbrojeniówka i banksterka) oraz surowce z niewielkim dodatkiem usług naftowych.
Na zachód od tej linii mamy praktycznie całość eksportowego przemysłu USA. Drogi czytelniku- co ostatnio widziałeś amerykańskiej produkcji? Na przykład w tej chwili czytasz bloga, którego operatorem jest Google. Jeśli leciałeś samolotem, to możliwe że Boeingiem. Jeśli oglądałeś wysokobudżetowy film- zapewne z Hollywood. Ale kontakt z rzeczami produkowanym na wschód od gór mogłeś mieć jeśli jadłeś parówki 100% mięsa i soja akurat była z USA. Równie dobrze mogła być z Brazylii.
Poprzemysłowa ruina większość USA opiera się na taniej pracy, obniżaniu kosztów, eksporcie surowców i manipulacjach walutowych. Zachód to jest maszyna do rozwoju technologii. Nie potrzebuje niskich podatków, potrzebuje dobrych inżynierów i za to chętnie płaci. Trzeba przypomnieć, że Krzemowa Dolina to nie tylko software. To cały system uruchamiania i finansowania przedsięwzięć przesuwających granice technologii. Biochemia, genetyka, robotyka i wszystkie inne dziedziny. Zapewne mało kto zdaje sobie sprawę, że Tesla Motors to nie tylko baterie i silniki elektryczne. To także nowe metody spawalnicze nie stosowane nigdy wcześniej w masowej produkcji. To wszystko wymaga nauki, elastyczności, łatwej wymiany kadr i szybkiego dostępu do kompetentnych technicznie kapitalistów.

Ten podział na część surowcową i przemysłową, eksploatacyjny i technologiczny model gospodarki jest praktycznie niemożliwy do pogodzenia. 
Program i rząd Trumpa jest w czysty sposób pro-oligarchiczny. Ministrem finansów najprawdopodobniej zostanie partner Goldman-Sachs i współpracownik Sorosa. Ministrem spraw wewnętrznych facet, który ze zorganizowanej dyskryminacji rasistowskiej i bezpodstawnych aresztów uczynił znak firmowy i sztandar swojej polityki. 
W takim państwie nie da się prowadzić ani badań, ani podejmować ryzyka potrzebnego na co dzień w Krzemowej Dolinie, ani też ściągać inżynierów z całego świata dla podtrzymania przewagi konkurencyjnej.
Po prostu rząd Trumpa to jest egzystencjalne zagrożenie dla infrastruktury biznesowej Krzemowej Doliny i nawet Hollywood. 

To oznacza, że jedno z nich musi zniknąć. Faszystowski rząd USA oznacza po prostu upadek przemysłu Zachodniego Wybrzeża. Z tych realiów wszyscy sobie w miarę zdają sprawę. W San Francisco Trump uzyskał 10% głosów, a w San Mateo County (obejmującym sporą część Krzemowej Doliny) 19%

Pytanie jakie są możliwości. Pierwsza to taka, że Trump odpuści ze swojej polityki to, co najbardziej uderza w Zachód. Jest to niemożliwe. 
Oprócz IT, gdzie możliwy jest kompromis, polem konfliktu jest energetyka, ogólnie energia i kwestie klimatyczne. Kalifornia już ma duży problem ze zmianami klimatycznymi, promowany przez rząd powrót do energetyki węglowej to nie jest coś możliwego do zaakceptowania przez to społeczeństwo. Ale też rozwój technologii odnawialnych jest skoncentrowany w SV. Rząd Trumpa uderzy w nich bezpośrednio, jak wcześniej Reagan. Tesla Motors i sam Elon Musk będzie musiał stać się wrogiem publicznym. Tak po prostu. SolarCity szkodzi węglowi, a Tesla nafcie.
Deportacja nielegalnych imigrantów, zwłaszcza latynoskich nie oznacza żadnego oddechu dla fabryk Midwestu. Ale za to oznacza prawie wyrok śmierci dla plantacji pistacji, winnic i gajów oliwnych Kalifornii. 

Dla Zachodu na dziś kluczowym problemem jest po prostu powstrzymanie Trumpa. Wszystkimi dostępnymi metodami. Wystarczy sparaliżować jego administrację i jakoś się przeżyje te 4 lata. Osiem lat byłoby kompletną tragedią, prawdopodobnie nie byłoby już czego zbierać.
Sama Krzemowa Dolina mogłaby się stopniowo przenieść, zapewne do Kanady. W rejonie Seattle jest też całkiem solidny ośrodek IT, równie dobrze mógłby rozwinąć się 30 min drogi na północ, już za granicą.

Od politycznej strony patrząc na dziś jest tylko jedna droga. Na teraz zwyczajne przekupstwo części Kongresu aby paraliżować najbardziej faszystowskie idee, a za dwa lata, przy okazji wyborów, pozbawienie Republikanów większość w obu izbach. 
To pierwsze wymaga lobbingu i pieniędzy, które znajdą się bez problemu. Przekupni Republikanie też bez trudu. 
To drugie jest bardziej skomplikowane i znacznie więcej od tego zależy. Po pierwsze, Partia Demokratyczna pod obecnym zarządem skompromitowała się całkowicie. To nie była normalna przegrana, to byłą katastrofa spowodowana przez głupotę, niekompetencję i chciwość ludzi kierujących kampanią Clinton i przez nią samą.

Na dziś obrona zachodu musi polegać na poparciu popularnej platformy wewnątrz Partii Demokratycznej, definitywnym pozbyciu się ludzi Clinton i podobnych oraz odbudowie wiarygodności bazując na kandydatach oferujących bezkompromisowe powstrzymywanie Trumpa oraz rzeczach takich jak ochrona klimatu, powszechna opieka zdrowotna, odcięcie polityki od pieniędzy oligarchów, etc. 
Jeśli dotychczasowa elita Demokratów nie odejdzie dobrowolnie, to progresywiści (jak ten kierunek nazywa się w USA) będą musieli wypromować swoich kandydatów w prawyborach. 

To jest polityka, która na pewno będzie prowadzona. Teraz mamy zasadnicze pytanie- z jakim wynikiem?
Jeśli progresywiści przejmą PD i/lub uzyskają znaczny wpływ wśród członków Kongresu i pokonają większość GOP w obu izbach, to po dwóch ciężkich latach, będą kolejne dwa paraliżowania administracji Trumpa i potem święty spokój. OK, sprawa załatwiona. Dla nas, USA i świata to rzecz o którą każdy wierzący człowiek powinien się co dzień modlić. Niewierzący też, nie zaszkodzi, a może zadziała.

Jeśli Partia Demokratyczna będzie sama opierać się, dzisiejszy zarząd nie poda się do dymisji i/lub nowy będzie z tej samej bajki oraz progresywiści będą przegrywać prawybory wskutek machlojek to będzie problem. Republikanie utrzymają władzę, a demokratycznie kongresmeni będą z gatunku tych, co lubią zawierać najdziwniejsze kompromisy. 

To będzie oznaczało dla Zachodu po prostu brak reprezentacji. Kompletną niemożliwość artykułowania i obrony swoich interesów politycznych i ekonomicznych. Problem, który trzeba jakoś rozwiązać. 
Jednym z rozwiązań, najbardziej prawdopodobnym będzie stopniowa ucieczka całego przemysłu i zapaść ekonomiczna. Drugim, zupełnie możliwym- secesja. Pierwsze objawy spowolnienia gospodarczego na Zachodzie spowodują natychmiastowy resentyment. Dziś adresowany już nie do abstrakcyjnych sił rynkowych, tylko dokładnie pod adresem jednego świra u władzy, popierających go skorumpowanych karierowiczów i fanatyków oraz równie skorumpowanej i nieudolnej opozycji. 
Z takiego punktu wyjścia są dwa- stworzyć własną opozycję, która przynajmniej częściowo ucywilizuje system, albo całkowicie się od niego odłączyć.
To drugie jest radykalne, ale zapewne okaże się bardzo kuszące.
Przez ostatnie 20 lat dysproporcja gospodarcza pomiędzy Kalifornią (czy całym Zachodem) i resztą USA tylko się powiększała. Patrząc na fundamenty gospodarki, sposób organizacji biznesu, etc. to wygląda jak przymusowe połączenie Skandynawii z Brazylią. To nie może na dłuższą metę działać. Albo Brazylia zostanie ucywilizowana, oligarchowie utemperowani, a gospodarka zacznie rozwijać technologię, albo Skandynawia pójdzie swoją drogą.

Jednak nawet secesja, choć jest drugim najlepszym rozwiązaniem, nie załatwi wszystkich problemów. Na wschodzie zostanie fikcyjna gospodarka i trochę surowców oraz dość potężna armia. I ideologia nakazująca siłowe popieranie tego przemysłu surowcowego wszędzie gdzie się da. Dokładna kopia putinowskiej Rosji. Z takim samym syfem, niedostępnością opieki medycznej, infrastrukturą tylko na pokaz, skrajnie agresywną armią i propagandą. Fajnie co?

A już teraz ministrem spraw zagranicznych najprawdopodobniej będzie facet dla którego Estonia to przecież przedmieścia St. Petersburga i nie można oczekiwać, że USA się będzie mieszać w takie rzeczy.

Za to w ograniczenie wydobycia ropy na Bliskim Wschodzie na pewno. Jak? Tak samo jak za Bushów. Obu. Tylko nawet GW to był odpowiedzialny centrowy polityk na tle Trumpa. Będzie tak samo, tylko bardziej. Więcej wojen na bliskim wschodzie to mniej ropy na rynku, to więcej pieniędzy u nafciarzy i w budżecie Rosji. I w końcu będą mogli zająć te swoje przedmieścia. 






Na czym polega problem świata z Trumpem?

Pociągnę jeszcze temat wyborów prezydenckich w USA
Oczywiście prawdziwe są wszystkie argumenty zarzucające mu brak podstawowych kwalifikacji, aby piastować jakkolwiek urząd. Nie ma co ich tu wymieniać, facet jest intelektualnym i moralnym dnem, na jego tle Hilary Clinton wygląda jak wzór przejrzystości w polityce, a George W. Bush jak wizjonerski tytan intelektu.

Ale problemem jest coś zupełnie innego. Są przynajmniej trzy rzeczy, przynajmniej w części zależne od polityki rządu USA i mogą mieć, w razie wystąpienia, poważne konsekwencje dla świata.

Pierwszą z nich jest recesja/depresja/implozja gospodarcza w USA, co już przerabialiśmy nie raz. Wiadomo, że każde takie zdarzenie ma reperkusje dookoła świata, często bardzo poważne. Rok 2008 prawie zniszczył światowy porządek ekonomiczny, następny szok w tej skali nie będzie zabawny.
Jak dotychczas każdy z neoliberalnych Republikanów doprowadził do co najmniej jednej poważnej recesji, więc i tym razem nie będzie inaczej. Różnica polega na tym, że w przypadku Trumpa spory udział w polityce zapewne będzie mieć wiceprezydent Pence. Jako gubernator Indiany wsławił się on wprowadzaniem w życie polityki obniżania podatków jako zachęty dla nowych inwestycji. Co miało oczywisty efekt, ten sam co zawsze. Nowych inwestycji nie było, był za to spadek dochodów budżetowych, ograniczenie inwestycji i wydatków publicznych, co w świetle ogólnie jako- takiej sytuacji nie doprowadziło do recesji, ale gospodarka Indiany jest w najgorszym stanie w swoim regionie. Najwolniejszy wzrost, najgorsza sytuacja budżetu, itp. 
Razem- po wprowadzeniu polityki GOP do rządu i ich własnego budżetu recesja jest pewna. Niepewna jest jej skala, ale nie należy być optymistą. To jednak dotknie głównie USA, świata w nieco mniejszym stopniu, a może się nawet okazać rzeczą pozytywną.

Druga sprawa

Kompletna nieodpowiedzialność, nieprzewidywalność i niekompetencja w polityce zagranicznej połączona z putinofilią oraz pogardą dla wszystkich i wszystkiego z naciskiem na kraje słabsze w polityce zagranicznej. 
To oznacza w swej istocie przyzwolenie na rosyjską agresję w Europie, być może też na Bliskim Wschodzie. Jeśli połączymy to z, coraz bardziej prawdopodobnym, tureckim ekspansjonizmem, oraz w najgorszy  przypadku porozumieniem turecko- rosyjskim, mamy Europę skazaną na poważną wojnę lub appeasement. Każda z tych ewentualności dla Polski jest gdzieś pomiędzy bardzo złą a przerażającą.
Parasol sił zbrojnych USA jest filarem bezpieczeństwa Polski i jedną z niewielu realnych gwarancji niepodległości państw bałtyckich. Jeśli on się skruszy, to na państwach Europy będzie spoczywać obowiązek obrony Litwy, Łotwy i Estonii. Żaden z tych krajów nie jest w stanie samodzielnie obronić się przed żadną poważną inwazją, istnienie sojuszu i bezpieczeństwo Europy, już wtedy przede wszystkim Polski będzie zależeć od tego, jak wszyscy razem poradzą sobie w NATO bez USA. Wybór Trumpa w tym kontekście to spełnienie mokrych snów pokoleń kacapskich imperialistów.
Wielkie zagrożenie, z którym jednak umiejętnie działając można sobie poradzić. Niestety z tym umiejętnym działaniem w Europie jest nieco gorzej. W dziedzinie czysto wojskowej w odpowiedzialny sposób zachowuje się rząd Polski, tworząc obronę terytorialną na najbardziej zagrożonym terenie oraz Estonii obecnie już rozdając członkom dawno istniejącej obrony terytorialnej broń i amunicję w celu przechowywania w ukryciu. To już wygląda jak działanie w Panic Mode, ale w perspektywie wyborów wygląda na całkowicie uzasadnione.

Problem trzeci

Emisja CO2. Tu mamy tak naprawdę jedną z poważniejszych spraw, na które na szczęście Republikanie nie będą mieć aż tak wielkiego wpływu.
Optymistyczna informacja jest taka, że gospodarka USA bardzo się zmieniła przez ostatnie lata. Zużycie węgla jest w bardzo szybkim zaniku, zastąpione w sporej części gazem, ale z wyraźnym i błyskawicznie zwiększającym się udziałem wiatru i słońca. Problem i to niemały polega na tym, że jeśli my i następne pokolenia mają pozostać na Ziemi w stanie nadającym się do częściowego zamieszkania, to takie tempo redukcji emisji USA muszą utrzymać. Europa na razie zwolniła, hamowana w częsci przez lobby niemieckiego wielkiego przemysłu, a w całkiem sporej przez polskie lobby węglowe. Chiny naprawdę robią wszystko co jest możliwe w ich sytuacji, a jest możliwe sporo.
Jednak bez poważnego współdziałania ze strony USA jest mała szansa na zmieszczenie się gdzieś w okolicach wzrostu temperatury o 2 st. C, czyli jeszcze tylko poważnego ryzyka dla środowiska i cywilizacji, a nie gwarancji załamania. Tą mała szansą jest utrzymanie poważnego podejścia do problemu przez Chiny (bardzo prawdopodobne), powrót do odpowiedzialnej polityki przez Europę (dość prawdopodobne po ewentualnej marginalizacji Polski) oraz jednocześnie poważne, głębokie i trwałe załamanie gospodarcze USA, skutkujące istotny spadkiem konsumpcji energii i emisji CO2. Jak wspomniałem wyżej Republikanie, zwłaszcza tak radykalni gospodarczo jak Pence załamanie właściwie gwarantują. Pozostaje pytanie o jego trwałość. Razem z potencjalnym załamaniem i spadkiem konsumpcji w USA przyjdzie eksport ropy i trwała zapaść gospodarcza krajów naftowych, co jeszcze zmniejszy światową emisję CO2.
Znacznie lepiej by było załatwić tę sprawę normalnie, zwłaszcza, że to jest optymistyczny scenariusz. Pesymistyczny polega na powtórzeniu polityki Reagana i G.W.Busha, czyli administracyjnym zabiciu każdego przemysłu, który mógłby konkurować z górnictwem węglowym i naftowym, a jednocześnie wywołaniu tylko małego kryzysu i recesji skoncentrowanej w energetyce odnawialnej i transporcie elektrycznym. 
To jest scenariusz klimatycznego zderzenia ze ścianą. Chyba, ze wydarzy się cud i reszta świata weźmie odpowiedzialność za zaniechania i szaleństwa USA. Hahaha....

Poważni ludzie nie śpią i, niezależnie od relatywnie niewielkiego prawdopodobieństwa zdarzenia, po prostu przygotowują się na najgorsze. Estoński rząd rozdaje karabiny szturmowe, Tesla robi zapasy kapitału jak na najgorsze czasy. Miło, że wyjątkowo wśród zapobiegliwych można umieścić kawałek polskiego rządu.
Choć oczywiście kwestia energetyki oraz polityki europejskiej poziomem rozsądku i ogarnięcia przypomina Trumpa. Co w sumie może wyjaśniać miłość polskich prawicowych mediów do niego,  bo racjonalnych wyjaśnień raczej brak.


Co będzie po wyborach w USA?

Donald Trump, po "oszałamiającym" występie w czasie ostatniej już debaty kandydatów szybko znika w odmętach historii wraz z szumem wiru w sedesie, którego to szumu merytoryczna zawartość niezwykle przypomina jego wypowiedzi.

Facet za co się wziął, przez całe swoje życie, to doprowadził do żenującego dna i katastrofy. Co w przypadku biznesu było bardzo złą wiadomością dla jego współpracowników i usługodawców. W polityce w sumie też. Ale patrząc na klasę i wiedzę o świecie jego współpracowników, akurat tu jego normalny performance jest bardzo, bardzo dobrą wiadomością dla świata.

Wygląda na to, że Trump nie tylko przegra wybory. Możliwa jest przegrana w skali nieznanej w najnowszej historii starć kandydatów głównych partii. Co prawda do tego brakuje jeszcze kliku procent, ale nie zapominajmy, że jego konkurentką jest osoba najbardziej niepopularna w historii kandydatur Partii Demokratycznej. Przegrać w takim stylu- to naprawdę wymaga kogoś kto ma tak nierówno pod sufitem jak Trump.
Ale nie ma co się znęcać. Jest to łajza, która spapra wszystko za co się weźmie i na tym można zakończyć. 
Ciekawsze, jak zawsze są pozostałe konsekwencje. Na przykład to, że dziś spornym stanem stała się Georgia, która od zawsze była stanem czysto republikańskim. Jedynie Bill Clinton, który sam był południowcem tam wygrał. Co dla wyniku i tak nie ma większego znaczenia.
Za to znacznie, znacznie ważniejsze jest to, że Trump ciągnie całą Partię Republikańską w dół. Na dziś ma to ten skutek, że kontrola nad Senatem prawie na pewno przejdzie w ręce Demokratów. Podział wyniesie co najmniej 50-50, gdzie decyduje głos wiceprezydenta, aż do 54-46, zależnie od dalszej dynamiki kampanii.
Na dziś Izba Reprezentantów wygląda jakby miała pozostać w rękach Republikanów i z jakakolwiek na wpół kompetentną kampanią tak powinno być. Ale w końcu jako główna twarz tej kampanii występuje facet, który potrafił zbankrutować kasyno. I patrząc na dynamikę, ja oceniam całkowicie Demokratyczny Kongres jak rzecz mieszczącą się w granicach prawdopodobieństwa.

A to już będzie naprawdę spora sprawa. Jedna partia w Białym Domu i Kongresie oznacza możliwość wprowadzenia zmian w działaniu państwa. Zwykle taka przewaga w początkach pierwszej kadencji prezydenckiej nie dawała aż takich dużych możliwości, bo nowy lokator Białego Domu, nawet z długoletnim doświadczeniem politycznym najpierw musiał odnaleźć się w nowej roli i nowym zestawem kompromisów i układów do zawarcia.
Hilary Clinton będzie mieć ten problem w najmniejszym stopniu w historii. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby prezydentem wybranym na pierwszą kadencję została osoba, która już była lokatorem Białego Domu i to przez osiem lat, do tego kolejne lata kluczowym członkiem rządu.
To oznacza, że Clinton będzie potrafiła od pierwszego dnia być wdrożona w większość pracy prezydenta, w sprawach polityki zagranicznej właściwie bez okresu prób idealistycznej a nierealnej polityki. Co przecież całkiem sporo kosztowało świat, w tym Polskę na początku kadencji Obamy.
To jest pewne, żadnych "resetów", naiwnych "odprężeń", etc. nie będzie. 
Druga sprawa to orientacja w bagnie Bliskiego Wschodu, osobista znajomość z czołowymi politykami świata i wyrobiona opina na ich temat. Z punktu widzenia świata i jego problematycznych miejsc to kapitał nie do przecenienia. A że "problematyczne miejsca" dziś to są te najbardziej dotknięte zmianami klimatycznymi oraz wszyscy sąsiedzi Rosji, to i Polska jest na tej liście.

I tak docieramy do następnej części, czyli polityki klimatycznej, co zresztą splata się z polityką gospodarczą. Rządy Clinton będą dalszą częścią rozpoczetego przez Obamę odchodzenia od paliw kopalnych. Z dużym prawdopodobieństwem szybszego, agresywnie nastawionego na ostateczne złamanie koncernów wydobycia i przerobu paliw kopalnych oraz mocniejsza współpracę międzynarodowa w tym zakresie. 
To dla Polski jest zasadniczo bardzo dobra wiadomość. Polska jest krajem raczej przemysłowym i importerem surowców energetycznych. Jest to dokładnie profil gospodarki, który zyskuje najbardziej na przejściu na energię odnawialną. Drobny problem polega na tym, że obecny rząd bardzo aktywnie działa w przeciwnym kierunku. Co oczywiście spowoduje zgrzyty we wszystkich relacjach zagranicznych, oprócz tych z agresywnymi krajami surowcowymi.

Zapewne będzie niewielkie, ale ograniczanie wpływów lobby przemysłu zbrojeniowego. Co też jest dobrą wiadomością. Marnując pieniądze w stopniu takim jak przeciętna armia, USA zapewne załatwiłyby wszystkie swoje potrzeby wojskowe za 1/4 obecnych kwot. Ale ograniczanie wydatków powinno być związane z likwidacją programów służących wyłącznie do przepalania pieniędzy, opisaniem na nowo potrzeb zbrojeniowych i ogólnemu przemyśleniu roli sił zbrojnych USA, a nie prostymi cięciami, do których kompleks zbrojeniowy jest przywykły i które u dostawców przeżywają najbardziej nijacy i niekompetentni pracownicy. Co po dekadach takiego zarządzania doprowadziło do programów jak F-35.
Reforma sektora produkcji zbrojeniowej w USA to wyzwanie, z którym nie poradził sobie jak dotychczas żaden prezydent, choć jej potrzeba była widoczna przez cały 20 wiek, a od 2 wś już bardzo wyraźnie. Sytuacja obecna jest jak na razie możliwa do utrzymania, bo USA nie mają żadnych zagrożeń militarnych wymagających poważnego zaangażowania przemysłowego, ale dla prosperity kraju reforma jest konieczna. Przypuszczam, że Clinton ją bardzo drobnymi krokami rozpocznie.
Zapewne do tego wszystkiego dojdzie kolejna próba wprowadzenia systemu jednego płatnika w amerykańskiej służbie zdrowia, choć niekoniecznie przewiduję sukces oraz inne rzeczy jak poprawa transportu publicznego w amerykańskich miastach, a może także jakaś rozbudowa transportu regionalnego. W skrócie upodobnianie USA jeśli nie do cywilizowanych części Europy to przynajmniej do np. Kanady. Co w ustroju federalnym jest i będzie obłędnie powolne, jeśli w ogóle zauważalne.
Ale przede wszystkim Hilary Clinton jest osobą, która sprawia, że robota jest zrobiona. Jest osobą w znacznej mierze niemedialną, do niedawna bardzo słabo radziła sobie z wystąpieniami publicznymi, co razem z niemałą ambicją dawało osobę powszechnie nielubianą przez publikę. I to się nie zmieniło, nie wiem czy w ogóle może się zmienić. Gorszej łajzy niż Trump raczej jako kontrkandydata mieć nie będzie (bo to chyba niemożliwe), więc możliwe, że jej pierwsza kadencja będzie też ostatnią i następnym prezydentem będzie Republikanin. Chyba że w ramach rozliczeń po obecnej kampanii partia faktycznie się rozpadnie, co jest jak najbardziej możliwe. W końcu już dziś są trzy frakcje których przedstawicie właściwie ze sobą nie rozmawiają. Jedna to frakcja Trumpa/wściekłego elektoratu, druga to Tea Party/bracia Koch, a trzecia to nafta-zbrojeniówka i tradycyjnie Republikanie. Wszystkie trzy ze sobą walczą, ale jeśli po wyborach frakcja Trumpa przestanie istnieć, to gra będzie się toczyć o zagospodarowanie elektoratu wkurzonych i połączenie go z tradycyjną bazą. Co jest możliwe i znów prowadzi do przejęcia władzy przez Republikanów za kilka lat.
Ale wtedy będzie już za późno na cofnięcie obecnych reform, zabicie produkcji samochodów elektrycznych i przywracanie węgla w energetyce.
I tym optymistycznym akcentem możemy zakończyć te rozważania.
Pozostaje ostatnia niewiadoma- czy Demokraci przejmą Izbę Reprezentantów?