O wyborach w Urugwaju. I w sumie wszędzie indziej też.

Drodzy czytelnicy!

Wszędzie zawsze się zbliżają jakieś wybory, w Urugwaju w sumie też. Choć akurat tutaj sytuacja jest o tyle zabawna, że nie wiadomo, czy będą, czy już były. 

O tyle nie wiadomo, że formalnie to dopiero będą, ale faktycznie nikt sobie nie wyobraża co by się musiało stać, aby kandydat Frente Amplio ich nie wygrał. To znaczy w miarę wiadomo, musiałby być to polityk pokroju obecnego ministra finansów, Daniela Astori, którego popularność jest raczej jednocyfrowa, ale to do momentu aż powie coś konkretnego publicznie, bo wtedy spada do ujemnej.
Ale był święcie przekonany, że jako jednemu z trzech najstarszych i najważniejszych polityków FA prezydentura mu się po prostu należy. Bo dwóch pozostałych, Jose Mujica i Tabare Vazquez już to stanowisko piastowało. 

Moim zdaniem był jedynym politykiem FA, który w ogóle mógł przegrać wybory prezydenckie. Ale kandydatem nie będzie. Czaił się, podchodził, ale w końcu Mujica go podpuścił, żeby publicznie się zadeklarował. Powiedział parę rzeczy, które można było zrozumieć jako poparcie, a następnie zapowiedział, ze spotka się z nim jak oficjalnie ogłosi swoją kandydaturę. Astori to zrobił, opowiedział mediom, że teraz wybiera się do Pepe prosić o poparcie i poszedł. Spotkanie się odbyło, a po nim Mujica powiedział publicznie, że Astori się nie nadaje. I to tyle na temat tej kandydatury. Jeśli najpopularniejsza publicznie postać w twoim bloku politycznym mówi, ze się nie nadajesz, to możesz iść na emeryturę. 
To była pierwsza runda. 

Ale najpierw dygresja, konieczna dla zrozumienia sytuacji. Frente Amplio najbliżej do czegoś co byśmy nazwali koalicją wyborczą, ale nieco bardziej sformalizowaną. Otóż powstała w 1971 roku i, z przerwą na trepokrację, istnieje do dziś. Pierwotnymi założycielami była Partia Socjalistyczna, Partia Komunistyczna i Partia Chrześcijańskich Demokratów, do tego doszło przez lata sporo mniejszych ugrupowań, Chrześcijańscy Demokraci zmienali nazwy z częstotliwością w miarę identyczną jak kolejne partie z udziałem Leszka Balcerowicza i obecnie nazywają się Frente Liber Seregni. Główna postacią FLS jest już wspomniany Astori i tu podobieństwo do Balcerowicza staje się jeszcze bardziej uderzające, bo polityka obu jako ministrów finansów była bardzo zbliżona, a wpływ na osobistą popularność właściwie identyczny. Ale Astori już zakończył karierę polityczną. Ministrem jeszcze jest, ale po tym jak go urządził Mujica, politykiem już nie.
W 1989 po kilku latach debat, do Frente Amplio przyjęto ugrupowanie Mujicy, Movimento de Participacion Popular (Ruch Powszechnej Partycypacji?, nie wiem jak to w miarę dobrze przetłumaczyć). W czasach nam bliższych jeszcze powstała frakcja Casa Grande, która programem jest praktycznie tożsama z MPP, ale jest ofertą dla ludzi, którzy nie chcą popierać faceta, który torturował przysłanych przez CIA specjalistów od tortur, z okazji wizyty prezesa GM spalił budynek przedstawicielstwa, obrabował całkiem sporo nomenklaturowych firm i pralni pieniędzy, a także uczestniczył w niezliczonych strzelaninach z policją, tudzież paramilitarnymi bojówkami (gdzie w tych realiach ślad praktycznie zawsze prowadził do Waszyngtonu. Lub Langley) oraz jego kolegów.

Po przyjęciu MPP Frente Amplio po raz pierwszy wygrało poważniejsze wybory (na burmistrza Montevideo), a w 2005 wybory prezydenckie i parlamentarne. To była inna epoka w dziejach świata, przed 2009 rokiem i wtedy kompromis komunistów, lewicowych partyzantów, centrowych socjalistów i zwykłych neoliberałów miał rację bytu, bo można było wypracować plan inkluzji społecznej opartej o wzrost gospodarczy na zasadach liberalizmu. Dzięki polityce socjalnej rynek rósł, konsumpcja rosła, wszystko ładnie wyglądało i ściągało inwestycje, a polityka fiskalna była taka jak inwestorzy lubili.
Impreza na całym świecie się skończyła w 2009, inwestycji przemysłowych na zasadach liberalizmu już po prostu nie ma. Czasem można ściągnąć coś, co jest ze względu na poziom zagrożenia dla ludzi i środowiska wyrzucane nie tylko z Europy, ale i z Chin. Ale i tu konkurencja do takich inwestycji jest ostra. Więc model stracił sens.
Ale wtedy (znaczy od 2010) prezydentem był Mujica.  W ramach polityki pokryzysowej po prostu państowe przedsiębiorstwa (państwowe monopole: UTE- energetyczny, ANTEL - telefoniczny i ANCAP - paliwowy)  rozpoczęły inwestycje na gigantyczną skalę. Czego długotrwałym (znaczy dzisiejszym) efektem jest sieć internetowa i energetyczna na poziomie światowej czołówki, czyli z zupełnie innej ligi możliwości finansowych i organizacyjnych. ANCAP dla odmiany rozpoczął program produkcji alkoholu z trzciny cukrowej. Niebyt liczne, ale w północno- wschodnim regionie kraju są obszary nadające się pod tę uprawę. Od lat pogrążone w nędzy, jak właściwie większość obszarów typowo cukrowych dookoła świata. Wraz z nowymi cukrowniami-gorzelniami wróciła praca i pieniądze (żałosne, ale i tak zmieniające wiele).
Po wyborach w 2015 roku powrócił prezydent Vazquez (konstytucja zakazuje kolejnych kadencji), który razem z ministrem Astori usiłują przywrócić wzrost na zsadach liberalizmu. Tylko ze tak to nie działa. Inwestorów w konkretne rzeczy już nie ma. Tonący brzytwy się chwyta i zawarli porozumienie z firmą UPM, producentem papieru, ze zbuduje kolejną (trzecią w Urugwaju) fabryke celulozy. Porozumienie wygląda tak, że Urugwaj ma zbudować (tak naprawdę odbudować) prawie 300 km linii kolejowej w europejskim standardzie, zagwarantować określony przepływ wody w rzecze, zbudować terminal do przeładunku w porcie Montevideo, ustanowić strefę wolnocłową ze zwolnieniem z wszystkich podatków i jeszcze parę innych takich, a UPM zobowiązało się do podjęcia decyzji czy zainwestuje w budowę papierni. Serio. I jest taka sytuacja, że podejmą decyzję do marca 2020, kiedy to wszystko, co ma zbudować rząd Urugwaju ma już być gotowe. A i jeszcze rząd ma zorganizować szkołę dla kadr technicznych, oni przyślą program. Żeby było śmieszniej są tam takie kwiatki jak to, że w obu równie obowiązujących tekstach (hiszpańskim i angielskim) stawka za przewozy kolejowe różni się 10-krotnie.
Ale pomińmy drobiazgi. W tym obrazie chyba nikogo nie zaskoczy, że aktualna polityka finansowa polega na maksymalnym dojeniu państwowych firm i wstrzymywaniu inwestycji. zgodnie z liberalną mantrą: inwestycje mają być prywatne, a budżet zrównoważony. Tylko nie ma ani jednego ani drugiego. Są państwowe inwestycje na rzecz jednej prywatnej firmy, za obietnicę rozważenia przez tę prywatną firmę czy w ogóle będzie inwestować.
A deficyt i tak jest praktycznie taki sam jak za Mujicy.

W takim klimacie gospodarczym i politycznym trwa kampania przed prawyborami. Znaczy mają one wyłonić wspólnego kandydata na prezydenta z ramienia Frente Amplio. Przegrany będzie wiceprezydentem. Z racji układu sił główni kandydaci są wystawiani przez Partię Socjalistyczną i MPP, pomiędzy nimi odbędzie się starcie. Partia Komunistyczna też tradycyjnie wystawiła swojego kandydata, który tradycyjnie zajmie trzecie miejsce.
Ze strony Partii Socjalistycznej kandydatem jest Daniel Martinez, obecny burmistrz Montevideo. Postać która całkiem lubię i nie mam żadnego problemu z tym że byłby to nowy prezydent. Miasto jest o niebo lepiej zarządzane niż poprzednio i sprawy zaczęły się zmieniać w rozsądnym kierunku, rozumie jak działa współczesny świat i kraj też by mógł być zmieniony. Problem polega na tym, ze jego wsparcie i zaplecze polityczne stanowi właśnie PS i co jeszcze gorsze, Frente Liber Seregni. Więc za bardzo nie może podskoczyć i w starciu zagraniczni truciciele vs krajowy rozwój przeważnie musza wygrać ci drudzy. Aczkolwiek jest to zawodowy polityk z solidnym doświadczeniem i potrafi sobie poradzić. 
Kandydatem MPP jest Carolina Cosse, obecnie minister przemysłu, wcześniej prezes Antela. Znacznie mniej znana i doświadczona. Właściwie można powiedzieć, że nie jest zawodowym politykiem, ale potrafi się znaleźć. Za to reprezentuje sobą MPP i Casa Grande oraz bardzo, bardzo solidne kompetencje inżynierskie, w tym po prostu rozumienie świata. O Martinezie zresztą można powiedzieć to samo.
Więc wybór jest pomiędzy dwoma naprawdę dobrymi kandydatami, z czego kwestia zaplecza, programu i podejścia do ekonomii sprawia, że kibicuję Cosse. 
Wiadomo, że jedno z nich będzie kandydatem na prezydenta, a drugie na wiceprezydenta. I wiadomo, że wykluczając nagłą nadaktywność Facebooka promującego rosyjskiego oligarchę, to kandydat Frente Amplio wygra wybory. BTW: tak, właśnie ruski oligarcha, wprost powiązany z Kremlem jest startuje w prawyborach w Partido Nacional, czyli najpoważniejszej opozycji wobec Frente Amplio. Znaczy urodzony w Urugwaju i wżeniony w KGB czy inny Gazprom, ale fakt jest faktem. I to dopiero prawybory.
Zakładając jednak, że wszystko potoczy się normalnie, to całemu światu można życzyć takiego problemu wyborczego. 

Więc będą prawybory, ale na razie była konwencja programowa Frente Amplio

Z której relację przedstawi nasz specjalny korespondent, który jest wykwalifikowanym dziennikarzem (w pewnym sensie):

"Kongres niespodziewanie postanowił, że zamiast prawyborów tym razem odbędzie się walka bokserska.
W prawym narożników stanął Daniel Martinez, zawodnik wagi ciężkiej, który po godzinach pracy jako prezes Ancapu własnoręcznie przerzucał szuflą tysiące ton ropy. W lewym narożniku Karolina Cosse, która potrafi w lot przeprowadzać operacje matematyczne których nazw nigdy nie słyszeliście oraz w niewyjaśniony do dziś sposób spowodowała, że mały kraik na końcu świata ma szybszy dostęp do serwerów Google niż miasteczko w którym te serwery stoją.
Zadzwonił gong i oczywiście waga ma znaczenie. Prowadzi, tak wyraźnie widać, ze prowadzi. To nie był gong. To Jose Mujica prowadzi czołg, który właśnie z chrzęstem gąsienic rozjeżdża ekipę Socjalistów i FLS. Już tylko słychać trzask łamanych kości i znikł... Czołg znikł. Martinez też. Nikt nie wie, czy żyje. 
Z ostatniej chwili. Po trzech dniach przerzucania zwłok byłych polityków odnaleziono burmistrza. Jest cały i zdrowy, ale powiedział, że przez te całe prawybory musiał zjeść kilku swoich kolegów i nie chciałby tego powtarzać.
Cosse została ogłoszona zwycięzcą przez walkowera."

To koniec relacji
Wydaje mi się wiarygodna, nieprawdaż?

Niestety pozostałe media podały tylko, że na kongresie podejmowano uchwały programowe. I były one bardzo ciekawe. Otóż zdecydowano o podwyższeniu podatków, zwłaszcza od większych firm i paru innych drobiazgach, które są bardzo dokładnie sprzeczne z polityką obecnego rządu i bardzo zbieżne z poglądami Mujicy. Co w skrócie oznacza, że PS i FLS byli tam w izolacji i wyraźnej mniejszości. I to jest bardzo mocna prognoza na wynik prawyborów. Jeśli tak, to mi się naprawdę wszystko podoba.

A przy okazji po kongresie nagle się zdarzyły cuda. Otóż minister przemysłu, czyli Carolina Cosse zapowiedziało, że nie będą rozpoczęte żadne wywłaszczenia dopóki nie zostanie przeprowadzony pełen audyt skutków podwyższenia poziomu wody w zaporze Rincon de Bonete. Oficjalnym wyjaśnieniem tego podwyższenia jest produkcja elektryczności, ale faktycznie to jest kwestia wody dla papierni.
A w samym Montevideo ma być przebudowana główna ulica. Projekt przygotował Jan Gehl we własnej osobie, ale potem lobby samochodowe go kompletnie wykastrowało. Ostateczna wersja miała polegać na tym, że poszerzą chodnik, na ulicy będzie rozdzielony pas dla autobusów i samochodowo - rowery. Czyli faktyczne poszerzenie chodnika i namalowanie buspasu.  Kpina. Ale kiedy już Martinez się odnalazł po kongresie to w projekcie magicznym sposobem pojawił się zakaz ruchu samochodów od Starego Miasta (czyli w kierunku popołudniowego szczytu) od 16 do 19 w dni powszednie. Czyli faktyczny powrót do projektu Gehla, bez formalnej zmiany. Cóż, lobby samochodowe, jak najbardziej powiązane z obecna władzą wyraźnie przegrało i rozpoczął się konkurs plucia im do zupy. Choć Martinez zrobił w tym zakresie dużo mniej niż zapowiadał. Czy spotkał się z oporem dużo większym niż spodziewany, a teraz się nie musi nim przejmować.  

Ktoś się mnie pytał o jakiś dokładniejszy opis poglądów politycznych. Właściwie tu odpowiedziałem. Ale w skrócie uważam, że państwa nie powinny służyć do tego, aby bogaciła się garstka, a do tego, aby jak najwięcej ludzi mogło wspólnie żyć, nie przeszkadzać innym ani sobie nawzajem, nie niszczyć sobie zdrowia, ani środowiska. Obecnie na skalę światową mamy problem koncentracji kapitału i to w coraz głupszych rękach, niszczenia środowiska i klimaty na skalę zagrażającą cywilizacji, a zaraz może i życiu na planecie. Więc po prostu trzeba prowadzić politykę, która uruchomi wiedzę i kapitał i rozpocznie inwestowanie w zmianę gospodarki na rozsądniejsza. To jest polityka jaką prowadził rząd Mujicy, to jest dokładnie polityka którą proponuje w USA Bernie Sanders, a na skalę UE Yanis Varoufakis. Krajowe partie to są Zieloni w Niemczech i Razem w Polsce. Ta propozycja polityki teraz ma swoją nazwę jest to "Green New Deal" i jak najbardziej spodziewam się dalszego jej wdrażania od 2020 w Urugwaju. 
I jak ktoś sie mniej zapyta o poglądy, to nie zawsze się we wszystkim zgadam z wymienionym towarzystwem, ale że oni wszyscy mówią mniej-więcej to samo, to można założyć, że jeśli dowolne dwie z tych osób czy partii mają tożsame stanowisko w danej sprawie, to i ja je podzielam. 

Po zwycięstwie Bolsonaro

Jair Bolsonaro, jeśli ktoś nie wie, to obecny prezydent-elekt Brazylii.

Brazylia jest federalną republiką prezydencką, w istocie ustrój jest dość podobny do znanego ze Stanów Zjednoczonych. Co oznacza, że prezydent ma naprawdę sporą władzę. Niekoniecznie w zakresie legislacji i czasem go zatrzymuje Sąd Najwyższy, czasem musi się dzielić władzą ze stanami, ale generalnie dość samodzielnie kształtuje politykę kraju. Zwłaszcza jak może liczyć na przychylność parlamentu federalnego, a Bolsonaro prawdopodobnie będzie mógł. 

Alternatywna historia Polski

Nauka historii w Polsce zawsze kulała, nic dziwnego, bo prawie nigdy nie było możliwości prowadzenia przyzwoitych badań historycznych, koniecznej w nauce otwartej wymiany myśli i odkryć, która dopiero z czasem prowadzi do sensownego poziomu wiedzy, który pozwala na jakąkolwiek syntezę. Bez tego nauczanie historii to jest właściwie bajkopisarstwo i tak, niestety, należy traktować wszystkie uogólnienia i syntezy historii Polski.

Ale znacznie więcej można osiągnąć, jeśli spojrzy się z innego punktu, takiego w którym nie było tych problemów, badania zostały przeprowadzone, wnioski wyciągnięte i można było dokonać syntez. 
Tak na przykład można zupełnie dobrze ocenić niektóre aspekty ekonomiczne Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Wiadomo, co jest napisane w podręcznikach. Które własnie powinny być kompletną syntezą i to jeszcze podaną w sposób możliwy do nauczenia. A tymczasem jest coś w stylu "Państwo rozwijało się świetnie, ale w połowie 17 napadli wrogowie i potem się nie podniosło, aż warcholstwo je rozniosło.". I do tego podana opowieść o "spichlerzu Europy", czasem z pewnymi wątpliwościami typu "że w Europie uprawiano głównie własne zboże i to z Gdańska było pewnie tańsze."
A na deser dyskusja o tym czy przyczyną załamania państwa po 1648 roku była polityka wewnętrzna czy straszni wrogowie.
Otóż to wszystko, na poziomie syntezy jest kupą bredni. Prawda jest taka, że o polityce i możliwościach militarnych decyduje ekonomia. A o ekonomii w 16-17 wieku decydował eksport zboża. Które trafiało w istocie tylko na jeden rynek -- Holandii. 

I dokładnie to powinno być robione. Historia Polski z punktu widzenia Polski jest jak opowiadanie historii o ogonie psa bez wspominania psa. Nic się łączy w spójna całość, bo i nie może. 
Za jeśli opowiemy historię psa, to i historia ogona będzie dość łatwa do zrekonstruowania. 
Dlatego w ogóle opowiadanie o historii RP w czasie demokracji szlacheckiej bez wprowadzenia najpierw historii Holandii po prostu nie ma sensu. I tak też jest traktowane nauczanie historii w Polsce- jako coś bez sensu, tylko prawie nikt nie za bardzo wie dlaczego.

W takim razie, czas rozpocząć nadrabianie tej zaległości


Otóż jeszcze w średniowieczu presja populacji z jednej strony oraz wystarczająco rozwinięta technologia powodowały zagospodarowywanie kolejnych terenów wydzieranych morzu. W 16 wieku przybrało to formę rutynowego, zorganizowanego na kapitalistycznych zasadach biznesu (BTW: jeden z niewielu mi znanych przypadków pozytywnej działalności wielkiego kapitału). Z racji położenia Niderlandów na peryferiach imperium Habsburgów faktyczny zakres autonomii był dość duży, a główne wymagania dotyczyły oczywiście podatków. Dla których płacenia rozwinęła się dość zaawansowana bankowość. Była ona na tyle wiarygodna, ze kwity prowincji a zwłaszcza późniejszego Bank of Amsterdam były warte więcej niż złote monety których wartość wyrażały. Co w największym skrócie oznaczało prawdziwy, wiarygodny bank centralny, który może kreować pieniądz dla gospodarki. Albo zamiast wysyłać do Hiszpanii złoto ściągnięte z rynku mógł wysyłać kwity. Całkiem imponująca sprawa, której królowie i szlachta Hiszpanii kompletnie nie rozumieli i uganiali się za jakimś El Dorado po dżunglach Amazonii, a tym czasem to było w jakimś biurze w Amsterdamie. Nie zrozumieli nawet kiedy Holendrom nie kończyły się pieniądze na kolejne armie najemników i największe ówczesne imperium przegrało wojnę z kilkoma nieistotnie małymi prowincjami. 
Tu już prawie wszystko co miało znaczenie. Prawie, bo jeszcze odpowiednia ilość pieniędzy w gospodarce sprawiała, że o pieniądz było łatwo i nakłaniała do inwestycji . Jak w wyżej wspomniane poldery, ale nie tylko. Poldery potrzebowały pomp, a te były napędzane wiatrem. Populacja potrzebowała żywności, czyli też ryb, do tego były potrzebne statki. A do ich budowy deski, które produkowano w tartakach napędzanych wiatrem. Tą sama ilość drewna którą tradycyjnymi metodami przerabiała brygada w tydzień, w wiatrowym tartaku przerabiała jednoosobowa obsługa w jeden dzień. Oprócz tego były tłocznie oleju, fabryki papieru, prochu, fabryki drutu i właściwie wszystkie ówcześnie znane zakłady wykorzystujące energię mechaniczną, wszystkie zasilane wiatrem. Każda z tych fabryczek/wiatraków była położona nad rzeką lub kanałem, dla taniego transportu. Za to energia cieplna, zarówno dla przemysłu, jak też gospodarstw domowych pochodziła ze spalania torfu. Nie tak bardzo odnawialne, więc kiedy złoża zaczynały być coraz trudniej dostępne, prymat w świecie handlu morskiego stopniowo przeszedł w ręce Anglii, która miała warunki podobne, ale w wielu miejscach lepsze i do tego łatwo dostępny węgiel. I holenderską wiedzę technologiczną, która przyszła wraz z inwazją w 1688. Ale tu wyskakujemy zbytnio do przodu. W tym roku Rzeczypospolitej już faktycznie nie było na ekonomicznej mapie Europy i nie to nas interesuje, a jak do tego doszło.
Otóż Holandia była faktycznie pierwszym krajem uprzemysłowionym w historii. Wskaźnik urbanizacji pod koniec 16 w. przekroczył 50% i takim pozostał do 18 w. Przemysł, bankowość, handel powodowały rozwój i ściągały imigrantów. Którzy dostarczali kolejną wiedzę i kontakty. W połowie 17 wieku ponad połowa mieszkańców Amsterdamu była imigrantami. Nie wiem czy Krzemowa dolina w którymkolwiek momencie osiągnęła aż taki wskaźnik.
Ci wszyscy ludzi potrzebowali żywności, która była uprawiana na polderach, skąd dostarczały ją tanie barki. Tyle, że na polderach znakomicie rosły warzywa, bardzo łatwa była hodowla krów, ale zupełnie nie dało się uprawiać zbóż. Świetnie za to rosły na przykład tulipany, co w połączeniu z emisją pieniądza bankowego doprowadziło do zabawnych efektów.  Ale nie one maja znaczenie. Znaczenie ma to, że jakieś węglowodany są potrzebne w diecie człowieka, a w zimniejszych i wymagających cięższej pracy fizycznej czasach więcej niż dziś. Co wówczas oznaczało, że Holandia potrzebowała importować zboża. Właściwie całość potrzebną na wyżywienie własnej populacji, czyli całkiem sporo. 
W tym miejscu trzeba wrócić do mentalności i świadomości polskiej szlachty. Która o powyższym nie miała zielonego pojęcia, a spora część polskich historyków do dziś nie ma.  Więc wszyscy sobie wyobrażali, że Europa Zachodnia umiera z głodu i tylko wiślańskie zboże je ratuje od śmierci. Co było kompletną bzdurą. Druga wersja, współczesna, brzmi "wiślańskie zboże było tańsze i uprawa ziemi na zachodzie się nie opłacała. Co też jest bzdurą. Ówczesne koszty transportu były na tyle wysokie, że gdyby w Holandii można było uprawiać jakikolwiek substytut zboża, to by uprawiano. A tymczasem kraj był otoczony przez posiadłości Habsburgów i jedyny sposób zapewnienia węglowodanów dla populacji to był morski import zbóż. Z definicji kosztowny, ale nie było alternatywy. Więc robiono to w najtańszy możliwy sposób, z pierwszego większego portu, który nie był pod kontrola Habsburgów (pytanie pomocnicze- dlaczego żaden z Habsburgów nigdy nie wygrał elekcji w RON i czyje pieniądze o tym decydowały?)
Ale czasy się zmieniały. Wojna o niepodległość Niderlandów trwała 80 lat, z czego ostatnie 30 pokrywało się z ogólna wojną w Europie Zachodniej. Bank of Amsterdam radośnie drukował kwity, cała Europa radośnie wyrzynała się w imię religii, a zawodowa spekuła była święcie przekonana, że popyt na zboże jest właściwie nieskończony, bo potrzebują go zarówno armie, jak też zrujnowani cywile. Przez Gdańsk płynął strumień pieniędzy, który nie wzbudził dokładnie żadnych refleksji, oprócz produkcji teorii o "sarmackiej wyższości" i "spichlerzu Europy". 
Aż nadszedł rok 1648. Sienkiewicz nie bez powodu rozpoczął swoje opowieści wtedy. To był początek prawdziwej epopei. Epopei zaniku handlu, kredytu i bazy podatkowej. Akurat o tym Sienkiewicz nie pisał, ale to miało znaczenie.
Co się wtedy stało? Kilka rzeczy, wzajemnie powiązanych. Po pierwsze pokój westfalski, kończący wojnę trzydziestoletnią. Czyli koniec wojskowego popytu na żywność i powrót do normalnej, pokojowej produkcji zrujnowanych terenów niemieckich. Po drugie, część tego pokoju, czyli traktat z Muenster, kończący wojnę osiemdziesięcioletnią. W którym Hiszpania Uznała niepodległość Niderlandów. Co oznaczało koniec blokady lądowej i możliwość importu zbóż z okolicznych terenów, a zwłaszcza dorzecza Renu. Po trzecie, pęknięcie bańki spekulacyjnej na zbożu, co spowodowało kompletne załamanie cen i bankructwo kilku poważnych kupców w Holandii i okolicach, a także poważne zachwianie Bank of Amsterdam. Czyli kontrakcję kredytową i recesję. Oczywiście, jak wie to każdy kto przeżył 2009 rok, kiedy w centrali zaczyna się problem z pieniędzmi, to na peryferiach znikają one kompletnie. I jak pewnie w Gdańsku jeszcze coś tam się mogło dziać, to w dorzeczu Wisły pieniędzy już nie było, a dalej od spławnych rzek tym bardziej. Więc kiedy szlachta na Ukrainie usiłowała wycisnąć pieniądze od chłopów to musiała się rozpocząć fala buntów. Następnie oszczędności i brak dochodów podatkowych, problemy z utrzymaniem armii i ogólna zapaść państwa. Drobiazgi, zupełnie jasne i oczywiste po opisaniu sytuacji.
Ale pozostaje pytanie dlaczego właściwie sytuacja nie wróciła po jakimś czasie do normalności. Albo choć nie ustabilizowała się na jakimś niższym poziomie. Przecież populacja Niderlandów nie zniknęła. Nadal potrzebowała tej samej ilości żywności. Dlaczego, nawet jeśli po 1648 nastąpiło załamanie, to nie było ono chwilowe?
Odpowiedź zawiera się w jednym słowie:

Ziemniak


W odróżnieniu od zbóż, ziemniaki na polderach rosną znakomicie. I są ich świetnym substytutem. Co więcej, przy urodzajnej ziemi dostarczają znacznie więcej kalorii z powierzchni niż zboża. Stopniowe włączanie ich do upraw jak zawsze umknęło uwadze spekulantów, tym razem zbożowych, i pod koniec wojny zostali z nadwyżka towaru. A potem się okazało, że towar już nie ma charakteru monopolistycznego, a jest po prostu jednym z substytutów.  Przy relatywnie wysokich kosztach transportu z Gdańska polskiej szlachcie pozostało walczyć o obniżkę kosztów produkcji. Czyli o zwiększenie pańszczyzny. Co i tak do niczego nie prowadziło, bo wkrótce Holandia utraciła pozycję hegemona w handlu morskim i zaszła tam częściowa deindustrializacja i deurbanizacja. Co oznaczało wzrost upraw ziemniaków, czyli dalszy spadek popytu na importowane zboże. Za to Anglia potrzebowała żelaza i smoły. Czyli produktów z dobrych rud żelaza, które były (i są) w Szwecji i Rosji, oraz produktów lasów, które były (i są) w Szwecji i Rosji. Następnie i w Anglii opracowano metody produkcji żelaza bez węgla drzewnego, czyli wyrób koksu, co zmusiło kraje bałtyckie do wyboru pomiędzy upadkiem tego przemysłu a państwowym stymulowaniem popytu na wyroby żelazne. Ale to już nie dotyczy Polski. Ostatnia rzecz, która w tym zakresie miała znaczenie, to technologia wykuwania żelaza z żelaza z dymarek. Handel wyglądał tak, że ze Szwecji przywożono żelazo, przekuwano je w Gdańsku i wywożono do Holandii. Już w początkach 17 wieku zorganizowane przez władze szwedzkie szpiegostwo przemysłowe zamknęło ten rynek i Szwecja rozpoczęła bezpośredni eksport po opanowaniu technologii.   
Co też wiadomo z historii Szwecji, bo w Polsce to co najwyżej można obejrzeć kuźnię oliwską bez większego rozumienia kontekstu historycznego. 
A jeśli można na tej podstawie wyciągać jakieś wnioski, to są one proste: kilkudziesięcioletnią prosperity polska klasa polityczna uznała za należący jej się przywilej, nie podlegający jakiejkolwiek dyskusji, a kasa poszła na kokę i Porsche  gdańskie pierniki z egzotycznymi przyprawami i węgrzyna.   

Historia powstania Stanów Zjednoczonych.

Oficjalna wersja tego jak powstało obecnie dominujące światowe mocarstwo brzmi mniej więcej tak:
Koliniści, czyli głównie dzielni farmerzy gospodarujący na ziemi dziczy wyrwanej oburzeni wyzyskiem podatkowym chwycili za broń, a następnie uporem sprytem i samoorganizacją pokonali metropolie a potem w demokratycznej dyskusji zaplanowali równy i egalitarny kraj, co zostało opisane w Konstytucji tak doskonałej że nie ma żadnej potrzeby zmian. Prawda? Tak, ale ta trzecia.

W rzeczywistości:

W 1772 roku w UK wybuchł kryzys bankowy i razem z nim się skończył boom inwestycyjny. Oczywiście nowy kredyt wysechł do zera, konsumpcja drastycznie spadła, nowe inwestycje znikły, a kto mógł ściągał pieniądze do centrali. Każdy kto w zawodowym życiu przeżył 2009 rok wie o czym mowa. Wielu aż za dobrze.
Oczywistym efektem tego było wręcz zniknięcie pieniądza z obrotu na peryferiach. Czyli na przykład w koloniach północnoamerykańskich. Gdzie jeszcze były produkowane jakieś towary eksportowe, to przeważnie się dawało obsługiwać kredyty i liczyć na dotrwania do lepszych czasów. Zwłaszcza jeśli popyt na te towary się nie załamał.  Rynek pozostał w praktyce na towary z południowych plantacji (bawełna, tytoń, indygo), a towary północnych kolonii stały się niesprzedawalne (bo stanowiły tylko dodatkową produkcję rzeczy dostępnych na Wyspach, czy z regionu Bałtyku). Ta sytuacja do dziś ma bardzo, bardzo poważne konsekwencje.

Tymczasem londyński rząd miał spory problem. Kompania Wschodnioindyjska, jedna z największych i najważniejszych korporacji była na skraju bankructwa. Nie pomagała w tym to, że główny produkt Kompanii, herbata, jako dobro raczej luksusowe też była w czołówce listy produktów do odstawienia w razie kryzysu. W związku z czym w tradycyjnym brytyjskim stylu (przecież ktoś musi zapłacić nasze rachunki!) w Londynie wymyślono, że Kompanii zostanie przyznany monopol na sprzedaż herbaty w koloniach północnoamerykańskich. Nie może budzić zdziwienia w tej sytuacji, ze kiedy statek Kompanii pojawił się w Bostonie (czyli północnej części), to lokalni mieszkańcy pozwolili sobie zwandalizować ładunek, w ten sposób informując rząd co myślą o bailoucie za ich pieniądze. I tak kompletnie wirtualne, w przeciwieństwie do więzień dla dłużników, które były zupełnie realne. Więc w razie czego jakaś grzywna za wandalizm i tak im nie robiła wielkiej różnicy.
Mądre głowy w Londynie wymyśliły, że skoro nie lubią dawać pieniędzy Kompanii Wschodnioindyjskiej, to przynajmniej króla mają obowiązek lubić, kochać i mu płacić, więc nałożyli nowe podatki. Co oczywiście nie rozwiązało podstawowego problemu, czyli braku pieniędzy w obrocie, a konkretnie to go solidnie pogorszyło. 
Oczywiście populacja ludzi z widmem licytacji i więzienia dla dłużników szybko i sprawnie się powiększała. Co w pewnym momencie doprowadziło do sytuacji, w której wśród lokalnych elit znalazło się wystarczająco wielu ludzi, którzy doszli do wniosku, że w sumie jak mają być pozbawieni wszystkiego i wsadzeni za kraty faktycznie bez perspektywy rozsądnego życia kiedykolwiek później, to równie dobrze mogą ich powiesić. I podpisali pamflet wyjaśniający dlaczego nie płacą podatków, nie kochają króla i więcej mu nie zapłacą. 
Bez czytania tego pamfletu każdy kto miewał dłużników dobrze wie co tam jest napisane. Ani słowa o tym, że nie mają forsy, tylko klasyczne opluwanie wierzyciela i piękny zbitek aktualnie modnych górnolotnych słów. A że ośweceniowe prądy były na fali, wszyscy pisali jakieś "Declarations", inni mówili o "Independence" i tak dalej, to i nasi bohaterowie nazwali pamflet "Declaration of Independence".
W sumie jak ludzie usłyszeli, że nie trzeba będzie spłacać starych podatków i już nie będzie więzień dla dłużników to nasza grupka stała się dość popularna. Zwłaszcza w północnych stanach.
Co nie zmieniało faktu, że była to nadal mała grupka buntowników, która nie reprezentowała sobą żadnej poważnej siły zbrojnej, potencjału ekonomicznego, ani właściwie nic. Brytyjczycy mogli bez trudu kontrolować wszystkie portowe miasta (czyli zasadniczo wszystkie miasta) i prędzej czy później by spacyfikowali prowincję, która przecież bez miast musiałaby się stoczyć do poziomu gospodarki naturalnej. Co było możliwe na północy, ale nie na plantacyjnym południu. Czyli sytuacja w przybliżeniu jak polskiego Powstania Styczniowego i tak samo by się skończyła. Gdyby nie...

Francja. 

Która uznała, że okazja aby UK straciła kolonie północnoamerykańskie jest zbyt dobra aby ją przepuścić. W związku z czym partyzanci zaczęli mieć pieniądze. Co oczywiście podniosło ich atrakcyjność. Pamiętajmy, że zbuntowane kolonie całą swoją zachodnią granicę miały właśnie z Francją. Która szybko się przekonała, że sprawy nie da się zamknąć wysłaniem paru worków złota. Bo dzielni buntownicy jeszcze potrzebowali broni. I całej reszty wojskowego wyposażenia. Potem się okazało, że nawet uzbrojeni i tak nie mają pojęcia o wojskowości, więc Paryż musiał przysłać instruktorów, a potem i tak swoich wykształconych oficerów.
To juz robiło solidną dziurę w budżecie Francji, a okazało się, że nadal nie wystarcza. Buntownicy, którzy zgodnie z zamiłowaniem do bombastycznej terminologii nazwali się w międzyczasie Armią Kontynentalną byli już w stanie organizować napady i zasadzki na małe oddziały i oddalone garnizony. Co dało jakieś faktyczne zwierzchnictwo terytorialne. Aczkolwiek nic co by mogło przypominać samodzielną państwowość. Do tego potrzeba było kontroli na portami. Przynajmniej jednym, albo jakimś kawałkiem wybrzeża. Cóż, dzielna armia amerykańska była tym czym była, nawet z francuską bronią i doradcami, więc Francja musiała po prostu przysłać prawdziwe wojsko, czyli swoje własne.

Markiz de La Fayette zdecydował o oblężeniu ufortyfikowanego obozu na półwyspie Yorktown, który kontrolował wejście do zatoki Chesapeake. Wojska na półwyspie były oczywiście zaopatrywane z morza i tak też mogły być ewakuowane w razie potrzeby, więc oblężenie samymi siłami lądowymi nie miało większego znaczenia. Ale tak się złożyło, że w Indiach Zachodnich (czyli Karaibach) stacjonowała wystarczająco silna francuska eskadra. Która przypłynęła, pokonała flotę brytyjską i przejęła kontrolę nad akwenem na kilka miesięcy. Co wystarczyło do zagłodzenia garnizonu brytyjskiego. Którego kapitulację przyjął Jerzy Waszyngton, w końcu on wygrał tę bitwę, n'se pas?

To zasadniczo zakończyło wojnę, traktat pokojowy podpisano u zwycięzców, czyli w Paryżu a potem rozpoczęła się bardzo ciekawa dyskusja o tym co dalej. Gdzie problem polegał na tym, że wojsko można było rekrutować na północy, a gospodarka eksportowa na południu. Południowcy nie byli specjalnie zainteresowani niepodległością, a ani jedni, ani drudzy nie byliby w stanie jej samodzielnie utrzymać. A z drugiej strony mieszkańcy Północy stanowili większość (znaczy białych, inni nie byli ludźmi) i wobec ogólnej atmosfery ideologicznej trzeba było wykazać przywiązanie do głosu większości.
Taki układ sił w dość oczywisty sposób spowodował kompromis, który zadowalał w miarę wszystkie strony. A zwłaszcza Francję, która teraz potrzebowała pieniędzy na spłatę długów z amerykańskiej wojny i liczyła na to, że stabilny i w miarę silny rząd centralny w końcu uporządkuje budżet i coś z tym zrobi. Nie pomylili się, ale francuski budżet, a za nim ustrój się zawalił zanim to nastąpiło.

W takim razie na czym polegał ten kompromis konstytucyjny?
To oczywiste: powstaje silniejsza unia, ze wspólnym budżetem, mieszkańcy Północy otrzymują jakieś prawa wyborcze, a południowa oligarchia uzyskuje faktyczną władzę polityczną w nowym państwie. 
Dokładnie to i nic innego jest zapisane w amerykańskiej konstytucji. Pierwsze rzeczy są oczywiste i same się tłumaczą, ale ostatnia, czyli władza dla południowej oligarchii może się wydawać kontrowersyjna.
Jeśli ktoś nie czytał Konstytucji USA to polecam. W oryginalnej wersji głównym organem władzy jest Senat. W dużej części tak nadal pozostało, pomimo znacznie większej dziś roli Prezydenta. 
A kto wybiera skład Senatu? Bynajmniej nie mieszkańcy. Skład Senatu wybierały lokalne legislatury stanów. A kto wybierał legislatury stanowe? Ludzie, którzy byli obywatelami stanu (to stan decydował kto był, a kto nie) i mieli prawo głosu. Zasadniczo ograniczone cenzusami. Zwłaszcza w plantacyjno- niewolniczych stanach była to naprawdę niewielka grupka zamożniejszych plantatorów. A że plantacyjno-niewolniczych stanów była większość, cały czas, to oznaczało w praktyce, że to własnie ta nieliczna grupa właścicieli niewolników faktycznie kontrolowała politykę USA i w sporej części także administrację. To nie był przypadek, to był projekt. Który działał tak długo, aż nie powstał sensowny rynek wewnętrzny i przemysł na Północy, co wraz z relatywnym spadkiem wartości eksportu z Południa zmienił ekonomiczny układ sił. Jako, że większość nowych obszarów pasowała raczej do północnego modelu gospodarki, to i pojawiła się presja na przyjęcie większej ilości stanów nie-niewolniczych, co by pozbawiło kontroli nad państwem plantatorów. 

Dalszą część historii można pominąć, aż do etapu tworzenia się nowoczesnej wersji partii politycznych. Jedna z nich na Południu, pod nazwą Partii demokratycznej, najpierw przejęła władzę w dawnych niewolniczych stanach (konkretnie dokładnie ci sami ludzie co poprzednio), a następnie faktycznie przywróciła niewolnictwo. Tyle, że tym razem to nie wystarczało do dominacji w polityce kraju. Ale prawie wystarczało. Wystarczyło tylko zawszeć koalicję z jakimiś grupami z innych regionów, czasem zawierać kompromisy i wszystko mogło zostać po staremu. W ten sposób od ostatnich dziesięcioleci 19 w. Senat jest przeważnie kontrolowany przez tę partię, która akurat reprezentuje interesy południowej oligarchii. Partie się zmieniały, ale ta grupa zawsze trzymała władzę. Wobec czego, pomimo chwilowych wahnięć, rasizm jest istotnym składnikiem faktycznej polityki USA. Nawet w federalnych przepisach dotyczących płacy minimalnej zostały z nieznanych powodów zamieszczone wyjątki, dzięki którym czarni mogli dostawać kilkukrotnie niższe wynagrodzenia. Pomimo gigantycznych wpływów politycznych ta agenda miała poczucie, że zaczyna być osamotniona i w defensywie. Aż do upokorzenia jakim był wybór czarnego prezydenta. 
Ale i tak przez większość czasu kontrolowali Senat. A kto kontroluje Senat, kontroluje też skład Sądu Najwyższego i sporej części administracji. Kto kontroluje Sąd Najwyższy, ten faktycznie kontroluje ustrój konstytucyjny. Może nawet zdefiniować co jest, a co nie jest niewolnictwem.
A tymczasem obecny prezydent oprócz poważnych działań wykonuje też istotne gesty, jak zmiany przepisów o napiwkach, co pozwoli przynajmniej zabrać pieniądze zbyt dużo zarabiającym kelnerom.  

Najnowszym, choć pewnie nie ostatnim, aktem tego procesu jest aktualna nominacja sędziego Kavanaugha. Jest to postać absolutnie obrzydliwa w każdym swoim calu, a do tego na przesłuchaniu w sprawie nominacji wypadł tak, że trudno sobie wyobrazić zatrudnienie go przez kogokolwiek na jakimkolwiek stanowisku. Ale jest niewątpliwym seksistą, niewątpliwym zwolennikiem "prawa stanów", oraz należy do ostentacyjnie rasistowskiego klubu golfowego. W skrócie- kandydat idealny. 

Ale znów pojawia się proces bardzo podobny do tego z poł. 19. w.  Relatywna siła ekonomii i gospodarek gdzie istnieje poważna rasistowska agenda maleje w porównaniu do reszty. Ogólny brak inwestycji bardziej szkodzi miejscom z permanentnym deficytem, migracje tez robią swoje, zmiany demografii np. w Teksasie (stanie na obrzeżu tego systemu) też są poważne.  


A tymczasem za miesiąc wybory. Czuć, że rasiści to już nie jest część miłej, akceptowalnej koalicji społecznej, a po prostu banda pachołków najbardziej obrzydliwych oligarchów jakich w ogóle można znaleźć. Co prawda z układu miejsc i głosowań Republikanie są prawie skazani na utrzymanie stanu posiadania w Senacie, ale dziś już nic nie jest wykluczone. Tak- zauważmy. Partia, która jest po prostu niepopularna, być może przegra wybory solidną większością głosów, faktycznie utrzyma się przy władzy. I na pewno będzie kontrolować Sąd Najwyższy jeszcze przez długi czas. 

Ktoś może tu twierdzić, że na południu też są czarni i też mają prawo głosu, przecież nie zawsze wybory musi wygrywać rasistowska biała elita. Cóż, czarni są, ale informacje o prawie do głosowania są raczej przesadzone. Przypomnę, że to stan decyduje o sposobie przeprowadzenia głosowania, sposobie dokumentowania prawa głosu, lokalizacji punków wyborczych i ich obsadzie. Zupełnie nie wiadomo czemu, w dawnych niewolniczych stanach czarni nie lubią chodzić na wybory ani się nawet rejestrować. 

Jeszcze o alternatywach dla kampanii Wrześniowej

Z okazji kolejnej rocznicy tragedii Września,jak zwykle rozpoczęły się rozmowy czy można było tego uniknąć. 

Tu się przytacza bajki o paktach Ribbentrop- Beck i innych nierealnych historiach. Dlaczego nierealnych? Oczywiście dlatego, że praktycznie cała ekipa sanacyjna to była oderwana od rzeczywistości zgraja fantastów, ale to nie jest dziś nasz główny punkt. 
Ale dla zrozumienia prawdziwych przyczyn trzeba sięgnąć nieco wstecz. Do wiosny, ale nie 1939 roku, kiedy polskie elity zaczęły rozumieć, ze wojna jest nieunikniona, a dwadzieścia lat wcześniej, do wiosny 1919 roku, kiedy niemieckie elity stwierdziły, że wojna jest nieunikniona i czas zacząć się przygotowywać. Przez lata 20-te armia odrabiała zadania domowe i przygotowywała się intelektualnie, wraz z doktryną i planami nowych broni, a dzięki oszczędnościom na wielkości sił zbrojnych, narzuconym przez Traktat Wersalski, pieniądze były intensywnie inwestowane w infrastrukturę zmniejszająca zależność od importu surowców.  Najsłynniejsze są zakłady produkcji benzyny syntetycznej, ale podobnych rzeczy było mnóstwo. Bateryjne zestawy trakcyjne (znakomite i działające przez dziesięciolecia, przy okazji utrzymujące moce produkcyjne dla baterii do U-botów), wiejska elektryfikacja, nowe modele parowozów i sporo innych, podobnych rzeczy, z czego jedna nas interesuje szczególnie, ale o tym później. Skala inwestycji była dość duża i męcząca dla ludności, bo ograniczała wzrost poziomu życia, dość oczekiwanego po biedzie wojennej i powojennej.
Między innymi dlatego nastąpiła drastyczna zmiana władzy w 1933 roku i zarzucenie tego programu inwestycyjnego oraz częściowe zwiększenie konsumpcji. Częściowe bo potencjał inwestycyjny został przeznaczony na militaryzację i rozbudowę sił zbrojnych. W jeszcze większej skali, mocno przekraczającej realne możliwości kraju. Oczywiście każde dziecko rozumiało, że ta militaryzacja była robiona co najmniej w celu przywrócenia granic sprzed 1914 roku. Co po pierwszym spojrzeniu na mapę prowadzi do konkluzji, że pierwszymi ofiarami będzie Polska i Francja. Tyle powinno rozumieć dziecko. Ale, jak wiadomo, był to poziom orientacji w świecie powyżej możliwości ekipy sanacyjnej, zarówno za życia Piłsudskiego, jak i później. Na ich usprawiedliwienie można jedynie podać, że "narodowa" opozycja była w tej kategorii jeszcze gorsza, bo aktywnie zachwycona Hitlerem. Cóż, w sytuacjach, że władza jest bezdennie głupia, ale opozycja jeszcze gorsza wiele krajów ma spore doświadczenia, w różnych czasach.

W każdym razie sytuacja międzynarodowa Polski była taka, że od momentu uzyskania niepodległości należało myśleć o następnej wojnie. To oczywiste. To nie było robione i stopnień zaniedbania zarówno sił zbrojnych, jak też gospodarki jest zupełnie nieprawdopodobny. Wystarczy powiedzieć, że do swojej śmierci Piłsudski blokował jakąkolwiek możliwość opracowania planów wojennych. Jakichkolwiek. Dopiero po jego śmierci najpierw powstał plan na wojnę z ZSRR i zaczęto prace nad planem wojny z Niemcami. Nie zdążono. Dopiero na podstawie planów wojennych mogła powstać spójna doktryna, a na jej podstawie plan wyposażenia armii i jej modernizacji. Z tego nie zostało zrobione nic. Wojsko Polskie było uzbrojone w zlepek dość przypadkowego sprzętu nie pasującego do żadnej doktryny, bo jej po prostu nie było. To był stan na Wrzesień 1939 roku. 
Na usprawiedliwienie można powiedzieć, że naprawdę mnóstwo zostało zrobione w latach 1936-39, na każdym polu i nie miało oraz nei mogło mieć to znaczenia. Niemcy zbroiły się szybciej niż byłoby to możliwe dla Polski w każdym scenariuszy. Po prostu dużo większa gospodarka i tak zbrojąca się ponad stan musiała wygrać. Nawet w najdzikszych optymistycznych scenariuszach, kiedy na nieudany zamach majowy lub śmierć Piłsudskiego max w 1931 nakłada się nieprawdopodobne szczęście w kampanii wrześniowej musi się ona skończyć zimą, przed realnymi możliwościami francuskiej ofensywy. Nie ma, nie istnieje scenariusz, żadnej minimalnie realnej alternatywnej historii w której Polska może nie przegrać kampanii wrześniowej. Sama przewaga liczebna przy podobnym wyposażeniu i doktrynie by załatwiła sprawę. A w tych rzeczach przewaga także była gigantyczna, bo jeden z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata pracował nad tym przez 20 lat pokoju. 

W takim razie pozostaje inne pytanie:
Czy wojny można było uniknąć. Zasadnicza odpowiedź też jest negatywna. Po prostu, niezależnie od tego czy rządziłby Hitler czy konserwatywni rewizjoniści, i tak kwestia Gdańska i Korytarza zawsze musiałby wypłynąć. Zapewne nawet Socjaldemokracja prędzej czy później by doszła do tego tematu. 

W takim razie zejdźmy do najniższego wspólnego mianownika. Czy można było doprowadzić do takiej sytuacji, w której wojna byłaby zupełnie nieopłacalna dla Niemiec? Próbą takiej polityki była akceptacja brytyjskich gwarancji, działanie zupełnie rozsądne w sytuacji obudzenia się wiosną 1939 roku.  I zupełnie skazane na klęskę jak pokazała historia. 

Skoro maksymalna możliwa groźba dyplomatyczna i polityczna nie zadziałała to czy coś wogóle mogło zadziałać? Wydaje się, ze nie. Ale spójrzmy na to samo co zawsze.
Niemcy nawet w pierwszej wojnie światowej miały potężne problemy z ropą. I nawet wtedy miała ona już poważne znaczenie. I śmiało możemy powiedzieć, że od 1930 roku, roku nowych stawek celnych USA, cała światowa polityka toczyła się wokół dostępu do paliw płynnych. Każdy minimalnie rozgarnięty człowiek zaglądał do powszechnie dostępnych danych statystycznych i zauważał, że w Niemczech ropy praktycznie się nie wydobywa, za to jest jej pewna ilość w Austrii. Następnym krajem z jakimikolwiek złożami ropy jest Polska. Tu jest o tyle ciekawa sprawa, że praktycznie całość wydobycia znajduje się na terenach do których ma roszczenia ZSRR. 
Z powyższego wynika dość jasna polityka. Po pierwsze Polska musi mieć siły zbrojne wystarczające na skuteczną, w miarę samodzielną, lub z pomocą Japonii i Rumunii (siłą rzeczy niezbyt istotną) obronę przed ZSRR. Po drugie Polska musi mieć siły wystarczające aby powstrzymać impet pierwszego uderzenia niemieckiego i następnie utrzymać front do czasu zwycięstwa sojuszników, czyli Francji. I wreszcie musi istnieć plan na wypadek porozumienia Niemiec i ZSRR. Oczywiście już te dwie pierwsze rzeczy były mało realne, choć gdyby przygotowania rozpoczęły się w 1930 roku i jedynym przeciwnikiem byłby Niemcy? Plus mnóstwo szczęścia.
Ale czy była jakakolwiek szansa w rzeczywistej historycznej sytuacji porozumienia Niemiec i ZSRR?
W historycznym 1939 już nie. I raczej nikt o zdrowych zmysłach sobie by tego nie potrafił wyobrazić. Ale zaczynając wystarczająco wcześnie?

Tylko od czego. Oczywiście można było zacząć od zbudowania państwa, które by popierało rozwój i prowadziło świadomą politykę, ale z politykami pokroju Witosa, Piłsudskiego i jeszcze gorszych postaci jak Dmowski i okolice to było niemożliwe. 

Skoro to było niemożliwe, to pozostało zastanowić się co było możliwe i miało sens. Spełnianie żądań Hitlera w ich oficjalniej postaci żadnego sensu nie miało. Nie dlatego, że były jakieś szczególnie ekstremalne. Włączenie Gdańska do Niemiec i tak by nastąpiło. Ale eksterytorialne połączenie przez Korytarz było i to zupełnie rozsądnie poza jakąkolwiek granicą ustępstw. To by oznaczało potężne wzmocnienie militarne Niemiec i potężne osłabienie strategiczne Polski, niezależnie od dokładnego kształtu takiego porozumienia. I następną eskalację żądań w jeszcze gorszej proporcji sił. 

W takim razie- dlaczego Korytarz miał aż takie znaczenie? Ponieważ obecny tranzyt organizowany przez polskie władze, a właściwie PKP po pierwsze pozostawał pod nadzorem Polski i nie pozwalał na specjalnie dużą militaryzację Prus Wschodnich, a po drugie był płatny. I to drogo. I to w walutach wymienialnych. Eksterytorialne połączenie by pozwoliło na przerzucenie do Prus Wschodnich dowolnych ilości sprzętu i żołnierzy w krótkim czasie, jednocześnie jeszcze bardziej ograniczając możliwości finansowe Polski. W takim układzie hipotetyczna kampania polsko-niemiecka w 1940 trwała by tydzień, a nie miesiąc.

Ale skoro już pojawił się temat walut wymienialnych, to czas go pociągnąć. Ponieważ była to najważniejsza rzecz, która kształtowała politykę lat 30-tych. Tak, najważniejsza.
W tym czasie właściwie cały postęp był związany z motoryzacją. Zwiększenie wydajności transportu, rolnictwa, wojska, koncentracji przemysłu, przyspieszenie budowy nowych fabryk i możliwość używania autobusów dla komunikacji do nich, etc. Wszystko, w tym również dość nieliczne inwestycje w sieć kolejową i żeglugę śródlądową często były związane z używaniem paliw płynnych. 

Co oznacza, że w ogóle jakąkolwiek szansę na rozwój, modernizację i wreszcie poprawę jakości sił zbrojnych miał tylko ten, kto miał dostęp do paliw płynnych. I to najlepiej tanich. 
I teraz najzabawniejsze. Dwóch największych producentów ropy to był kolejno USA i ZSRR. Następne na liście był państwa inne państwa obu Ameryk, całkowicie powiązane gospodarczo i walutowo z USA. Gdzieś całkiem wysoko była Holandia i jeszcze w okolicach 10 miejsca Rumunia. Eksportowych ilości ropy nie miał już prawie nikt. 
Co w bardzo dużym uproszeniu oznaczało, że albo kraj miał dolary albo umowę handlową z ZSRR. Albo rzucał się na jakieś rozwiązania, które mogły zapewnić jakąś alternatywę. Ale zwykle wymagały kapitałów w ekstremalnej skali, jak masowy program elektryfikacji kolei do każdej wioski w Szwajcarii.
Co nas sprowadza do pytania co można było sprzedać do USA? W opłacalny sposób- praktycznie nic. Od 1930 roku obowiązywały tam cła w średniej wysokości 65% i nie istniała możliwość opłacalnego importu czegokolwiek co mogło być produkowane w USA. Więc wchodziły w grę produkty luksusowe, zaawansowana technologia i kauczuk. Koniec listy. Jeśli ktoś desperacko potrzebował dolarów to mógł jeszcze się bawić dumping i było to dość powszechne. Producentami kauczuku była głównie Wielka Brytania i Holandia, więc te kraje jeszcze miały zupełnie przyzwoitą możliwość zaopatrzenia w ropę. 
Niemcy praktycznie nie miały ropy, ani żadnych towarów pozwalających ją nabyć. Więc się dusiły. Co więcej zobowiązana z tytułu Traktatu Wersalskiego były płatne w walutach wymienialnych, czyli w dolarach. W tym zobowiązania wobec Polski z tytułu tranzytu. 
Oczywiście można spojrzeć na jakieś głupoty wypisywane w książkach i zobaczyć, że frank francuski był wymienialny przez kilka lat, funt brytyjski przez chwilę. Złotówka przez prawie cały czas, itd. Ale jedynym skutkiem takiej wymienialności, było to, że posiadacze tych walut mogli bez zezwoleń wymienić je na jedyną walutę, która miała prawdziwą wartość (bo można był za nią kupić ropę) i szybko wywieźć z kraju, który by to nie był. Więc utrzymywanie wymienialności waluty po 1930 to było tylko i wyłącznie drenowanie własnych rezerw. Co polski rząd robił aż do 1936, kiedy wreszcie udało się zmienić politykę gospodarczą na zupełnie rozsądną.  I zauważmy, że był to pierwszy rok w historii 2 RP, kiedy żaden z panów wymienionych na początku nie miał na nią wpływu...
To powiedziawszy- domaganie się twardej waluty za tranzyt oczywiście powodowało, że wojna z Polską zwyczajnie będzie się opłacać. 

Ze strony Polski rozsądnym, nie wiem czy jedynym, ale na pewno jednym z nielicznych rozsądnych byłoby zrobienie czegoś dokładnie odwrotnego. Przyjmowanie marek w rozliczeniu nie tylko za tranzyt, ale i sprzedawanie ropy naftowej (a najlepiej tylko benzyny) za marki. Brzmi szalenie, bo marki w 1936 roku były równie poważane na międzynarodowym rynku walutowym jak złotówka w 1982. Nie chodzi oczywiście o bezwartościowe świstki, tylko o to, że Niemcy mogli zamiast dolarami czy złotem, których zwyczajnie nie mieli, płacić maszynami, traktorami, ciężarówkami, czy najlepiej całymi fabrykami razem z licencjami. 
Byliby szczęśliwi jak świnie w deszcz. A interes by się Polsce opłacał kilkukrotnie. COP i tak był budowany i i tak powinien być zbudowany. Równie dobrze mogli go zbudować Niemcy, czy dostarczać obrabiarki. Co za różnica? Albo można było rozpocząć uprzemysłowienie na większą skalę. Niemcy po przyzwyczajeniu się do takich transakcji, uwzględnieniu tej benzyny w planach gospodarczych nie byli by w stanie się bez niej obejść. Bo nie byli. I faktycznie staliby się gwarantem polskiej granicy wschodniej, bo tam były złoża ropy. 
Co więcej, potencjał produkcyjny, inżynierski i projektowy zużyty na dostawy do Polski nie mógłby być użyty na  zbrojenia. A historia współpracy Niemiec z ZSRR, a także np. Szwajcarią pokazała, że niechętnie, ale kiedy musieli to sprzedawali nawet najnowsze technologie zbrojeniowe. Szwajcarom sprzedali Me-109 w 1939 roku! Za pomocą których były zestrzeliwane niemieckie samoloty, zresztą.

Oczywiście pozostaje pytanie- a co ze zużyciem benzyny w Polsce. Nic. Benzyna była potrzebna do samochodów osobowych, które usiłowała kupować elita urzędnicza. No to by nie kupowała. Taksówki spokojnie mogły jeździć na holzgazie, na niemieckiej licencji, zresztą naprawdę kupionej w tym czasie. A całość transportu towarowego i rolnictwa spokojnie można było rozwijać w oparciu o silniki żarowe, również niemieckiego projektu. Co w istocie w Polsce zrobiono kilka lat później w postaci ciągnika Ursus -45.

To co tu proponuję to jest w istocie układ benzyna (+ewentualnie inne surowce) za pokój i transfer technologii. Od strony gospodarczej to jest DOKŁADNIE układ zawarty miedzy Niemcami i ZSRR. Który też nie został dotrzymany i to jest poważny znak zapytania nad sensownością takiego postępowania.

Ale innego nie było. Jedyna prawdziwą alternatywą były jedynie rządy, które by rozumiały zasady rozwoju kraju, politykę międzynarodową i ekonomię i to od początku, od 1920 roku. W 2RP rządy mające pojecie o ekonomii były po 1936 roku, rozumiejące politykę międzynarodową i sprawy wojskowe- nigdy.  

A może taki układ by pozwolił dłużej funkcjonować niemieckiej gospodarce i odwlec wybuch wojny o rok lub dwa? Patrząc na to, że od wiosny 1939 r. nawet w polskiej armii zaczynały się pojawiać jaskółki rozsądku, to kto wie, może kampania w 1941 mogła by trwać z trzy miesiące?  A to może by coś zmieniło na Zachodzie?

Te jaskółki rozsądku to Obrona Narodowa, w końcu broń o kalibrze 20 mm, pierwsze niszczyciele czołgów, postępująca roweryzacja, plany umocnień. I oczywiście w ogóle prace nad planami obrony. Wbrew pozorom b. poważne rzeczy. Może by doprowadziły do zaistnienia prawdziwej doktryny wojskowej i jakiś reform w stronę sprawnego wojska. Kto wie? 

Imperium Amerykańskie

Przywództwo imperialne USA, opiera się, jak praktycznie każde stabilne (w sensie trwające pomimo zmian władców i rządów u wszystkich zainteresowanych stron) imperium na trzech filarach:
1. Finansowym, czyli miejsce będące głównym ośrodkiem handlu, wymiany pieniędzy i źródłem kapitałów rozwojowych i inwestycyjnych
2. Dyplomatycznym, czyli dominującym ośrodkiem i dysponentem "soft power", ośrodkiem rozwiązywania sporów i negocjowania porozumień.
3. I dopiero na końcu militarnym. Który nie oznacza samej siły, a to że zawsze będzie się w stanie obronić swoich klientów i sojuszników. Co oznacza w razie potrzeby możliwość i umiejętność zebrania sojuszników.
Kiedy te trzy elementy istnieją możemy mówić o imperium. Kiedy się zawalą, nie możemy. Proste. Z tego wszystkiego potencjał militarny jest najmniej ważny. Mając siłę ekonomiczną i polityczną, przekształcenie jej w militarna nie jest aż tak trudne. Bez tego pierwszego jak najbardziej można zbudować potencjał militarny, a nawet dokonać wielkich podbojów, ale nie ma najmniejszej możliwości utrzymania tych zdobyczy i stabilności imperium.

Mniej więcej w takiej kolejności następowała dekonstrukcja imperium brytyjskiego. Najpierw gigantyczne długi pozostałe po 1 w.ś. drastycznie zmniejszyły ilość dostępnego kapitału inwestycyjnego, co bardzo nieprzyjemnie wpłynęło na gospodarkę pozostałych terenów Imperium, bo nie było kapitału inwestycyjnego, czyli tez poważnego wzrostu gospodarczego. Drastyczne cięcia budżetowe w czasie wielkiego kryzysu jeszcze pogorszyły tę sytuację i postawiły wielki znak zapytania nad kwestią możliwości eksportu kapitału przez UK i utrzymania stabilności funta, a co za tym idzie całego systemu powiązanych walut.

Następnie przyszło Monachium i poważne zachwianie wiary w możliwości i umiejętność arbitrażu politycznego przez Wielką Brytanię (i Francję też). BTW: każdy minimalnie stojący na ziemi człowiek by zaczął podejrzewać, że sytuacja ekonomiczna i militarna UK i Francji są znacznie gorsze niż było to oficjalnie znane i będąc np. w sytuacji Polski rozpocząłby politykę natychmiastowych zbrojeń za wszelką cenę (inflacji, spowolnienia inwestycji, czegokolwiek) i odwlekania wojny w każdy sposób (i dopiero w tym kontekście możemy rozważać ustępstwa wobec III Rzeszy i ZSRR, a nie w bajkach i bredniach "Pakty Ribentropp- Beck, czy innych takich). Ale to dygresja.
A później była wojna. Od upadku Polski, któremu nie potrafili zaradzić, przez serię klęsk na wszystkich frontach, z oczywiście z francuskim na czele, aż do upadku Singapuru. To ostatnie wydarzenie było zamknięciem kwestii Imperium Brytyjskiego. Od tego czasu było tylko Imperium Brytyjskie w likwidacji. Akurat kilak tygodni później zaczął napływać w poważniejszych ilościach amerykański sprzęt, a następnie wojska i UK znalazło się w obozie zwycięzców. Ale świat nie wierzył już ani w brytyjski kapitał, ani w dyplomację, ani w armię czy nawet flotę.  Krok po kroku wszyscy się rozeszli w swoją stronę, a głównie do strefy dolara.

A teraz spójrzmy na imperium amerykańskie
Mamy ogólnoświatową walutę, czyli dolara. Mamy główny ośrodek inwestycyjny i rozliczeniowy, czyli Nowy Jork, gdzie kapitał zawsze się znajdzie. Jeśli odpowiada interesom Imperium.
Mamy w tym samym mieście siedzibę ONZ, a nawet jeśli byśmy nie mieli, to faktycznie każde porozumienie międzynarodowe wejdzie w życie jeśli jest zgoda Waszyngtonu i zwykle nie, jeśli jej nie ma. To samo można powiedzieć o porozumieniach międzynarodowych, a nawet składach rządów w Ameryce Łacińskiej i niektórych innych częściach świata.
To wszystko jest wsparte astronomicznymi wydatkami zbrojeniowymi i opinią o tym, że w wojnie konwencjonalnej USA sobie poradzą z każdym przeciwnikiem, czyli ochronią każdego sojusznika.

A teraz zadajmy sobie pytanie, jak hipotetycznie, mając wpływ na władzę byśmy chcieli zniszczyć ta możliwość projekcji imperialnej i jednocześnie dzisiejszy porządek świata.
Ale po co? A na przykład po to, aby powstał świat wielobiegunowy, bez jednego ośrodka imperialnego, w którym słabsze państwa mogłyby bezkarnie zajmować się projekcją swojej siły. Czyli w sumie tym samym co Niemcy w drugiej połowie lat 30-tych.

W takim razie usiłujmy wirtualnie pozbawić USA pozycji hegemona.
Najpierw musimy załatwić kwestię finansów.
Skoro potęga imperium opiera się na dominacji waluty i wolnym handlu w ramach bloku walutowego (co w przypadku dolara oznacza praktycznie cały świata), to najprościej jest drastycznie ograniczyć wolny handel. Przez wprowadzanie barier handlowych, etc. Zamknąć się w ramach mniejszej gospodarki, ograniczonej do metropolii i części klientów, lub wręcz żadnych. Z czego oczywiście, jeśli naprawdę chcemy zniszczyć imperium, to zaczynamy od najbliższych sojuszników.
To w sumie załatwi kwestie wiarygodności inwestycyjnej.

Następny element to wiarygodność dyplomatyczna. Jeśli chcemy, to w tej działce nie ma problemów. Zawsze można zerwać bez żadnego racjonalnego powodu i uzasadnienia kilka porozumień międzynarodowych, postawić publicznie partnerom absurdalne i bezsensowne do spełnienia żądania i już właściwie załatwione. Można też wszcząć jakąś wojnę wystarczająco kontrowersyjną, aby podzielić własnych sojuszników.

Pozostaje kwestia militarna. Otóż tutaj potrzeba sytuacji, w której wojska mocarstwa spektakularnie sobie nie poradzą i/lub nie ochronią sojusznika. Wcale tego nie potrzeba zrobić militarnie, można także wstrzymać się od działania, gdy jest ono wskazane.

W zakresie soft power jest istotna jeszcze jedna kwestia: wiara sojuszników w stabilność ustrojową. Czyli przewidywalność w dłuższym okresie czasu. W przypadku imperium brytyjskiego był to system parlamentarny. W przypadku USA jest to demokracja traktowana jako absolut. Jeśli sojusznicy i świat zobaczy, że ustrój po prostu nie działa, to będzie to naruszenie kolejnych podstaw do imperialnego wpływu na świat. A spektakularne przypadki naruszania zasad demokracji w ostatniej historii USA są dość obfite. Z czego najważniejszym jest... nie wcale nie kwestia wpływu na kampanię wyborczą w 2016 rosyjskiego wojska. To jest czysta sprawa i zewnętrzna interwencja której ofiarą mogło paść każde państwo. Najważniejszą były wybory prezydenckie w 2000 roku i dokładnie po nich "szerzenie demokracji przez USA" stało się złośliwym, a czasem ponurym memem. Oczywiście nie załatwienie sprawy wyborów 2016 to będzie zupełnie inna sytuacja.

Teraz, zakładając, że chcielibyśmy rozmontować USA do końca, pozbawić je statusu imperium i hipotetycznie zakładając, że mamy ku temu środki polityczne. Na przykład takie, że prezydent nie rozumie co robi i zdalnie sterowany. Otóż aby to osiągnąć po rozpoczęciu wojny handlowej, przekonaniu wszystkich, że przywództwo USA jest niegodne zaufania ani nawet poważnego traktowania oraz naruszenia podstaw potęgi inwestycyjnej potrzebujemy tylko jednej rzeczy:
przekonania wszystkich, że siła militarna USA nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa sojusznikom.
To można zrobić na dwa sposoby, oba zresztą przerobione przez Wielką Brytanię w ciągu 2 lat. (nawet w 3 wersjach)
Pierwszym jest dyplomatyczne stanięcie po stronie agresora przeciw napadniętemu państwu. To można zrobić oddając Sudety. Albo uznając aneksję Krymu.
Wersja pośrednia to oficjalne wypowiedzenie wojny, ale brak realnej pomocy dla sojusznika, który przez to spektakularnie przegrywa wojnę. Oczywiście następnie trzeba byłego już sojusznika starannie opluwać propagandowo, aby ukryć własną wcześniejsza nieudolność/wiarołomstwo/słabość. To spotkało Polskę w 1939 i w sumie, gdyby nie Lech Kaczyński spotkałoby również Gruzję w 2005 (pamiętacie prezydenta USA wybranego w sfałszowanych wyborach?- wtedy nadal rządził, choć już po raczej uczciwych)
Trzecia sytuacja miała miejsce wtedy, gdy zaangażowano się z pełną siłą i wszystkimi możliwościami i skończyło się szybkim i sprawnym zarobieniem po pysku. I zostawieniem całego wyposażenia całej armii na plaży. Konkretnie w Dunkierce.
Tego trzeciego USA jeszcze nie doświadczyły i nie ma żadnego realnego powodu aby musiały. Jedynym sposobem na to jest świadome rozpoczęcie wojny, która skończy się żenującą porażką ze słabszym przeciwnikiem. A że co najmniej na papierze każdy potencjalny przeciwnik jest dużo słabszy, to oznacza przegranie po prostu jakiejkolwiek wojny konwencjonalnej. Dzięki działaniom tego samego, byłego prezydenta udało się wpakować w wojnę, która w istocie była kompromitacją dyplomacji, przywództwa i sił zbrojnych USA. Ale Irak nie był jeszcze kompromitacją kompletną. W końcu wojna konwencjonalna została spektakularnie wygrana zanim ktokolwiek zauważył że się rozpoczęła. 
To musi być po prostu przegrana wojna konwencjonalna. Wystarczy kraj, który ma jakąś względną armię (porównywalnej z USA przecież i tak nie ma nikt), jest wystarczająco daleko, aby problemy logistyczne utrudniały działania USA, ma spory obszar i trudny teren i wystarczającą populację dla utrzymania sił zbrojnych na sensownym poziomie. Ja widzę takie trzy kraje: Chiny, Rosję i Iran.
Z czego przegrać z dwoma pierwszymi to nie aż taki wstyd i można się wytłumaczyć. Ze znacznie mniejszym i biedniejszym Iranem już nie bardzo.