Rachunek po imprezie, czyli szukamy dorosłych

Jak się robi sporą imprezę to czasem się okazuje, że później przychodzą niespodziewane rachunki. Jak jeszcze jest ktoś, kto sobie z twojego imprezowania zrobił całkiem ładny strumyczek pieniędzy to trudno jest to zakończyć, a potem często przychodzą rachunki. Zaskakująco duże.

A jeśli ta impreza trwa na skalę planety przez kilka dziesięcioleci a kabzę nabija sobie nie osiedlowy dealer a wszystkie możliwe męty światowej oligarchii to i rachunek może być zabawny.

No i jest. Rachunki za imprezę naftową węglową własnie zaczynają przychodzić na poważnie. Nie żadne głodujące misie polarne, czy inna powódź w miejscu którego nazwy nie kojarzymy.

Tym razem, przez praktycznie cały 2018 rok trwała bezprecedensowa susza w Niemczech. Nie jest jeszcze pewnym, czy 2018 był najgorętszym rokiem w historii pomiarów (2003 jest blisko), ale jest pewnym że był najsuchszym. Tak, najsuchszym w historii pomiarów meteorologicznych.

Wszyscy oczywiście byli ta suszą zaskoczeni, dziś domagają się odszkodowań, a co większe tłuki oficjalnie twierdzą, że prawdopodobieństwo powtórzenia jest znikome. Oczywiście nie jest. Ale spójrzmy co się właściwie stało:
Opady w Berlinie wyniosły 300 mm/m2 czyli najmniej w historii pomiarów. A to było jedno z najmniej problematycznych miejsc w kraju. Zbiory w skali kraju spadły od 20 do 50%, a lokalnie w niektórych regionach nie zebrano nic. Ziemia jest tak sucha, że np. rzepaku nie ma żadnego sensu i nie należy sadzić, więc i w przyszłym roku zbiory będą niskie.
Wpływ suszy na rolnictwo jest oczywisty i znany dla każdego. Zabawniejsza sytuacja jest z siecią transportową.
Otóż poziom rzek był taki, że barki średnio mogły przewozić 40% normalnego ładunku, a niektóre odcinki Łaby były całkowicie niespławne. W Polsce to nie byłby problem, bo rzeki i tak są niespławne, ale w Niemczech ok 80% ładunków masowych przewozi się barkami. Z czego od dostaw rzekami jest właściwie całkowicie uzależniona produkcja BASF, TyssenKrupp, ArcelorMittal i podobnych firm, czyli zasadniczo gigantów przemysłu stalowego i chemicznego. W tym także produkcja i dystrybucja paliw. Oczywiście do tego dochodzi spadek produkcji elektryczności z elektrowni wodnych oraz w niektórych miejscach problemy z chłodzeniem elektrowni cieplnych.

Problemy z transportem wodnym spowodowały szukanie alternatyw. I tu zemściła się straszliwie polityka rządów Merkel, polegających głównie na unikaniu działań i decyzji. Nie inwestowano w autostrady, a zwłaszcza parkingi przy nich i przepustowość ciężarowa autostrad jest na wyczerpaniu. Niemiecka kolej to jest jedno wielkie spóźnienie i awaria, a jak jeszcze temperatury dołożyły swoje do wyginania szyn to przepustowość kolejowa się wyczerpała. Tu także marne zarządzanie i brak inwestycji się własnie zemścił.

I to jest opis prawdziwego problemu. Naukowcy o nadchodzącej katastrofie ostrzegali od lat. Ona właśnie nadchodzi, teraz na poważnie. Wiadomo było, w pewnym przybliżeniu co się będzie dziać. Wiadomo było, że trzeba przygotować do tego infrastrukturę, bo obecnie istniejąca zostanie nadwyrężona i trzeba mieć zapas. Niektórzy , gdzieniegdzie to robili, spora część nie. A na skalę Europy największym problemem jest to, że w grupie olewaczy były też Niemcy.
Dziś i oni dostają za to rachunek.

Dziś rząd niemiecki się trochę obudził, nacisk społeczeństwa też jest istotny. I nadchodzą zmiany. Jedna rzecz to częściowy powrót do odpowiedzialnej polityki klimatycznej, gdzie w końcu wyznaczono datę zaprzestania spalania węgla (2035 lub 38, zależnie od ewaluacji w 32) i rozpoczęto poważne zmiany w sektorze transportowym. Dokładniej podwyższono opłaty za autostrady dla ciężarówek i jednocześnie zwolniono z nich napędzane prądem lub metanem.
Znów za mało, za późno, ale przynajmniej coś.
Co oznacza, że do obecnych władz Niemiec dotarło z grubsza rzecz biorąc to, co robił rząd Schroedera. Zajęło zaledwie 13 lat, gratulacje. Problem polega na tym, że w czasach Schroedera wdawało się, że dla ochrony klimatu energia odnawialna nie wystarczy i absolutnie konieczne jest oparcie się na gazie ziemnym aby w maksymalny możliwy sposób zredukować emisje CO2
Dziś wiemy, że takiej potrzeby nie ma, albo możemy powiedzieć, że dziś mamy wystarczająco wprowadzonej na masową skalę technologii aby to nie było potrzebne. I nie jest, możemy jednocześnie rezygnować z wszystkich paliw kopalnych.
Ale czego można się spodziewać po rządzie i kanclerz, która przez kilkanaście lat nie potrafi podjąć jednej jasnej decyzji i się jej trzymać? Oczywiście tego, że teraz, w takiej sytuacji zaczyna coś chrzanić o niezbędnym dla gospodarki rosyjskim gazie ziemnym.

Odnoszę wrażenie że coraz trudniej dziś w polityce o dorosłych ludzi.

Witamy w Nowym Roku! To będzie ROK!

Rozpoczął się nowy rok. Tradycyjnie możemy się zastanowić jaki będzie. Tym razem to jest znacznie łatwiejsze niż rok, a zwłaszcza dwa lata temu. 

Otóż dobiega końca dość ważny proces historyczny. Przełom już nastąpił, ale zmiana bywa chaotyczna i czasem dość brzydka.

Wraz z kryzysem 2008 roku umarła liberalna demokracja. Nikt tego tak od razu nie zauważył, ale minęło 10 lat i trudno z tym dyskutować. Była ona reprezentowana i kontrolowana przez konsensus polityczny tradycyjnych partii socjaldemokratycznych i chadeckich. Jedni i drudzy żyli w zgodzie z wielkim przemysłem i związkami, działając w roli arbitra i utrzymując spokój społeczny i zadowolenie, pozwalając przemysłowcom na zyski, ale żądając inwestycji, a od związków żądając szacunku dla interesów pracodawców, ale zapewniając solidny udział płac w zyskach. 
W 2008 roku system się załamał. Jego ważny element, czyli prywatne inwestycje przemysłowe właściwie przestał istnieć. To nie było nic spektakularnego, oficjalnie nic się nie zmieniło, oficjalnie co najwyżej wszystko się przeciągało. Ale w ramach tego przeciągania korporacje żądały więcej, dając coraz mniej. Kontrakt został złamany, ale dotychczasowe partie nie miały na to żadnej odpowiedzi. 
Z grubsza rzecz biorąc dlatego od 10 lat trwa upadek moralny i pogrom wyborczy dotychczasowych partii liberalno-demokratycznych. Partie chadeckie, czy umiarkowanej prawicy spotkał ten sam los co socjaldemokratów lub jeszcze gorszy. Ta gorsza wersja wystąpiła chyba we wszystkich krajach anglosaskich. Otóż ich wewnętrzną radą na upadek dotychczasowego modelu było całkowite podporządkowanie się interesom już nie produkcyjnych korporacji a kryminalnej oligarchii. Która jeszcze miała pieniądze i zainteresowanie polityką. W to weszła także transformacja dotychczasowych korporacji w poszukiwaniu dochodów. Najbardziej spektakularnym przykładem są tu Republikanie w USA, gdzie z dotychczasowa ekspozytura banksterki i przemysłu zbrojeniowego implodowała w 2010 roku i w następnych wyborach, w 2012 została zastąpiona przez kompletnie zdziczałych świrów. 
Zauważcie jednak, że dotychczasowa, korporacyjna socjaldemokracja tak bardzo już nie miała nic do zaproponowania, że przegrała wybory, pomimo tego że po prawej stronie radykalizacja postępowała i zdziczałe świry przegrały walkę o przywództwo z zwykłym, prymitywnym kanciarzem, tylko dlatego, że był radykalnym i wiarygodnym rasistą. 

To nie jest zjawisko wyłącznie amerykańskie. Identyczny proces polityczny odbywa się dookoła świata. W różnych odmianach. Prawie wszędzie tradycyjna socjaldemokracja imploduje, razem z nią chadecja, lub ta druga zmienia się w dzikusów. Ale częściej jest zastępowana przez nowe partie radykalnych świrów. Które nie mają żadnego sensownego pomysłu na rządzenie oprócz agresji na system i wobec "innych". Ale to jest często zbieżne z oczekiwaniami ludzi. W praktyce okazuje się, że jest to ta sama polityka posłuszeństwa wobec sponsorów i jeśli jakichkolwiek reform to wyłącznie w celu demontażu jeszcze działających elementów systemu liberalnej demokracji. Na liście sponsorów takich partii obowiązkowo jest Kreml i on też najbardziej korzysta na obecnej koniunkturze politycznej. 

Takie rządy są prawie identyczne w praktyce politycznej. Pewną odmiennością jest jedynie Polska, gdzie taka sama prawicowa banda dzikusów do tej samej polityki dołożyła elementy siatki zabezpieczenia socjalnego. Jest to ważna odmienność, ale jedyna. Tak samo jak francuski Front Narodowy brał miliony dolarów pożyczek z Moskwy, tak jak Trump wspiera Putina gdzie może, tak samo rząd PiS realizuje politykę energetyczną, której ja bym nie nazwał prorosyjską, bo to by mogło sugerować jakąś refleksję i wybór kierunku polityki. Nie, PiS realizuje po prostu moskiewską politykę energetyczną na terenie Polski. W innym dziedzinach pewnie też, albo tylko robią głupoty, jak to prymitywne dzikusy.

W takim razie gdzie tu widzę przełom? I jaką zmianę?
Otóż kluczową figurą w tej układance jest Donald Trump, a właściwie nie on, tylko sytuacja w USA. On jest o tyle istotny, że był z jednej strony doskonałym kandydatem Partii Republikańskiej, a z drugiej strony jest jej uosobieniem i przywódcą. Na tyle, że kto sprzeciwiał się jego wizji, ten zazwyczaj miał okazję już zakończyć karierę polityczną. 
Oraz USA są imperium. Posiadaczem światowej waluty rezerwowej i nadzorcą światowej ekonomii. Kto rządzi w Waszyngtonie, ten ma spory wpływ na Nowy Jork, a kto dominuje na Wall Street ten dominuje w światowej ekonomii. I może pomóc lub przeszkodzić określonym krajom i ludziom w sukcesie. 
Na dziś jest to znakomicie działająca faszystowska międzynarodówka, łącząca aktualne rządy w Moskwie, Waszyngtonie, Rzymie, Budapeszcie, Brasilii i Warszawie. Może niedługo i w Paryżu. 

Pozornie to jest teraz narracja i porozumienie rządzące światem. Pozornie, bo pozostaje pytanie-- jaka narracja? przecież jedynym co ich łączy, to sprzeciw wobec liberalnej demokracji. Która w wydaniu sprzed 2009 roku jest martwa. Tak samo w Rosji, w USA, jak też w Polsce. 
Aby się utrzymać musza utrzymywać poziom agresji i złości w społeczeństwie, bo bez tego ich własna próżnia intelektualna ich zassie.
To zasysanie trwa, można spojrzeć na którykolwiek z tych ruchów i za pierwszym garniturem, który jeszcze bywa sprawny intelektualnie, a przynajmniej sprytny, widać co najwyżej kompletnych przygłupów pchających się do władzy i sprawnie awansowanych. 

Potencjał intelektualny i wizja jest zupełnie gdzie indziej. Jedyną wizją polityki adekwatnej do czasów po 2009 obecnie dysponują progresywiści i partie ekologiczne. To jest projekt Green New Deal, który właściwie łączy wszystkie takie partie dookoła świata. Na razie bardziej w formie zawołania bojowego niż kompletnego programu, ale sama nazwa dość dobrze objaśnia treść. Może być lokalnie wprowadzony gdzieś w Europie, ale faktyczną ogólnoświatową zmianę spowoduje jego uruchomienie w USA.

I tu powoli wracamy do Trumpa. Dotychczasowe elity Partii Demokratycznej to jest ta właśnie typowa socjaldemokracja. I brak pomysłu na dalszą politykę, co było doskonale widać w kampanii Clinton. 

Jednak to co się stało, to drastyczne zwiększenie liczby polityków i aktywistów w tej partii. Ale praktycznie wyłącznie spod znaku progresywistów. To byli w prawyborach ci którzy głosowali na Berniego Sandersa. Dziś jest to około 40% deputowanych Partii Demokratycznej. W przyszłych wyborach prawdopodobnie będzie większość.  

Co pozostawia kwestię poważnej zmiany kursu światowej polityki zależną od wyborów do Senatu i prezydenckich w 2020 roku. A kampania rozpocznie się już wkrótce.

Wybory do Senatu są zależne od potencjalnej implozji Partii Republikańskiej, a ta w sporym stopniu od losu Donalda Trumpa. Taka implozja już w ostatnich wyborach nastąpiła w Kalifornii. Partia Republikańska zasadniczo przestała tam istnieć. Tyle że tam nie ma problemu złości na niesprawiedliwość gospodarczą. Są problemy kryzysu opieki zdrowotnej, jak wszędzie, coraz poważniejszy kryzys klimatyczny i straszna sytuacja na rynku mieszkaniowym. Ale tam Partia Demokratyczna miała jakiś pozytywny plan i odpowiedź na te problemy. 
Dziś zaczyna mieć w całym kraju. I to jest alternatywa dla prawicy. Dopiero to. Socjaldemokracja nie jest alternatywą od 2009, a do zeszłego roku nie było żadnego powszechnego programu.
Właściwie był, ale niekompletny. Dziś niemieccy Zieloni, najsilniejsza frakcja w Partii Demokratycznej USA ma ten sam program. Ciekawy i atrakcyjny dla wyborców. I alternatywę dla prostej złości na zepsuty system.
W dłuższej i średniej perspektywie wynik może być tylko jeden. 
Pytanie co nastąpi teraz?

Otóż teraz mamy sytuację taką, że dużą część prestiżu całego tego łańcucha partii trzyma się na osobie Donalda Trumpa. A mamy właśnie nowy Kongres, gdzie Izba reprezentantów będzie się zajmować przez sporą część swojego czasu dochodzeniem w sprawie osoby powiązań, historii i majątku Donalda Trumpa. I z każdym dniem będą wypadać coraz bardziej kompromitujące trupy z szafy. I jego partia będzie tego bronić. Co będzie z dnia na dzień coraz trudniejsze i coraz śmieszniejsze. Na razie Michael Cohen zapowiedział zeznawanie w Kongresie na 7.02. Potem pewnie następni. 

Tak będzie wyglądać ten rok.
Rok postępującej implozji chadeków i socjaldemokracji, kolejnych, ale już ostatnich sukcesów faszystowskiej międzynarodówki i budowy poparcia dla Green New Deal.

Ale większość zobaczy tylko chaos...

Co dalej z Trumpem?

Drobna wzmianka o sytuacji politycznej w USA. 
Bardzo szkoda, że Trump tak szybko zbliża się do wylotu z urzędu. Ja go w tej chwili lubię na stołku. Nie dlatego, że coś szczególnego się zmieniło. Otóż dlatego, że w tej chwili bez jednej dorosłej i odpowiedzialnej osoby w rządzie i wkrótce z Izbą reprezentantów patrzącą mu na ręce, a zaraz potem raportem Muellera. będzie co prawda nadal szkodnikiem ale bez realnych możliwości oddziaływania. A Prezydent Pence ruszy z czystą kartą. I zdąży zrobić naprawdę dodatkowe sporo złego.

Na razie Trump ma na koncie tylko popsucie relacji z sojusznikami, ale tu skazanie go naprawi sprawę, wojnę handlową i wkrótce recesję, ale to jest do przeżycia i odkręcenia, oraz zdradę kurdyjskich sojuszników i oddanie Rosji solidnej części wpływów na bliskim wschodzie. To jest problem, potężnie wzmocnił Rosję, osłabił USA i to w zakresie, który jest nie do naprawienia. 
Ale jeszcze kilka dni i już nie zrobi żadnego takiego numeru, bo w każdej chwili będzie nad nim wisieć proces i potencjalnie więzienie. Nad Pencem nie, a jest dokładnie z tej samej bajki, może oprócz wieloletniego brania forsy z Kremla.
Tak czy inaczej teraz jest czas aby rozejrzeć się wokół, przypomnieć sobie kto go wychwalał i bronił, a jeszcze zabawniejsze będzie obserwowanie zmiany frontu w najbliższych tygodniach. 
Tak czy inaczej ja teraz trzymam kciuki za trumpa, aby jak najdłużej nie pękł i nie rezygnował ze stołka.
Ale warto wiedzieć jakie są opcje na talerzu.
Najbardziej prawdopodobny jest Nixon- bis. Czyli trzymanie się stołka tak długo tylko można i dopiero zapowiedź Republikanów o głosowaniu za impeachmentem spowoduje rezygnację. To by potrwało, i to sporo. Całkiem dużą cześć procedury, przesłuchanie w Izbie Reprezentantów, pisanie aktu oskarżenia, itp. Jak dla mnie rewelacyjne wyjście. Gdyby to potrwało do wyborów to jestem zadowolony.

Szybsza rezygnację. Co by mogło być częścią ugody sądowej za zmniejszenie wyroku. Bardziej prawdopodobne, jeśli najpierw za kratami wyląduje reszta rodzinki, znaczy synkowie, córka i zięć. Kwity są na każdego. Tu prezydent Pence mógłby wszystkich szybko ułaskawić, ale Uberprzygłup chyba nie jest zdolny do takiej kombinacji. A raczej dotrze do niego, ale jak będzie dużo za późno.

Brak ścigania i dokończenie kadencji. To na dziś jest nieprawdopodobne. Kilka dni temu wypłynął list intencyjny w sprawie budowy kolejnej Trump Tower. W Moskwie. Podpisany osobiście przez Donalda J Trumpa w czasie kampanii wyborczej.  

Teoretycznie możliwe jest jeszcze zabawniejsze wyjście. Czyli ściganie w zwykłej procedurze karnej. Granice gdzie impeachment jest obowiązkowy są dość mętne. I można za część lub wszystko ścigać zwyczajnie, jak każdego. To raczej by tez oznaczało ugodę z rezygnacja, ale równie dobrze mógłby odbyć się kompletny proces i wsadzenie za kraty urzędującego prezydenta. W takim przypadku impeachment byłby już formalnością i odbyłby sie w przyspieszonym tempie, ale to zawsze inna, zabawniejsza opcja.

To co mogłoby naprawdę zmienić obraz sytuacji to zdjęcia zarówno Trumpa jak też Penca. Obowiązki prezydenta przejmuje wtedy Nancy Pelosi. Oczywiście Republikanie w Senacie do tego nie dopuszczą, i nawet jeśli by to tak miało wyglądać, to zrobią odstęp choć jednego dnia na mianowanie nowego wiceprezydenta. 

Na koniec jest jeszcze tryb 25 poprawki, czyli z grubsza rzecz biorąc zdjęcie prezydenta przez jego własny gabinet. W sumie coraz bardziej możliwe. Bo o ile Nixon po prostu zaczął pić na umór i na kilka miesięcy stracił kontakt ze światem, więc nie był dla nikogo zagrożeniem (po tym jak Kissinger zabrał mu walizkę atomową), to Trump generalnie nie pije od czasu kiedy jego brat zachlał się na śmierć. To oznacza, że będzie aktywny, ale coraz bardziej funkcjonujący w świecie swoich fantazji i i alternatywnej rzeczywistości. To już dziś jest niebezpieczny poziom, jeszcze trochę i go po prostu trzeba będzie zdjąć. Miejmy nadzieję, że w razie czego nawet takie typy jak obecny gabinet będą w stanie to zrobić. 

Tak czy inaczej, jak napisałem na początku, ja trzymam kciuki za dotrwanie przez niego do końca kadencji albo w okolice. Rezygnacja czy zdjęcie z urzędu w czasie zaawansowanej kampanii wyborczej nie będzie złe. Kiedy to nastąpi jak już będzie wybranym kandydatem GOP do reelekcji to w sumie OK. 
Zmiana teraz by jeszcze dała czas na odcięcie się i pokazanie Trumpa jako drobnego wypaczenia dobrej partii. 

O wyborach w Urugwaju. I w sumie wszędzie indziej też.

Drodzy czytelnicy!

Wszędzie zawsze się zbliżają jakieś wybory, w Urugwaju w sumie też. Choć akurat tutaj sytuacja jest o tyle zabawna, że nie wiadomo, czy będą, czy już były. 

O tyle nie wiadomo, że formalnie to dopiero będą, ale faktycznie nikt sobie nie wyobraża co by się musiało stać, aby kandydat Frente Amplio ich nie wygrał. To znaczy w miarę wiadomo, musiałby być to polityk pokroju obecnego ministra finansów, Daniela Astori, którego popularność jest raczej jednocyfrowa, ale to do momentu aż powie coś konkretnego publicznie, bo wtedy spada do ujemnej.
Ale był święcie przekonany, że jako jednemu z trzech najstarszych i najważniejszych polityków FA prezydentura mu się po prostu należy. Bo dwóch pozostałych, Jose Mujica i Tabare Vazquez już to stanowisko piastowało. 

Moim zdaniem był jedynym politykiem FA, który w ogóle mógł przegrać wybory prezydenckie. Ale kandydatem nie będzie. Czaił się, podchodził, ale w końcu Mujica go podpuścił, żeby publicznie się zadeklarował. Powiedział parę rzeczy, które można było zrozumieć jako poparcie, a następnie zapowiedział, ze spotka się z nim jak oficjalnie ogłosi swoją kandydaturę. Astori to zrobił, opowiedział mediom, że teraz wybiera się do Pepe prosić o poparcie i poszedł. Spotkanie się odbyło, a po nim Mujica powiedział publicznie, że Astori się nie nadaje. I to tyle na temat tej kandydatury. Jeśli najpopularniejsza publicznie postać w twoim bloku politycznym mówi, ze się nie nadajesz, to możesz iść na emeryturę. 
To była pierwsza runda. 

Ale najpierw dygresja, konieczna dla zrozumienia sytuacji. Frente Amplio najbliżej do czegoś co byśmy nazwali koalicją wyborczą, ale nieco bardziej sformalizowaną. Otóż powstała w 1971 roku i, z przerwą na trepokrację, istnieje do dziś. Pierwotnymi założycielami była Partia Socjalistyczna, Partia Komunistyczna i Partia Chrześcijańskich Demokratów, do tego doszło przez lata sporo mniejszych ugrupowań, Chrześcijańscy Demokraci zmienali nazwy z częstotliwością w miarę identyczną jak kolejne partie z udziałem Leszka Balcerowicza i obecnie nazywają się Frente Liber Seregni. Główna postacią FLS jest już wspomniany Astori i tu podobieństwo do Balcerowicza staje się jeszcze bardziej uderzające, bo polityka obu jako ministrów finansów była bardzo zbliżona, a wpływ na osobistą popularność właściwie identyczny. Ale Astori już zakończył karierę polityczną. Ministrem jeszcze jest, ale po tym jak go urządził Mujica, politykiem już nie.
W 1989 po kilku latach debat, do Frente Amplio przyjęto ugrupowanie Mujicy, Movimento de Participacion Popular (Ruch Powszechnej Partycypacji?, nie wiem jak to w miarę dobrze przetłumaczyć). W czasach nam bliższych jeszcze powstała frakcja Casa Grande, która programem jest praktycznie tożsama z MPP, ale jest ofertą dla ludzi, którzy nie chcą popierać faceta, który torturował przysłanych przez CIA specjalistów od tortur, z okazji wizyty prezesa GM spalił budynek przedstawicielstwa, obrabował całkiem sporo nomenklaturowych firm i pralni pieniędzy, a także uczestniczył w niezliczonych strzelaninach z policją, tudzież paramilitarnymi bojówkami (gdzie w tych realiach ślad praktycznie zawsze prowadził do Waszyngtonu. Lub Langley) oraz jego kolegów.

Po przyjęciu MPP Frente Amplio po raz pierwszy wygrało poważniejsze wybory (na burmistrza Montevideo), a w 2005 wybory prezydenckie i parlamentarne. To była inna epoka w dziejach świata, przed 2009 rokiem i wtedy kompromis komunistów, lewicowych partyzantów, centrowych socjalistów i zwykłych neoliberałów miał rację bytu, bo można było wypracować plan inkluzji społecznej opartej o wzrost gospodarczy na zasadach liberalizmu. Dzięki polityce socjalnej rynek rósł, konsumpcja rosła, wszystko ładnie wyglądało i ściągało inwestycje, a polityka fiskalna była taka jak inwestorzy lubili.
Impreza na całym świecie się skończyła w 2009, inwestycji przemysłowych na zasadach liberalizmu już po prostu nie ma. Czasem można ściągnąć coś, co jest ze względu na poziom zagrożenia dla ludzi i środowiska wyrzucane nie tylko z Europy, ale i z Chin. Ale i tu konkurencja do takich inwestycji jest ostra. Więc model stracił sens.
Ale wtedy (znaczy od 2010) prezydentem był Mujica.  W ramach polityki pokryzysowej po prostu państowe przedsiębiorstwa (państwowe monopole: UTE- energetyczny, ANTEL - telefoniczny i ANCAP - paliwowy)  rozpoczęły inwestycje na gigantyczną skalę. Czego długotrwałym (znaczy dzisiejszym) efektem jest sieć internetowa i energetyczna na poziomie światowej czołówki, czyli z zupełnie innej ligi możliwości finansowych i organizacyjnych. ANCAP dla odmiany rozpoczął program produkcji alkoholu z trzciny cukrowej. Niebyt liczne, ale w północno- wschodnim regionie kraju są obszary nadające się pod tę uprawę. Od lat pogrążone w nędzy, jak właściwie większość obszarów typowo cukrowych dookoła świata. Wraz z nowymi cukrowniami-gorzelniami wróciła praca i pieniądze (żałosne, ale i tak zmieniające wiele).
Po wyborach w 2015 roku powrócił prezydent Vazquez (konstytucja zakazuje kolejnych kadencji), który razem z ministrem Astori usiłują przywrócić wzrost na zsadach liberalizmu. Tylko ze tak to nie działa. Inwestorów w konkretne rzeczy już nie ma. Tonący brzytwy się chwyta i zawarli porozumienie z firmą UPM, producentem papieru, ze zbuduje kolejną (trzecią w Urugwaju) fabryke celulozy. Porozumienie wygląda tak, że Urugwaj ma zbudować (tak naprawdę odbudować) prawie 300 km linii kolejowej w europejskim standardzie, zagwarantować określony przepływ wody w rzecze, zbudować terminal do przeładunku w porcie Montevideo, ustanowić strefę wolnocłową ze zwolnieniem z wszystkich podatków i jeszcze parę innych takich, a UPM zobowiązało się do podjęcia decyzji czy zainwestuje w budowę papierni. Serio. I jest taka sytuacja, że podejmą decyzję do marca 2020, kiedy to wszystko, co ma zbudować rząd Urugwaju ma już być gotowe. A i jeszcze rząd ma zorganizować szkołę dla kadr technicznych, oni przyślą program. Żeby było śmieszniej są tam takie kwiatki jak to, że w obu równie obowiązujących tekstach (hiszpańskim i angielskim) stawka za przewozy kolejowe różni się 10-krotnie.
Ale pomińmy drobiazgi. W tym obrazie chyba nikogo nie zaskoczy, że aktualna polityka finansowa polega na maksymalnym dojeniu państwowych firm i wstrzymywaniu inwestycji. zgodnie z liberalną mantrą: inwestycje mają być prywatne, a budżet zrównoważony. Tylko nie ma ani jednego ani drugiego. Są państwowe inwestycje na rzecz jednej prywatnej firmy, za obietnicę rozważenia przez tę prywatną firmę czy w ogóle będzie inwestować.
A deficyt i tak jest praktycznie taki sam jak za Mujicy.

W takim klimacie gospodarczym i politycznym trwa kampania przed prawyborami. Znaczy mają one wyłonić wspólnego kandydata na prezydenta z ramienia Frente Amplio. Przegrany będzie wiceprezydentem. Z racji układu sił główni kandydaci są wystawiani przez Partię Socjalistyczną i MPP, pomiędzy nimi odbędzie się starcie. Partia Komunistyczna też tradycyjnie wystawiła swojego kandydata, który tradycyjnie zajmie trzecie miejsce.
Ze strony Partii Socjalistycznej kandydatem jest Daniel Martinez, obecny burmistrz Montevideo. Postać która całkiem lubię i nie mam żadnego problemu z tym że byłby to nowy prezydent. Miasto jest o niebo lepiej zarządzane niż poprzednio i sprawy zaczęły się zmieniać w rozsądnym kierunku, rozumie jak działa współczesny świat i kraj też by mógł być zmieniony. Problem polega na tym, ze jego wsparcie i zaplecze polityczne stanowi właśnie PS i co jeszcze gorsze, Frente Liber Seregni. Więc za bardzo nie może podskoczyć i w starciu zagraniczni truciciele vs krajowy rozwój przeważnie musza wygrać ci drudzy. Aczkolwiek jest to zawodowy polityk z solidnym doświadczeniem i potrafi sobie poradzić. 
Kandydatem MPP jest Carolina Cosse, obecnie minister przemysłu, wcześniej prezes Antela. Znacznie mniej znana i doświadczona. Właściwie można powiedzieć, że nie jest zawodowym politykiem, ale potrafi się znaleźć. Za to reprezentuje sobą MPP i Casa Grande oraz bardzo, bardzo solidne kompetencje inżynierskie, w tym po prostu rozumienie świata. O Martinezie zresztą można powiedzieć to samo.
Więc wybór jest pomiędzy dwoma naprawdę dobrymi kandydatami, z czego kwestia zaplecza, programu i podejścia do ekonomii sprawia, że kibicuję Cosse. 
Wiadomo, że jedno z nich będzie kandydatem na prezydenta, a drugie na wiceprezydenta. I wiadomo, że wykluczając nagłą nadaktywność Facebooka promującego rosyjskiego oligarchę, to kandydat Frente Amplio wygra wybory. BTW: tak, właśnie ruski oligarcha, wprost powiązany z Kremlem jest startuje w prawyborach w Partido Nacional, czyli najpoważniejszej opozycji wobec Frente Amplio. Znaczy urodzony w Urugwaju i wżeniony w KGB czy inny Gazprom, ale fakt jest faktem. I to dopiero prawybory.
Zakładając jednak, że wszystko potoczy się normalnie, to całemu światu można życzyć takiego problemu wyborczego. 

Więc będą prawybory, ale na razie była konwencja programowa Frente Amplio

Z której relację przedstawi nasz specjalny korespondent, który jest wykwalifikowanym dziennikarzem (w pewnym sensie):

"Kongres niespodziewanie postanowił, że zamiast prawyborów tym razem odbędzie się walka bokserska.
W prawym narożników stanął Daniel Martinez, zawodnik wagi ciężkiej, który po godzinach pracy jako prezes Ancapu własnoręcznie przerzucał szuflą tysiące ton ropy. W lewym narożniku Karolina Cosse, która potrafi w lot przeprowadzać operacje matematyczne których nazw nigdy nie słyszeliście oraz w niewyjaśniony do dziś sposób spowodowała, że mały kraik na końcu świata ma szybszy dostęp do serwerów Google niż miasteczko w którym te serwery stoją.
Zadzwonił gong i oczywiście waga ma znaczenie. Prowadzi, tak wyraźnie widać, ze prowadzi. To nie był gong. To Jose Mujica prowadzi czołg, który właśnie z chrzęstem gąsienic rozjeżdża ekipę Socjalistów i FLS. Już tylko słychać trzask łamanych kości i znikł... Czołg znikł. Martinez też. Nikt nie wie, czy żyje. 
Z ostatniej chwili. Po trzech dniach przerzucania zwłok byłych polityków odnaleziono burmistrza. Jest cały i zdrowy, ale powiedział, że przez te całe prawybory musiał zjeść kilku swoich kolegów i nie chciałby tego powtarzać.
Cosse została ogłoszona zwycięzcą przez walkowera."

To koniec relacji
Wydaje mi się wiarygodna, nieprawdaż?

Niestety pozostałe media podały tylko, że na kongresie podejmowano uchwały programowe. I były one bardzo ciekawe. Otóż zdecydowano o podwyższeniu podatków, zwłaszcza od większych firm i paru innych drobiazgach, które są bardzo dokładnie sprzeczne z polityką obecnego rządu i bardzo zbieżne z poglądami Mujicy. Co w skrócie oznacza, że PS i FLS byli tam w izolacji i wyraźnej mniejszości. I to jest bardzo mocna prognoza na wynik prawyborów. Jeśli tak, to mi się naprawdę wszystko podoba.

A przy okazji po kongresie nagle się zdarzyły cuda. Otóż minister przemysłu, czyli Carolina Cosse zapowiedziało, że nie będą rozpoczęte żadne wywłaszczenia dopóki nie zostanie przeprowadzony pełen audyt skutków podwyższenia poziomu wody w zaporze Rincon de Bonete. Oficjalnym wyjaśnieniem tego podwyższenia jest produkcja elektryczności, ale faktycznie to jest kwestia wody dla papierni.
A w samym Montevideo ma być przebudowana główna ulica. Projekt przygotował Jan Gehl we własnej osobie, ale potem lobby samochodowe go kompletnie wykastrowało. Ostateczna wersja miała polegać na tym, że poszerzą chodnik, na ulicy będzie rozdzielony pas dla autobusów i samochodowo - rowery. Czyli faktyczne poszerzenie chodnika i namalowanie buspasu.  Kpina. Ale kiedy już Martinez się odnalazł po kongresie to w projekcie magicznym sposobem pojawił się zakaz ruchu samochodów od Starego Miasta (czyli w kierunku popołudniowego szczytu) od 16 do 19 w dni powszednie. Czyli faktyczny powrót do projektu Gehla, bez formalnej zmiany. Cóż, lobby samochodowe, jak najbardziej powiązane z obecna władzą wyraźnie przegrało i rozpoczął się konkurs plucia im do zupy. Choć Martinez zrobił w tym zakresie dużo mniej niż zapowiadał. Czy spotkał się z oporem dużo większym niż spodziewany, a teraz się nie musi nim przejmować.  

Ktoś się mnie pytał o jakiś dokładniejszy opis poglądów politycznych. Właściwie tu odpowiedziałem. Ale w skrócie uważam, że państwa nie powinny służyć do tego, aby bogaciła się garstka, a do tego, aby jak najwięcej ludzi mogło wspólnie żyć, nie przeszkadzać innym ani sobie nawzajem, nie niszczyć sobie zdrowia, ani środowiska. Obecnie na skalę światową mamy problem koncentracji kapitału i to w coraz głupszych rękach, niszczenia środowiska i klimaty na skalę zagrażającą cywilizacji, a zaraz może i życiu na planecie. Więc po prostu trzeba prowadzić politykę, która uruchomi wiedzę i kapitał i rozpocznie inwestowanie w zmianę gospodarki na rozsądniejsza. To jest polityka jaką prowadził rząd Mujicy, to jest dokładnie polityka którą proponuje w USA Bernie Sanders, a na skalę UE Yanis Varoufakis. Krajowe partie to są Zieloni w Niemczech i Razem w Polsce. Ta propozycja polityki teraz ma swoją nazwę jest to "Green New Deal" i jak najbardziej spodziewam się dalszego jej wdrażania od 2020 w Urugwaju. 
I jak ktoś sie mniej zapyta o poglądy, to nie zawsze się we wszystkim zgadam z wymienionym towarzystwem, ale że oni wszyscy mówią mniej-więcej to samo, to można założyć, że jeśli dowolne dwie z tych osób czy partii mają tożsame stanowisko w danej sprawie, to i ja je podzielam. 

Po zwycięstwie Bolsonaro

Jair Bolsonaro, jeśli ktoś nie wie, to obecny prezydent-elekt Brazylii.

Brazylia jest federalną republiką prezydencką, w istocie ustrój jest dość podobny do znanego ze Stanów Zjednoczonych. Co oznacza, że prezydent ma naprawdę sporą władzę. Niekoniecznie w zakresie legislacji i czasem go zatrzymuje Sąd Najwyższy, czasem musi się dzielić władzą ze stanami, ale generalnie dość samodzielnie kształtuje politykę kraju. Zwłaszcza jak może liczyć na przychylność parlamentu federalnego, a Bolsonaro prawdopodobnie będzie mógł. 

Alternatywna historia Polski

Nauka historii w Polsce zawsze kulała, nic dziwnego, bo prawie nigdy nie było możliwości prowadzenia przyzwoitych badań historycznych, koniecznej w nauce otwartej wymiany myśli i odkryć, która dopiero z czasem prowadzi do sensownego poziomu wiedzy, który pozwala na jakąkolwiek syntezę. Bez tego nauczanie historii to jest właściwie bajkopisarstwo i tak, niestety, należy traktować wszystkie uogólnienia i syntezy historii Polski.

Ale znacznie więcej można osiągnąć, jeśli spojrzy się z innego punktu, takiego w którym nie było tych problemów, badania zostały przeprowadzone, wnioski wyciągnięte i można było dokonać syntez. 
Tak na przykład można zupełnie dobrze ocenić niektóre aspekty ekonomiczne Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Wiadomo, co jest napisane w podręcznikach. Które własnie powinny być kompletną syntezą i to jeszcze podaną w sposób możliwy do nauczenia. A tymczasem jest coś w stylu "Państwo rozwijało się świetnie, ale w połowie 17 napadli wrogowie i potem się nie podniosło, aż warcholstwo je rozniosło.". I do tego podana opowieść o "spichlerzu Europy", czasem z pewnymi wątpliwościami typu "że w Europie uprawiano głównie własne zboże i to z Gdańska było pewnie tańsze."
A na deser dyskusja o tym czy przyczyną załamania państwa po 1648 roku była polityka wewnętrzna czy straszni wrogowie.
Otóż to wszystko, na poziomie syntezy jest kupą bredni. Prawda jest taka, że o polityce i możliwościach militarnych decyduje ekonomia. A o ekonomii w 16-17 wieku decydował eksport zboża. Które trafiało w istocie tylko na jeden rynek -- Holandii. 

I dokładnie to powinno być robione. Historia Polski z punktu widzenia Polski jest jak opowiadanie historii o ogonie psa bez wspominania psa. Nic się łączy w spójna całość, bo i nie może. 
Za jeśli opowiemy historię psa, to i historia ogona będzie dość łatwa do zrekonstruowania. 
Dlatego w ogóle opowiadanie o historii RP w czasie demokracji szlacheckiej bez wprowadzenia najpierw historii Holandii po prostu nie ma sensu. I tak też jest traktowane nauczanie historii w Polsce- jako coś bez sensu, tylko prawie nikt nie za bardzo wie dlaczego.

W takim razie, czas rozpocząć nadrabianie tej zaległości


Otóż jeszcze w średniowieczu presja populacji z jednej strony oraz wystarczająco rozwinięta technologia powodowały zagospodarowywanie kolejnych terenów wydzieranych morzu. W 16 wieku przybrało to formę rutynowego, zorganizowanego na kapitalistycznych zasadach biznesu (BTW: jeden z niewielu mi znanych przypadków pozytywnej działalności wielkiego kapitału). Z racji położenia Niderlandów na peryferiach imperium Habsburgów faktyczny zakres autonomii był dość duży, a główne wymagania dotyczyły oczywiście podatków. Dla których płacenia rozwinęła się dość zaawansowana bankowość. Była ona na tyle wiarygodna, ze kwity prowincji a zwłaszcza późniejszego Bank of Amsterdam były warte więcej niż złote monety których wartość wyrażały. Co w największym skrócie oznaczało prawdziwy, wiarygodny bank centralny, który może kreować pieniądz dla gospodarki. Albo zamiast wysyłać do Hiszpanii złoto ściągnięte z rynku mógł wysyłać kwity. Całkiem imponująca sprawa, której królowie i szlachta Hiszpanii kompletnie nie rozumieli i uganiali się za jakimś El Dorado po dżunglach Amazonii, a tym czasem to było w jakimś biurze w Amsterdamie. Nie zrozumieli nawet kiedy Holendrom nie kończyły się pieniądze na kolejne armie najemników i największe ówczesne imperium przegrało wojnę z kilkoma nieistotnie małymi prowincjami. 
Tu już prawie wszystko co miało znaczenie. Prawie, bo jeszcze odpowiednia ilość pieniędzy w gospodarce sprawiała, że o pieniądz było łatwo i nakłaniała do inwestycji . Jak w wyżej wspomniane poldery, ale nie tylko. Poldery potrzebowały pomp, a te były napędzane wiatrem. Populacja potrzebowała żywności, czyli też ryb, do tego były potrzebne statki. A do ich budowy deski, które produkowano w tartakach napędzanych wiatrem. Tą sama ilość drewna którą tradycyjnymi metodami przerabiała brygada w tydzień, w wiatrowym tartaku przerabiała jednoosobowa obsługa w jeden dzień. Oprócz tego były tłocznie oleju, fabryki papieru, prochu, fabryki drutu i właściwie wszystkie ówcześnie znane zakłady wykorzystujące energię mechaniczną, wszystkie zasilane wiatrem. Każda z tych fabryczek/wiatraków była położona nad rzeką lub kanałem, dla taniego transportu. Za to energia cieplna, zarówno dla przemysłu, jak też gospodarstw domowych pochodziła ze spalania torfu. Nie tak bardzo odnawialne, więc kiedy złoża zaczynały być coraz trudniej dostępne, prymat w świecie handlu morskiego stopniowo przeszedł w ręce Anglii, która miała warunki podobne, ale w wielu miejscach lepsze i do tego łatwo dostępny węgiel. I holenderską wiedzę technologiczną, która przyszła wraz z inwazją w 1688. Ale tu wyskakujemy zbytnio do przodu. W tym roku Rzeczypospolitej już faktycznie nie było na ekonomicznej mapie Europy i nie to nas interesuje, a jak do tego doszło.
Otóż Holandia była faktycznie pierwszym krajem uprzemysłowionym w historii. Wskaźnik urbanizacji pod koniec 16 w. przekroczył 50% i takim pozostał do 18 w. Przemysł, bankowość, handel powodowały rozwój i ściągały imigrantów. Którzy dostarczali kolejną wiedzę i kontakty. W połowie 17 wieku ponad połowa mieszkańców Amsterdamu była imigrantami. Nie wiem czy Krzemowa dolina w którymkolwiek momencie osiągnęła aż taki wskaźnik.
Ci wszyscy ludzi potrzebowali żywności, która była uprawiana na polderach, skąd dostarczały ją tanie barki. Tyle, że na polderach znakomicie rosły warzywa, bardzo łatwa była hodowla krów, ale zupełnie nie dało się uprawiać zbóż. Świetnie za to rosły na przykład tulipany, co w połączeniu z emisją pieniądza bankowego doprowadziło do zabawnych efektów.  Ale nie one maja znaczenie. Znaczenie ma to, że jakieś węglowodany są potrzebne w diecie człowieka, a w zimniejszych i wymagających cięższej pracy fizycznej czasach więcej niż dziś. Co wówczas oznaczało, że Holandia potrzebowała importować zboża. Właściwie całość potrzebną na wyżywienie własnej populacji, czyli całkiem sporo. 
W tym miejscu trzeba wrócić do mentalności i świadomości polskiej szlachty. Która o powyższym nie miała zielonego pojęcia, a spora część polskich historyków do dziś nie ma.  Więc wszyscy sobie wyobrażali, że Europa Zachodnia umiera z głodu i tylko wiślańskie zboże je ratuje od śmierci. Co było kompletną bzdurą. Druga wersja, współczesna, brzmi "wiślańskie zboże było tańsze i uprawa ziemi na zachodzie się nie opłacała. Co też jest bzdurą. Ówczesne koszty transportu były na tyle wysokie, że gdyby w Holandii można było uprawiać jakikolwiek substytut zboża, to by uprawiano. A tymczasem kraj był otoczony przez posiadłości Habsburgów i jedyny sposób zapewnienia węglowodanów dla populacji to był morski import zbóż. Z definicji kosztowny, ale nie było alternatywy. Więc robiono to w najtańszy możliwy sposób, z pierwszego większego portu, który nie był pod kontrola Habsburgów (pytanie pomocnicze- dlaczego żaden z Habsburgów nigdy nie wygrał elekcji w RON i czyje pieniądze o tym decydowały?)
Ale czasy się zmieniały. Wojna o niepodległość Niderlandów trwała 80 lat, z czego ostatnie 30 pokrywało się z ogólna wojną w Europie Zachodniej. Bank of Amsterdam radośnie drukował kwity, cała Europa radośnie wyrzynała się w imię religii, a zawodowa spekuła była święcie przekonana, że popyt na zboże jest właściwie nieskończony, bo potrzebują go zarówno armie, jak też zrujnowani cywile. Przez Gdańsk płynął strumień pieniędzy, który nie wzbudził dokładnie żadnych refleksji, oprócz produkcji teorii o "sarmackiej wyższości" i "spichlerzu Europy". 
Aż nadszedł rok 1648. Sienkiewicz nie bez powodu rozpoczął swoje opowieści wtedy. To był początek prawdziwej epopei. Epopei zaniku handlu, kredytu i bazy podatkowej. Akurat o tym Sienkiewicz nie pisał, ale to miało znaczenie.
Co się wtedy stało? Kilka rzeczy, wzajemnie powiązanych. Po pierwsze pokój westfalski, kończący wojnę trzydziestoletnią. Czyli koniec wojskowego popytu na żywność i powrót do normalnej, pokojowej produkcji zrujnowanych terenów niemieckich. Po drugie, część tego pokoju, czyli traktat z Muenster, kończący wojnę osiemdziesięcioletnią. W którym Hiszpania Uznała niepodległość Niderlandów. Co oznaczało koniec blokady lądowej i możliwość importu zbóż z okolicznych terenów, a zwłaszcza dorzecza Renu. Po trzecie, pęknięcie bańki spekulacyjnej na zbożu, co spowodowało kompletne załamanie cen i bankructwo kilku poważnych kupców w Holandii i okolicach, a także poważne zachwianie Bank of Amsterdam. Czyli kontrakcję kredytową i recesję. Oczywiście, jak wie to każdy kto przeżył 2009 rok, kiedy w centrali zaczyna się problem z pieniędzmi, to na peryferiach znikają one kompletnie. I jak pewnie w Gdańsku jeszcze coś tam się mogło dziać, to w dorzeczu Wisły pieniędzy już nie było, a dalej od spławnych rzek tym bardziej. Więc kiedy szlachta na Ukrainie usiłowała wycisnąć pieniądze od chłopów to musiała się rozpocząć fala buntów. Następnie oszczędności i brak dochodów podatkowych, problemy z utrzymaniem armii i ogólna zapaść państwa. Drobiazgi, zupełnie jasne i oczywiste po opisaniu sytuacji.
Ale pozostaje pytanie dlaczego właściwie sytuacja nie wróciła po jakimś czasie do normalności. Albo choć nie ustabilizowała się na jakimś niższym poziomie. Przecież populacja Niderlandów nie zniknęła. Nadal potrzebowała tej samej ilości żywności. Dlaczego, nawet jeśli po 1648 nastąpiło załamanie, to nie było ono chwilowe?
Odpowiedź zawiera się w jednym słowie:

Ziemniak


W odróżnieniu od zbóż, ziemniaki na polderach rosną znakomicie. I są ich świetnym substytutem. Co więcej, przy urodzajnej ziemi dostarczają znacznie więcej kalorii z powierzchni niż zboża. Stopniowe włączanie ich do upraw jak zawsze umknęło uwadze spekulantów, tym razem zbożowych, i pod koniec wojny zostali z nadwyżka towaru. A potem się okazało, że towar już nie ma charakteru monopolistycznego, a jest po prostu jednym z substytutów.  Przy relatywnie wysokich kosztach transportu z Gdańska polskiej szlachcie pozostało walczyć o obniżkę kosztów produkcji. Czyli o zwiększenie pańszczyzny. Co i tak do niczego nie prowadziło, bo wkrótce Holandia utraciła pozycję hegemona w handlu morskim i zaszła tam częściowa deindustrializacja i deurbanizacja. Co oznaczało wzrost upraw ziemniaków, czyli dalszy spadek popytu na importowane zboże. Za to Anglia potrzebowała żelaza i smoły. Czyli produktów z dobrych rud żelaza, które były (i są) w Szwecji i Rosji, oraz produktów lasów, które były (i są) w Szwecji i Rosji. Następnie i w Anglii opracowano metody produkcji żelaza bez węgla drzewnego, czyli wyrób koksu, co zmusiło kraje bałtyckie do wyboru pomiędzy upadkiem tego przemysłu a państwowym stymulowaniem popytu na wyroby żelazne. Ale to już nie dotyczy Polski. Ostatnia rzecz, która w tym zakresie miała znaczenie, to technologia wykuwania żelaza z żelaza z dymarek. Handel wyglądał tak, że ze Szwecji przywożono żelazo, przekuwano je w Gdańsku i wywożono do Holandii. Już w początkach 17 wieku zorganizowane przez władze szwedzkie szpiegostwo przemysłowe zamknęło ten rynek i Szwecja rozpoczęła bezpośredni eksport po opanowaniu technologii.   
Co też wiadomo z historii Szwecji, bo w Polsce to co najwyżej można obejrzeć kuźnię oliwską bez większego rozumienia kontekstu historycznego. 
A jeśli można na tej podstawie wyciągać jakieś wnioski, to są one proste: kilkudziesięcioletnią prosperity polska klasa polityczna uznała za należący jej się przywilej, nie podlegający jakiejkolwiek dyskusji, a kasa poszła na kokę i Porsche  gdańskie pierniki z egzotycznymi przyprawami i węgrzyna.