Argentyna- kryzys oraz fikcja PKB

Świat obłędnie przyspiesza w całkiem ładnie przewidywalnym zawale. Choć oczywiście nie mam zielonego pojęcia co się dokładnie i kiedy wydarzy z Europą, USA, a co za tym idzie również Chinami i Australią- można jednakże przewidywać, że dla przeciętnego człowieka nie będzie to nic przyjemnego. Choć są to piękne czasy dla odważnych spekulantów.
Tymczasem ja sobie siedzę na końcu świata i problemy oglądam co najwyżej w telewizji (a tak- w Argentynie zacząłem oglądać telewizję- głównie z powodu osłuchiwania się z językiem).
Ale- sporo osób postrzega Argentynę przez pryzmat bankructwa w 2002 oraz patrząc na oficjalne PKB, gdzie pod względem rankingu kraj ten w ciągu 100 lat spadł z miejsca w pierwszej „10” do poziomu gdzieś w środku światowego rankingu (a nawet nie wiem dokładnie na której pozycji teraz jest i średnio mnie to interesuje).
Otóż zaczynając od rzeczy w mojej opinii ważniejszej- PKB to jest kompletna bzdura dla oceny poziomu życia, nawet skorygowane o PPP (purchasing power parity). Otóż- pierwszy i, myślę, zrozumiały dla każdego argument- spora część populacji, gdziekolwiek, pracuje tylko tyle, aby się utrzymać na jakimś poziomie, zapewniającym fizyczne bezpieczeństwo swoje i rodziny (jedzenie, dach nad głową i odrobina pewności przyszłości). Więc- jeśli koszty podstawowego przeżycia zamykają się w jedzeniu, ubraniu i mieszkaniu to więcej pracować już specjalnie nie trzeba- zwłaszcza z mentalnością południowców- znacznie lepiej się po prostu socjalizować, a nie biegać do pracy nie wiadomo po co. A teraz można spojrzeć na te koszty- jedzenie jest tańsze niż w Polsce, ubrań potrzeba znacznie mniej (przymrozki to sporadyczna sprawa, dłuższe mrozy nie zdarzają się), wynajem mieszkania jest tańszy niż w Polsce nawet w Buenos Aires, prowincja to są już kwoty wręcz zabawne. Zarobki są wyższe niż w Polsce, bezrobocia praktycznie nie ma.
Więc- patrząc znów na mentalność południowców- działa to wręcz tak- „dziś pada, więc nie idę do pracy- kredytu nie muszę spłacać, robota jest, zawsze jakoś przeżyję”. Oczywiście- to się nieco mniej mieści w głowie północnych europejczyków, ale tak to działa- ceniąc bardziej przyjemność życia niż pieniądze- oczywiście pieniędzy ma się mniej, a przyjemności więcej...
Kolejna sprawa- tak jak są zorganizowane tutaj zarówno miasta, jak też połączenia między nimi- samochód, czy inny pojazd jest rzeczą zwyczajnie zbędną. Tu ekstremalnym przypadkiem jest Buenos Aires, gdzie 5 (czy może już 6) linii metra i 20 tys. autobusów pozwala tanio i szybko dojechać wszędzie, liczba taksówek jest niesamowita (i ceny przystępne dla lokalnych), a z drugiej strony parkowanie w centrum kosztuje podobnie co raty za nowy samochód (przy cenach sporo wyższych niż w Europie i wysokiej inflacji- podwyższającej koszt kredytu!!!). Czyli samochodów jest relatywnie niewiele- a co za tym idzie, przemysł motoryzacyjny nie podwyższa PKB. Powiem tak- spośród kilkunastu osób które znam tutaj na tyle, że jestem tego pewien- tylko dwie są posiadaczami samochodu, a jedna z nich wykorzystuje go do swojej działalności zarobkowej. Znaczy, znam tylko jedną osobą która posiada samochód dla zwyczajnego przemieszczania się nim.
Dalej- transport międzymiastowy, jak już wspomniałem, zorganizowany jest niezwykle efektywnie. Przejechałem kawałek tego kraju i widziałem JEDNĄ ciężarówkę, która nie była załadowana do pełna. Towarowy transport międzymiastowy opiera się w całości na dużych ciężarówkach (czyli tirach) i ruszają w trasę dopiero z pełnym ładunkiem. Dzięki temu koszty transportu są raczej niskie, pomimo wysokich cen pojazdów, dobrych zarobków kierowców i właścicieli taboru. Charakterystycznym przykładem jest po prostu problem z zatankowaniem benzyny na dłuższych trasach- wiele stacji sprzedaje wyłącznie diesla- co znów obniża koszty i PKB...
W skrócie- efektywność energetyczna tutejszej gospodarki jest niesamowita w porównaniu do polskiej, czy ogólniej- europejskiej. Oczywiście ogólnoświatowy kryzys widać i dotarł też tutaj- ale w niewielkim stopniu. Ubyło przede wszystkim turystów i to najmocniej z Europy i USA. Inni przedsiębiorcy nie mają powodów do narzekań.
W sumie- jest to kraj bialych ludzi, przyzwyczajonych do pewnego stylu życia, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że komfort i przyjemność życia przeciętnego argentyńczyka przewyższa ten znany z USA- pomimo oczywiście znacznie mniejszej ilości gadżetów wszelkiego rodzaju- na iPhona tutaj mało kogo stać, ale na dobre jedzenie prawie każdego.
A teraz wracając do bankructwa w 2002 r. Przypominam, że wtedy zbankrutował rząd, a nie wszyscy. Wszystkich zabolało i rozpoczął się, dość krótki, okres chaosu- ponieważ z równorzędności peso i dolara przejście nastąpiło do stanu braku jakiekolwiek waluty. Zabrakło środka wymiany i zamarł na chwilę obieg gospodarczy. Ale- dość szybko rządy poszczególnych prowincji rozpoczęły druk własnych pieniędzy (formalnie obligacji na okaziciela o niskich nominałach) i znów handel stał się możliwy. Po jakimś czasie banki otwarto i wypłacono zdewaluowane peso. Kraj stał się niezwykle tani i atrakcyjny dla inwestycji, a eksporterzy zarabiali krocie. I to by było tak naprawdę na tyle- najważniejsza nauka to ta, że licząc w peso, PKB się niewiele zmienił- drastyczna różnica była jedynie w dolarach. Gospodarka przestawiła się z opartej na usługach i długu na skoncentrowaną na produkcji i eksporcie. I to by było na tyle- przeciętny argentyńczyk tak naprawdę wcale tego mocno nie zauważył- oprócz oczywiście tej chwili chaosu. Zabolało to wierzycieli- zarówno rządu, jak też banków. Z punktu widzenia przeciętnego człowieka, jakość produktów się pogorszyła- dostępne stały się tylko te produkowane w kraju, a z eksportowych- w kraju zostaje druga jakość. Dla przykładu- olbrzymi problem był nawet ze zwykłymi częściami do samochodów nie produkowanych w kraju- znajomemu wybito szybę w Oplu- marce mało znanej tutaj i taką, zwykłą szybę, udało mu się kupić dopiero w Paragwaju- w Argentynie zwyczajnie nikt tego nie sprowadzał.
Co do dalszych perspektyw- dziś znów tu się szykuje jakiś kryzys walutowy, ale co najwyżej zachęci następnych turystów i da kolejne przyspieszenie do eksportu- o przyszłość tego kraju się zdecydowanie nie martwię, nawet w najcięższych scenariuszach peak oil.

16 komentarzy:

Przechadzka pisze...

Połaź po okolicy, porób trochę zdjęć i powrzucaj na bloga.

Anonimowy pisze...

Hmm, tak ładnie i fajnie, że to jak reklama wygląda :/ Nie czas zmienić bloga z "maczety" na "osamotniony"? :D

Maczeta Ockhama pisze...

@ Anonimowy
A dlaczego "osamotniony"? Nie rozumiem.
Nie wiem, czy to wygląda jak reklama- z całą pewnością, ku mojemu również zaskoczeniu, przeciętny człowiek żyje na wyższym poziomie niż w Polsce, choć samochodów czy innych gadżetów jest tu mniej.

Krzysiek pisze...

W Polsce też tak można. Wystarczy żyć na poziomie poniżej swoich zarobków i nagle wszystko staje się proste. Prowadzę firmę, zarabiam 8-10k na miesiąc. Dość by nie martwić się o rachunki i na tyle mało, żeby sodówka nie odbiła. Jeżdżę 10 letnim samochodem, nie noszę markowych ciuchów, nie zwiedzam świata. Ale też w sklepie biorę z półki co chcę i nie martwię się ile to kosztuje. Co miesiąc zostaje mi całkiem sporo kasy, którą przeznaczam na dom i jego wyposażenie, dzięki któremu moje życie staje się jeszcze łatwiejsze i przyjemniejsze.
Kolejny plus takiego rozwiązania: spokój. Sąsiedzi kłaniają się z daleka, święcie przekonani, że za dobrze mi się nie wiedzie. Nikt nie próbuje mnie naciągać, pożyczać ode mnie pieniędzy, bo na kasiastego nie wyglądam. W Polsce nikt nie lubi lepszych od siebie, za to słabszego zawsze szanowano. Polecam wszystkim. Święty spokój za cenę własnych, wygórowanych często ambicji.

Maczeta Ockhama pisze...

@ Krzysiek
Pewnie, że mozna- ale tylko do pewnego stopnia. Jedzenie pozwalające na zachowanie zdrowia w dłuższym terminie (czyli nie śmieciowe), dach nad głową, ubrania i ogrzewanie w niezbędnym dla przezycia i zdrowia zakresie.
Mając 8-10 k to nie problem. Mając 1300 zł i pomimo tego strach przed bezrobociem na te podstawowe potrzeby brakuje- i to jest różnica. Tutaj nisko zarabiających nie stać na żadne normalnie jeżdżące samochody- ale na podstawowe potrzeby biologiczne bez trudu- i choćby żywność zdecydowanie lepszej jakości niż w Europie, czy USA

Anonimowy pisze...

"...Gospodarka przestawiła się z opartej na usługach i długu na skoncentrowaną na produkcji i eksporcie. I to by było na tyle- przeciętny argentyńczyk tak naprawdę wcale tego mocno nie zauważył- oprócz oczywiście tej chwili chaosu..."

Oby naszym "jajogłowym" w końcu do łepetyn dotarł podobny przekaz :)

Wszystkiego "naj" w A. -
Sancho P.

Anonimowy pisze...

"W Polsce nikt nie lubi lepszych od siebie, za to słabszego zawsze szanowano. "

ja lubie lepszych. mozna sie od nich czegos nauczyc

Wodz Indian

Ciek pisze...

O rany! Ja rozumiem, że się zakochałeś w tamtej ziemi, a miłość się rządzi swoimi prawami, między innymi objawem tego specyficznego stanu umysłu jest wygadywanie głupot, no ale wszystko musi mieć jakieś granice.

Jak można powiedzieć coś takiego: „I to by było na tyle- przeciętny argentyńczyk tak naprawdę wcale tego mocno nie zauważył”. Czy to przypadkiem nie ty pisałeś kiedyś, że jedyną prawdziwą miarą wartości jest złoto? Skoro peso polecało na pysk do 1/3 swojej wyjściowej wartości no to tego złota przeciętny Argentyńczyk może chyba też trochę mniej kupić, czyli stracił, nie? Chyba, że jednak złoto nie jest miarą wartości, a „siłą tradycji”, jak to u Wielkiego Brata mówią? To jak to ostatecznie jest?

Czy "Maczeta" to nie jest przypadkiem pseudonim Jacka Kurskiego? Jakbym znów słyszał "ciemny lud i tak to kupi"... Skoro ciemny lud wcale mocno nie zauważył, że jego waluta poleciała na pysk 3x, to najlepiej chyba byłoby żeby poleciała 100x. Wtedy będą w stanie konkurować cenowo nawet z Pigmejami z afrykańskiej dżungli. Niestety, dewaluacja waluty, faktycznie pobudzająca eksport, jest zarazem najbardziej złodziejską metodą osiągnięcia tego celu. To forma ekonomicznego rozboju, w wyniku którego jednostki bardziej pracowite tracą wypracowane przez siebie oszczędności. Nie tędy droga moim zdaniem. Gospodarkę się pobudza likwidując biurokratyczne, socjalistyczne czy jakiekolwiek inne skostnienie i wygarniając ze stajni efekty legislacyjnej sraczki. Dewaluacja waluty pozwala rządzącym zaniechać na jakiś czas reform bo przecież „jest lepiej i nie zauważyli”. Tego samego przecież doświadczamy właśnie w Europie, gdzie wszyscy zacierają ręce jak to będzie fajnie w Grecji gdy wróci ona do drahmy, która na dzień dobry powinna polecieć o 50% na ryj, a żeby jakiekolwiek reformy zrobić to już nie ten – tego. Być może południowcy są faktycznie leniwi i pracują tylko żeby z głodu nie zdechnąć. Ich wybór. Ja pracuję jednak również w innych celach. Ot, choćby żeby zapewnić przyszłość swoim dzieciakom. Dlatego też, jeśli zarabiam miesięcznie X złotych i mogę za to kupić Y złota/srebra/ziemi/wycieczek w ciepłe kraje itp. itd. to sytuacja w której nagle to X złotych staje się warte ułamek tego co było jest dla mnie prawdziwą katastrofą. Ja nie potrzebuję żeby mnie ktoś na siłę uszczęśliwił kryzysem finansowym by zachować konkurencyjność. Jeśli produkuję coś, co się nie sprzedaje bo jest za drogie to mogę zejść z ceny albo zacząć robić coś innego, przecież to logiczne. Oczywiście tylko wtedy, gdy nie będę gnębiony ZUSami, pierdusami, płacami minimalnymi i innymi zdobyczami socjalizmu.

Papierowa waluta ma to do siebie, że jej wartość w czasie spada nieustannie sama z siebie. Jest to zjawisko naturalne, nie trzeba jej wspomagać fatalnym zarządzaniem wiodącym do krachu. Jeśli kryzys miałby być główną ścieżką „reform” to jak ma wyglądać konkurencja na świecie? Kto pierwszy i intensywniej zbankrutuje?

Ziemia oraz głupota tubylców, którzy nie zauważają, że im się koło d…y robi i tracą z dnia na dzień 2/3 wypracowanego majątku to niestety trochę za mało żeby było fajnie. Dla dostatniego życia potrzebna jest też STABILNOŚĆ, a tej coś w tym domniemanym raju wyjątkowo brakuje. Patrząc na historię współczesną Argentyny ciężko mi zauważyć chociaż jedno stabilne dziesięciolecie. Jak nie załamanie gospodarcze to załamanie polityczne i hunta. Miałem nadzieję, że chociaż teraz tym biednym ludziom się uda ale skoro piszesz, że „Co do dalszych perspektyw- dziś znów tu się szykuje jakiś kryzys walutowy”, no to ja ślę wyrazy współczucia. Muszę przyznać, że nie bardzo mi się podoba wizja opisywanego przez ciebie i koleżankę futrzak świata. Narzekanie na cenę garnków oraz wizja świata, w którym ludzie są zbyt biedni by posiadać samochody i nie bardzo ich stać na ich własną wołowinę bo tę bardziej się opłaca wyeksportować jak dla mnie wygląda na jakiś senny koszmar.

Ciek pisze...

Tak na marginesie, co właściwie eksportuje ta Argentyna nie licząc produkcji rolnej? Z tego co pamiętam futrzak pisała, że te protekcjonistyczne garnki są do dupy więc chyba coś innego?

Anonimowy pisze...

"@ Anonimowy
A dlaczego "osamotniony"? Nie rozumiem.
Nie wiem, czy to wygląda jak reklama-"

Tak jakoś mam wrażenie, że dokonywana jest koloryzacja (podtekst: by namówić więcej miejscowych do przyjazdu :) Ale oczywiście, jest to tylko moje subiektywne odczucie i mogę się mylić.
Ja byłem w B.A. i w Arg. w 1994 roku. Poza krajem i miastem - które były w tedy OK - zapamiętałem głównie skłóconą PL emigrację rozpamiętującą głównie czasy wojny i początki socjalistycznej RP. Ale może czasy inne to odczucia też. W każdym razie - powodzenia i proszę dalej donosić z 2go końca świata :D
Stały czytelnik
C&Pa (anonymowy z 25 listopada 2011 15:52)

Maczeta Ockhama pisze...

@ Ciek
1. peso argentyskie utracilo 3/4 wartosci, ale przypominam, ze zarobki w peso sie nie zmienily, ceny lokalnych produktow tez nie specjalnie. Wiec poziom zycia sie znaczaco nie zmienil. Przypomne, ze na przelomie 2008/2009 zlotowka utracila 40% wartosci i tez przecietny Polak tego nie zauwazyl. Dewaluacja byla tutaj skutkiem wczesniejszej, kompletnie idiotycznej polityki pegu walutowego. Zreszta peso urugwajskie w tym czasie utracilo chyba jeszcze wieksza czesc wartosci niz argentynskie, a jakos nikt po tym nie plakal
Co do stabilnosci- pelna zgoda, ale najwazniejszym czynnikiem destabilizujacym ten region byl rzad USA, czy dokladniej CIA. Ich wplywy gwaltownie sie kurcza i prawdopodobnie juz nie sa zagrozeniem- wiec widze Am. L jako najstabilniejszy region swiata w przewidywalnej przyszlosci (oczywiscie z wyjatkami), ale Argentynie wroze przyszlosc raczej jako oazie stabilnosci w dzisiejszych czasach.
Ale zycie argentynskiego biedaka to cos o czym marzy calkiem sporo osob w Polsce. A ta druga jakosc tutejsza to i tak cos czego w PL prawie sie nie da dostac, albo trzeba zaplacic naprawde sporo.
Co do innych rzeczy eksportowych- spory przemysl, zarowno na rynek lokalny, jak tez eksport glownie w ramach MERCOSUR. Z innych drobiazgow- reaktory atomowe i komercyjne wynoszenie satelitow.

Maczeta Ockhama pisze...

@ C&Pa
Nie mam zadnego interesu w tym aby namawiac kogokolwiek do przyjazdu tutaj- jedynie osobiscie uwazam, ze czas najwyzszy wyniesc sie z Europy i Argentyna jest dobrym miejscem. Bedac na miejscu jestem znacznie czescie zaskakiwany pozytywnie niz negatywnie- stad moze tak optymistyczny wydzwiek. Polakow poznalem calkiem sporo, ale z oficjalnym srodowiskiem Polonii nie mialem dotychczas do czynienia- i jakos mi sie nie spieszy, bo lokalnych znajomych szybko przybywa.
Wrazenie koloryzacji moglo sie wziac z np. drastycznej odmiennosci tego co pisze je i FerFal (dosc populany w Polsce). On ma zwyczaj opisywac prawdziwe zdarzenia przerysowujac je do stopnia kompletnych bzdur.

Anonimowy pisze...

Zgadzam zie z maczeta.Aktualnie przebywam w Am.pld ,nieco na polnoc. Tanio nie jest.Ale jakosc zycia nieporownywalna z Europa.W moim zawodzie, zarobki dwukrotnie wyzsze niz te w kraju europejskim, uznawanym przez wielu jako kraina mlekiem i miodem plynacym. Tak uslyszalam kiedys od jakichs polskich Kanadyjczykow. Ryby w ubieglym tygodniu kupowalam prosto od rybakow. W odwiedzinach u znajomej niespecjalnie sytuowanej miejscowej rodziny, w garnku bulgotaly swiezo zlowione langusty. O potrawie ze swezych krabow juz nie wspominam. A gospodarze graja sobie na zewnatrz w niesmiertelne domino z sasiadami, ktorzy zawsze maja czas i nie trzeba sie z nimi umawiac na 6 tygodni naprzod. Caly czas mam przeswiadczenie, ze z Europy nalezy sie ewakuowac i tu sie zgadzam z kolega maczeta. Przy okazji pozdrawiam kolege K.K. ktory tez tu sie udziela w komentarzach.
Dodam tez, ze z jakiegos dziwnego powodu tubylcy dozywaja sedziwego wieku.W moim bliskim tutejszym otoczeniu jest osoba,ktora ma 108 lat.A domow ,ktore tu ogladam to tylko mozna im pozazdroscic. Mowa tu o osobach bardzo przecietnie sytuowanych. Samochodow tu gdzie jestem jest sporo, ale sa niezbyt drogie i tak naprawde jak pisze maczeta nie sa niezbedne do zycia.

baqu pisze...

podpisuje się pod wpisem @Przechadzka

@Anonimowy - a jaki to zawód ?

Anonimowy pisze...

@baqu
medico
Znaczenie ma specjalizacja i miejsce ewentualnej pracy. Ja tu jestem na wakacjach, zaczynam sie
zastanawiac nad tym co dalej.
Pozdrawiam
Bella

baqu pisze...

dzięki